sobota, 15 grudnia 2018

Szwajcarskie smaki #2 - Regionalne wypieki

Z ogromną radością obserwowałam rosnące wyświetlenia wpisu o tradycyjnych szwajcarskich potrawach. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że temat kulinariów jest dla Was tak samo ciekawy jak dla mnie. Naturalnie chciałabym kontynuować tę serię wpisów i tworzyć raz na miesiąc podobne zestawienie. Na dziś przygotowałam listę regionalnych wypieków: ciast, tortów i tradycyjnych ciasteczek, które charakteryzują konkretne kantony. Szwajcarię bardzo rzadko traktować można jako całość. Praktycznie w każdej poruszanej kwestii pojawia się magiczne zdanie: „W zależności od kantonu”, dlatego też w moim zestawieniu nie mogło zabraknąć uwzględnienia regionu, w którym króluje podany deser.

Zapraszam na zestawienie 10 tradycyjnych szwajcarskich wypieków. 

Aargau – Rüeblitorte

Bardzo popularnym wypiekiem, który spotkać można w kantonie Aargau (Argowia) jest torcik marchewkowy (Rüebli=marchewka). W ramach ciekawostki dodać mogę, że ten region nazywany jest nawet żartobliwie „Rüebliland”. Podstawą tego ciasta jest masa z jaj i migdałów, wzbogacona o startą marchew. Wypiek wykonuje się w formie do pieczenia tortów. Jego wierzch dekorowany jest lukrem bądź marcepanem. Charakterystyczną cechą jest obecność małych marcepanowych marchewek ułożonych dookoła krawędzi. Same marchewki rzucają się w oczy w każdym supermarkecie.




























Basel – Basler Läckerli

Basel (Bazylea) jest ojczyzną piernikowych ciastek o nazwie Läckerli. Ciasto, z którego wytwarza się te tradycyjne wypieki, składa się z mąki, miodu, kandyzowanych owoców i orzechów. Po wymieszaniu składników rozwałkowuje się je na kształt prostokąta i piecze. Całość wykończyć należy glazurą z cukru. Ważnym elementem jest pokrojenie ciasta na małe kwadraciki. To właśnie w takiej formie noszą one nazwę Läckerli i uważane są za gotowy produkt. Basler Läckerli często spotkać można w sklepach zamknięte w opakowaniach vintage marki Läckerli-Huus.




















Fribourg – Anisbrötli

Wbrew nazwie Anisbrötli to nie bułeczki, lecz małe ciasteczka, które tradycyjnie na wierzchu mają wytłoczony wzór. Ich cechą charakterystyczną jest niewątpliwie sam wygląd, ale także intensywny anyżowy smak. Ciastka te są przy tym białe, na zewnątrz chrupkie, a w środku miękkie. Ze względu na swą wyjątkowość stały się one produktem lokalnym, który dostępny jest jedynie w czasie adwentu i Świąt Bożego Narodzenia.



Graubünden – Bündner Nusstorte

Jednym z najbardziej znanych ciast nie tylko w tym regionie, ale i w całej Szwajcarii jest torcik orzechowy. Jest to okrągłe, płaskie, kruche ciasto wypełnione obficie karmelizowaną masą z grubo posiekanych orzechów. W Szwajcarii jest to jeden z największych eksportowych produktów wśród pieczywa i ciast. Ciekawostka: Ciasto to charakteryzuje się długą datą przydatności. Dobrze przygotowane nawet po 2 miesiącach przechowywania w kuchennej szafce powinno nadawać się do spożycia.



Luzern – Luzerner Birnenweggen

Rodzaj zawijanego ciasta wypełnionego gruszkowym nadzieniem. Nie powinno się mylić tego rodzaju słodkości z chlebkiem gruszkowym, który spotkać można chociażby w Graubünden. Birnenweggen są podłużne i owalne. W ich skład wchodzi ciasto drożdżowe lub francuskie, na które po rozwałkowaniu wykłada się nadzienie i zawija w rulon. Wnętrze tworzone jest na bazie suszonych gruszek. Reszta pozostaje jednak w tajemnicy twórców, stąd też ciastko z gruszkami każdego producenta smakuje nieco inaczej.































Schaffhausen – Schaffhauserzungen

Wypiek w postaci języczków jest duma mieszkańców Schaffhausen od 1886 r. Ta słodycz stworzona jest na bazie orzechów laskowych i migdałów. Dodatkowo wypełniona jest delikatnym maślano-kremowym nadzieniem. Co ciekawe do wytworu tych ciastek nie jest używana mąka. Często nazywa się je po prostu „Züngli” (języczki). Nazwa ta określać ma ich owalny kształt, podobny do ludzkiego języka.


















St. Gallen – Klostertorte

Klostertorte (tort klasztorny) to jedno z najbardziej znanych ciast w kantonie Sankt Gallen, które notabene znane jest również ze swojego klasztoru, więc nazwa nie wzięła się znikąd. Ten rodzaj placka składa się z brązowego, migdałowego ciasta i konfitury. Tort ten często porównywany jest z austriackim Linzertorte, lecz jest od niego mniej słodki.



























Thurgau – Thurgauer Apfelkuchen

Wschodnia Szwajcaria to region najbardziej obfity w jabłka, dlatego też ciasto z tym owocem uchodzi za ich tradycyjny wypiek. Swoją drogą moją wersję tego jabłecznika mogliście zobaczyć już na blogu (LINK). Charakterystyczną cechą tego ciasta jest naturalnie ułożenie nie do końca przeciętych połówek jabłek po okręgu.


Tessin – Panettone

Któż w Szwajcarii nie zna Panettone?! Jest to wręcz bohater królujący na świątecznych szwajcarskich stołach. Wywodzi się on jednak z włoskiego kantonu Tessin (Ticino). Panettone to rodzaj ciasta drożdżowego z dodatkiem rodzynek i kandyzowanych owoców. Często spotkać można je w sklepach pakowane w kartony lub w postaci podłużnych kawałków krojonych na miejscu z metrowych ciast.

























Zug – Zuger Kirschtorte

W kantonie Zug najpopularniejszym ciastem jest torcik wiśniowy. Jest to wypiek z jasnego biszkoptu nasączonego wiśniowym syropem, który znajduje się pomiędzy biszkoptem japońskim. Pomiędzy blatami biszkoptów wyczuć można kremową masę wiśniową, pokrywającą również boki tortu. Wierzch ciasta koniecznie musi być pokryty „śniegiem” (cukier puder wymieszany ze skrobią). Typowy jest także wzór diamentu „wyrysowany w śniegu”.






































Zürich – Hüppen

Hüppen to nazwa określająca rurki wypełnione najczęściej masą czekoladową. Tworzy się je z cienkiego ciastka przypominającego opłatek, który następnie jest zwijany wzdłuż dłuższego boku. Takie rurki wykorzystywane są często w kawiarniach do dekoracji deserów.



Naturalnie szwajcarska kuchnia ma wiele więcej do zaoferowania niż potrawy, które pokazałam w tych dwóch wpisach. Ten temat jest mi na tyle bliski, że chętnie kontynuowałabym go i tu nasuwa mi się pytanie. W jakiej formie chcielibyście by się on pokazywał? Czy lepiej byłoby stworzyć osobny wpis dla każdego kantonu, podzielić regionalne potrawy na kategorie (podobnie jak dziś pod uwagę wzięłam jedynie wypieki), czy może trzymać się jeszcze innego podziału? Chętnie poznam Wasze propozycje.

Czy znacie te regionalne szwajcarskie wypieki?

czwartek, 13 grudnia 2018

Szwajcaria w podróży: Zamek Habsburg

Wielokrotnie wspominałam już, że szwajcarska jesień nie rozpieszcza nawet w najmniejszym stopniu. Po pięknym i upalnym lecie nadeszła fala ulew i monstrualnych wiatrów, zupełnie jak gdyby w Europie pojawiła się nie jesień, a pora deszczowa. Taki stan rzeczy wyłączył mnie na trzy miesiące z jakiegokolwiek zwiedzania, co zresztą łatwo zauważyć nie tylko na blogu, ale także Instagramie. Na dziś przygotowałam zatem relację z miejsca, które odwiedziłam jeszcze we wrześniu. Był to również dzień z niesprzyjającą pogodą, a jednocześnie ostatni wyjazd w tym roku.

Zapraszam na relację z zamku Habsburg

























Zamek Habsburg to podwójna warownia, która utworzona została w 1030 roku jako główna siedziba (nazywana również gniazdem) rodu Habsburgów. W pierwszych wzmiankach jest ona nazywana Havichtsberch, co tłumaczyć można jako jastrzębi gród. Twierdza nie zachowała się do naszych czasów w całości. W dobrym stanie jest jedynie jego zachodnia część. Część wschodnia stanowi odsłonięte ruiny. Zamek umiejscowiony jest w kantonie Aargau, w gminie Habsburg. Znajduje się on na lekkim podwyższeniu, na wysokości 505 metrów n.p.m.



Godziny otwarcia od 30. marca do 31. października:
wtorek – sobota: 10 – 22:30
niedziela i święta: 10 – 21:00

Godziny otwarcia od 1. listopada do 29. marca:
środa – sobota: 11 – 22:00
niedziela i święta: 11 – 21:00

Wstęp oraz miejsce parkingowe: bezpłatnie

Habsburgowie zamieszkiwali ten zamek przez niespełna 200 lat. Już w 1220 r. przestał być on siedzibą rodu ze względu na swoją mało reprezentacyjną formę. Przez lata zamek (bądź jego części) trafiały w ręce innych szwajcarskich możnowładców. Od tamtego momentu część wschodnia budowli popadała powoli w ruinę, co doprowadziło ostatecznie do jej zniszczenia.


Dla turystów udostępniona jest wieża, a w niej ekspozycja muzealna. Dotyczy ona samej dynastii Habsburgów i historii budowy zamku oraz prezentuje życie codzienne w czasie świetności w grodzie. Informacje przeczytać można po niemiecku i angielsku.

























Z górnego pietra wieży spojrzeć można z góry na okolicę oraz przez teleskop, który o dziwo nie przybliża obrazu. Dzięki niemu porównać można obecny wygląd zza okna z rekonstrukcją wyglądu tego miejsca w czasach średniowiecza.
 
























Widok na okolicę




Na jednym z pięter stoi wytworny stół z historycznymi wzmiankami o mieszkańcach zamku, a w tle słychać przedstawianą scenkę obiadu.


























Zamkowe ruiny wschodniego skrzydła wykopano dopiero w 1978 roku, a następnie poddano konserwacji. W trakcie trwania prac archeologicznych wydobyto także fragmenty obiektów ceramicznych i artykuły codziennego użytku, które udostępniono do zwiedzania w ekspozycji.


























Ciekawostką mogą być spostrzeżenia archeologów, którzy poddali analizie znalezione przedmioty. Doszli oni bowiem do wniosków, że życie mieszkańców zamku nie różniło się tak bardzo od życia poddanych. Ich „wyższość” upatrywać można jedynie w wyglądzie wnętrz oraz materiałach jakie użyto (były to materiały drogocenne w tamtym czasie). Rodzina była także właścicielami szklanych przedmiotów. Poza tym wykazano, że spożywali oni w dużych ilościach mięso, co miało samo w sobie pokazywać ich wyższość w hierarchii społecznej.



























Od 1804 roku zamek jest własnością kantonalną, a od 40 lat prężnie funkcjonuje w tym miejscu restauracja zamkowa. W sali rycerskiej i pałacowej, w salonie gotyckim i tawernie rozstawiono stoły w typowym szwajcarskim klimacie. Kilka mniejszych pomieszczeń zamieniono na kuchnię oraz zaplecza. Całość jest w stanie pomieścić 200 osób i wykorzystywana jest także pod organizację wesel i innych uroczystości.

wtorek, 11 grudnia 2018

Plan pielęgnacyjny: zima 2018

Nim się obejrzałam jesień chyli się ku końcowi, a mi przyszło przygotować kolejny wpis z aktualizacją mojej pielęgnacji na najbliższy czas. Nie ukrywam, że patrząc na ostatki w opakowaniach kosmetyków w mojej łazience, pomyślałam, że dobrze byłoby zużyć wszystko, co mi zalega i wejść w Nowy Rok z nową pulą kosmetyków. Nie dajmy się jednak zwariować! Nie zamierzam nakładać na siebie osiem warstw kremów, by tylko tego dokonać. Byłabym jednak zadowolona, gdyby udało mi się to zrobić. W związku z tym, że mam kilka produktów, które starczą mi jeszcze na maksymalnie 2 – 3 użycia, zdecydowałam już nie pokazywać w dzisiejszym wpisie prawie pustych butelek, a od razu ich następców. Myślę, że to ułatwi Wam jego odbiór, a śmieci pozostawię do Denka.

Zachęcam do zapoznania się z moim planem pielęgnacyjnym!

Demakijaż i oczyszczanie twarzy

Przez okres jesienny podczas demakijażu towarzyszył mi płyn micelarny z Bielendy. Była to wersja nawilżająca w dużej butelce. Mam go jeszcze odrobinę na dnie, lecz niedługo trafi do Denka i tam przeczytacie o nim więcej. Dziś mogę Wam zdradzić, że w moim przypadku lepiej sprawdziła się wersja różowa, choć ta również nie była zła. W okresie zimowym z radością powrócę do mojej ulubionej wody micelarnej z Bourjois, której mam już niewiele w zapasach. Poprzedni tonik również jest na wykończeniu, więc z powodzeniem przedstawić mogę jego następcę. Tym razem będzie to nowość, lecz także od Bielendy. Pierwszy raz będę mieć do czynienia z hydrolatem, a w Polsce skusiłam się na serię „Zielona herbata”.


























Jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy, to już kilkukrotnie używałam żelu do mycia twarzy Iwostin Purritin i za każdym razem sprawdzał się u mnie dobrze. Obecnie wykańczam kolejne opakowanie. Gdy go zużyję, planuję sięgnąć po żel węglowy Carbo Detox. Jak widać zimą królować będzie u mnie marka Bielenda. Ten produkt również jest dla mnie nowością. Choć zazwyczaj staram się nie wprowadzać do mojej podstawowej pielęgnacji kilku nowych kosmetyków naraz, to teraz jestem do tego zmuszona. Nie posiadam bowiem żadnego znanego mi kosmetyku w obu kategoriach. Pocieszam się jednak, że maseczki z tej węglowej serii sprawdzają się u mnie świetnie i może żel będzie równie dobry i nie spowoduje żadnych problemów.

Podstawowa pielęgnacja twarzy

W skład podstawowej pielęgnacji twarzy wchodzi serum węglowe z Bielendy (po raz kolejny ta marka). Zużyciu uległa już ponad połowa buteleczki i naprawdę jestem z niego bardzo zadowolona. Widzę jego pozytywny wpływ na cerę za każdym razem, gdy po niego sięgam. Śmiało mogę powiedzieć, że przyspiesza on u mnie golenie się wszelkich niedoskonałości. Zimą nie zamierzam z niego rezygnować. W użyciu jest nadal aktywny krem eliminujący niedoskonałości od Iwostin. Mam go jeszcze trochę w opakowaniu, ale z pewnością niedługo się skończy. Po jego wykorzystaniu chciałabym zrobić sobie od niego przerwę, bo zauważyłam, że moja skóra już się do niego przyzwyczaiła i nie działa on tak skutecznie jak kiedyś. Z ogromną obawą podjęłam decyzję o następnym kremie na dzień, który będę stosować. Jest nim produkt od Lavery z serii Hydro Effect. Być może pamiętacie, że żel z tej serii spowodował u mnie okropny wysyp niedoskonałości i wylądował w koszu. Mam nadzieję, że krem wykorzysta szansę, która mu dałam.























Na noc w dalszym ciągu zamierzam nakładać krem Biotherm Skin Oxygen. Ze względu na jego żelową konsystencję jest on niezwykle wydajny i nie doszłam nawet do połowy tego słoiczka. Krem pod oczy Anneyake pojawił się w ostatnim Denku. Teraz z kolei pod oczy wędruje kosmetyk Naturaline. Ja nie mam nadmiernych problemów z tymi okolicami, więc kremów tego rodzaju używam dla zasady. Ciężko jest mi nawet wypowiedzieć się, czy jest on dobry czy też nie. Okaże się pewnie za kilka lat.

Pielęgnacja dodatkowa

Poczynając pewne zmiany w podstawowej pielęgnacji mojej twarzy, postanowiłam nie wprowadzać już więcej nowości. Od czasu do czasu zamierzam zatem sięgać ze sprawdzonych produktów. Do peelingowania twarzy służyć będzie mi mineralny peeling marki Biotanique. Gdy moja cera będzie potrzebować ukojenia, trafi na nią krem kojący Octopirox od Pharmaceris. Planuję częściej oczyszczać twarz przy pomocny węglowej maski. Z czystym sercem mogę tu wymienić rewelacyjne maski węglowe z Bielendy, a także pełnowymiarową maskę Charcoal. W przypadku nasilonego trądziku na noc standardowo nakładać będę maść cynkową, która sprawdza się bezbłędnie, a w walce z suchymi ustami pomoże mi Carmex.



Higiena i pielęgnacja ciała

Nie jestem w stanie powiedzieć, ile żeli zużyję w ciągu zimy. Jak wiadomo jest to dość „chodliwy” kosmetyk. Ten chłodny okres rozpocznę jednak pod mało zimowego zapachu. Żel pod prysznic Fa to połączenie lotosu i frezji. Ten aromat jest tak cudowny, że nie mogłam się powstrzymać przed jego wystawieniem. Swoją drogą ostatnio coraz częściej znajduje ciekawe wersje żeli od Fa. Jesień również zaczynałam z tą marką. Mój mąż zużyje w najbliższym czasie ostatni z żeli I am w naszych zapasach. Do końca zimy zamierzam również wykorzystać czarne mydło z Rituals, które dobrze oczyszcza, a przy tym nadaje się także do peelingowania ciała. Jeśli już mowa o peelingu, to tutaj również marka Rituals i nie ukrywam mój ulubieniec, którego odnalazłam dzięki kalendarzowi adwentowemu. Przeznaczony pod prysznic peeling w wersji Sakura nie tylko pięknie pachnie, ale także świetnie działa: jest skuteczny, a jednocześnie delikatny dla skóry. Mój ideał! Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że do higieny intymnej używać zamierzam kolejnej emulsji od AA Intymna. Po skończeniu żelu powracam do tej konsystencji, która zdecydowanie bardziej mi pasuje.





Po wymęczeniu lotionu do ciała z The Body Shop, którego zapach zaczął mnie w pewnym momencie bardzo przytłaczać, nadszedł czas na coś innego. Wybór padł na lotion z Bebe Young Care Bamboo Dream. Jestem już po pierwszych użyciach i póki co jestem zadowolona z jego działania. Na podrażnienia po goleniu używam w dalszym ciągu kremu do skóry wrażliwej z Balea. Bardzo sobie go cenię i często powracam. To opakowanie również powoli się kończy. W kwestii pielęgnacji stóp i dłoni nie zanotowałam żadnych zmian. Nadal sięgam po krem z łoju jelenia Fusswohl oraz czerwoną wersję Garniera. Ten drugi może mi się skończyć tej zimy, więc w zapasie czeka już krem z proteinami jedwabiu z Ziaji, który wieki temu bardzo lubiłam.



Pielęgnacja włosów

Jeśli chodzi o włosy, to jestem raczej minimalistką. Nie sposób znaleźć u mnie mnóstwa kosmetyków przeznaczonych do ich pielęgnacji. Na swoje szczęście natura obdarzyła mnie grubymi i zdrowymi włosami, które rosną tak szybko, że nie sposób ich zatrzymać. W najbliższym czasie szamponami, które będą mi towarzyszyć, będą produkty Pharmaceris. Już dziś mogę powiedzieć, że świetnie sprawdzają się one do włosów przetłuszczających oraz łojotokowej skóry głowy, którą niestety posiadam. No ale coś za coś. Od dłuższego czasu włosy na długości od uszu w dół myję jedynie odżywką i tutaj postaram się zużyć balsam do włosów Seboradin. Przyznam jednak, że meczę się z nim zwłaszcza w kwestii samego opakowania, które utrudnia wydobycie kosmetyku. Otworzyłam również maskę z Fructis z jagodami goji, którą dostałam. Co prawda jest ona przeznaczona do włosów farbowanych, ale moje włosy „piły” ją hektolitrami, więc zamierzam nadal jej używać. Do końca tego roku postanowiłam również olejować włosy tak często, by zużyć olejek arganowy, który posiadam.



Inne

Naturalnie za sprawą kalendarza adwentowego w moje ręce wpadły nowe miniaturki kosmetyków z Kiehl'sa. Tę markę już od dawna chciałam wypróbować, a taki kalendarz jest świetnym rozwiązaniem. Muszę jeszcze znaleźć dogodny czas na testowanie tych produktów, ale na pewno w okolicach wiosny możecie liczyć na zbiorczy wpis poświęcony tym produktom. Na zdjęciu kilka z tych, które do tej pory pojawiły się w kalendarzu.



Czy znacie te kosmetyki? Jak sprawdziły się one u Was? Czy moje punkty pielęgnacyjne pokrywają się z Waszymi?

sobota, 8 grudnia 2018

Co (nie) warto przeczytać? - Zawsze znajdzie się jakieś "ale"...

Przez moje ręce przeszło ostatnio kilka książek i pomyślałam sobie, że dawno już nie opisywałam żadnych lektur we wpisie. Zazwyczaj jest u mnie tak, że czytam naraz dwie książki: jedną powieść i treść, którą podciągnąć można pod literaturę popularno-naukową, tudzież poradnik. Właśnie kończę trylogię, do której odniosę się w następnym miesiącu. Dziś z kolei mam dla Was trzy pozycje, które przed przeczytaniem wydawały mi się arcyciekawe. Czy ten stan utrzymał się również po ich przeczytaniu?

Tajemnice historii. Niewyjaśnione zagadki wszech czasów.
Autor: Joan Ricart
Wydawnictwo: Olesiejuk
Liczba stron: 254
Cena: 26.99 zł


Pierwsza pozycja w tym wpisie to książka, która powinna być ciekawym kąskiem dla tych, którzy uwielbiają odkrywać nieznane. Przedstawia ona szereg zagadnień, które od lat frapują ludzkość.

Tajemnice historii to książka, którą w zasadzie śmiało mogłabym podpisać jako album. Na uwagę z pewnością zasługuje ładne wydanie. Solidna, gruba okładka przyciąga wzrok doskonale, odwzorowując uczucie tajemniczości. Dodatkowo zawiera ona okładkę zabezpieczającą. Książka ta wyróżnia się pięknymi fotografiami i rysunkami, co powoduje, że aż chce się sięgnąć do ich analizy. Całość składa się z 20 krótkich, niepowiązanych ze sobą rozdziałów. Każdy z nich dotyka innej tajemnicy, wśród których przeczytać można na temat budowy piramid, zaginionych miastach, posagów z Wyspy Wielkanocnej czy Trójkącie Bermudzkim.

Każdy z rozdziałów zbudowany jest w ten sam sposób. Na początku następuje rozbudowany opis zjawiska i jego historii, który przeplatany jest z odpowiedziami na pytania typu „Czy wiesz, że...”. Wszystko to w otoczeniu pięknie wyglądających obrazków, którym nie brakuje szerokich opisów. Często rozmieszczone są one na całe strony. Praktycznie przy każdym temacie stworzona została mapka tudzież plan, które dostosowano do konkretnego tematu. Moim zdaniem jest to bardzo ciekawy zabieg, który pozwala zagłębić się w opisywaną historię. Przykładowo: Sam temat zaginionych miast wydaje się dość abstrakcyjny. Gdy jednak na jednej ze stron ukazuje się rekonstrukcja wyglądu takiej osady, można to sobie z powodzeniem wyobrazić i wejść w ten klimat.

Jeśli miałabym skupić się na samej tematyce, to przyznaję szczerze, że w większości była ona interesująca. W całej książce pominęłam jeden rozdział, który zupełnie mi nie leżał i nie zdobył mojego zainteresowania. Pomimo mojego nastawienia do religii teksty poświęcone tajemnicom chrześcijańskim były dla mnie niezwykle ciekawe, jak i zostały one opisany w taki sposób, który zachęca do zadawania dalszych pytań. Moimi ulubionymi rozdziałami stały się opowieści z doliny Amazonii, między innymi historia Majów i Inków, czy też Wyspy Wielkanocnej.


Jak jednak przeczytać możecie w tytule, ja wszędzie znajdę jakieś „ale”. W tym przypadku nie było inaczej. Głównym zastrzeżeniem co do wydania książki były liczne literówki, źle przedzielone wyrazy podczas przenoszenia do następnej linijki czy samo nieuporządkowanie tekstu, którego każda linijka była innej długości. Takie mankamenty zdecydowanie wpływały na mój odbiór tekstu. W czasie czytania łapałam się na tym, że większą uwagę zwracały właśnie te błędy, aniżeli sama wartość, którą niesie ten album.

Pomimo poruszenia ciekawych tematów, do tekstu również można się przyczepić. A ściślej mówiąc, coś zaznaczyć. Sięgając po tę książkę miałam nieco mylne wyobrażenie o niej. Wmówiłam sobie bowiem, że owe tytułowe tajemnice zostaną w niej rozwiązane. Nic bardziej mylnego! W większości nie znajdziemy odpowiedzi na zadane pytania, a po lekturze może dojść do tego, że będziemy mieć ich jeszcze więcej. Ten swoisty rodzaj albumu jedynie opisuje zjawiska, a nie je wyjaśnia. Koniec końców niewyjaśnione pozostanie na zawsze tajemnicą. Inną kwestią jest to, że opisanie tematu na 5 – 7 stronach jest niemałym wyczynem. Stanowi jednak przy tym pewną pułapkę: osobiście miałam wrażenie niedosytu po zakończeniu każdego rozdziału. Zupełnie tak, jakby ktoś wyłączył film 10 minut przed zakończeniem.

Błędy, które zmieniły bieg historii
Autor: Romuald Romański
Wydawnictwo: Bellona
Liczba stron: 280
Cena: 14.99 zł


Jest to nieco specyficzna i mało znana lektura poświęcona (jakby się przynajmniej wydawało) błędom, które zaważyły na historii. W tym historycznym, niemal 300-stronicowym wydaniu podjętych zostało sześć głównych tematów, które miały formę rozbudowanych esejów.

Już na początku muszę zaznaczyć, że język, którym została napisana ta książka, jest bardzo ciężki. Nieraz musiałam kilkukrotnie czytać jedno zdanie, bądź cały fragment, by zrozumieć zawiłości krążące po głowie autora. Nie wspominając już o tym, że miałam wrażenie, jak gdyby pisał on jedynie dla siebie i tak, żeby nikt inny tego nie rozumiał. Ja bardzo chętnie sięgam po tematykę historyczną, co zresztą nie raz mieliście szansę zobaczyć, lecz ta książka była dla mnie absolutnym ewenementem i w trakcie jej czytania nachodziły mnie myśli, mówiące o tym, że już wiem, dlaczego tak wiele ludzi historii nie znosi.


Sam tytuł i te nieszczęsne „błędy” jest jak dla mnie zupełnie nieadekwatny do treści. Setki razy przerywałam czytanie, powracałam do strony głównej i zastanawiałam się, gdzie są te błędy. Bo czy można popełnić błąd egoizmu? Egoistką się albo jest, albo nie. Może to być cecha charakteru, bądź jego skaza, ale błąd? To mi zupełnie nie pasuje. O wiele bardziej pasowałby mi tytuł: „Co by było gdyby...”, bo faktycznie taki ciąg zdarzeń był opisywany.

Kilka fragmentów książki (czytaj: parę akapitów) wydało mi się interesujących, lecz ogólne przedstawienie tematów przez tego pana było bardzo meczące. Wyglądało to tak, jak gdyby w swoim wywodzie zaszedł już tak daleko, że sam nie wiedział, jaki był główny temat. Bo jak od bitwy z XII wieku przejść do teraźniejszego poczucia Ślązaków w kwestii nieprzynależenia do żadnego kraju?

Przyznam szczerze, że po kilku miesiącach od jej przeczytania nie jestem w stanie przytoczyć dokładnie treści żadnego z rozdziałów. Książka ta sprawia wrażenie nudnego wykładu starego historyka, który nie przejmuje się tym, że nikt go nie rozumie i dalej brnie w swój zamknięty świat.

Hygge. Duńska sztuka szczęścia
Autorka: Marie Tourell Soderberg
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 224
Cena: Wymiana książkowa; cena oryginalna: 39.99 zł


Książkę poświęconą duńskiej sztuce szczęścia o nazwie Hygge otrzymałam w wyniku wymiany. Nie ukrywam, że o tym nurcie słyszałam bardzo dużo. Samo słówko je opisujące weszło do codziennego języka. Decydując się na wymianę, byłam żywo zainteresowana i podniecona faktem, że dowiem się nieco więcej. W dodatku ta okładka bardzo mnie kusiła. Pomimo całej jasności światełek, przemawiała do mnie aura spokoju, a nawet coś, co kojarzyło mi się nieco ze Świętami.

Rozpoczęłam od okładki i dla mnie jest do najmocniejszy punkt tej lekturki. W teorii jest ona podzielona na 12 rozdziałów, lecz tak naprawdę nie ma w niej co dzielić. Książka ta (choć nie wiem, czy powinnam określać ją tym mianem) zawiera więcej papieru niż treści. W skrócie można powiedzieć, że na 10 króciutkich linijek tekstu wypada jedno wyśrodkowane zdjęcie na stronie. Patrząc na zdjęcia i opisy miałam wrażenie, jak gdybym przeglądała czyiś album ze zdjęciami, zupełnie nie znając tej osoby.


Tak w zasadzie czym jest ten twór? Na pewno nie poradnikiem, jak przez moment myślałam, bo rad nie znalazłam tam żadnych. Jest z kolei pełno wypowiedzi anonimowych dla mnie osób, które opisują, czym jest dla nich „Hygge”. A że mniej więcej każdy człowiek ma podobne wyobrażenie, to czytałam ciągle to samo ubrane w inne słowa. Skończyło się na tym, że przeczytałam ją w jedno popołudnie i poczułam, że każdy może wydrukować zdjęcia z Instagrama i stworzyć książkę. Nie wspominając już o paskudnych spolszczeniach, które zawiera to tłumaczenie. Hyggować? Hygge-rozmowa, hygge-jedzenie? Boże, zlituj się!

Jeśli ktoś chciałby kupić tę książkę, to nadaje się ona … jako ładne tło do zdjęć.

Czytałyście którąś z tych książek?

czwartek, 6 grudnia 2018

Coś pysznego #51- Najlepsza szarlotka z bezą

Na dziś przygotowałam dla Was prawdziwą ucztę i to nie tylko dla podniebienia. Wizualnie myślę, że również to ciasto prezentuje się tak dobrze, że można byłoby zjeść je przez ekran. Ja sama ślinie się przy pisaniu tego wpisu. Przepis na tę przepyszną szarlotkę wypatrzyłam na stronie Kwestia Smaku i podeszłam do niego z dużą ostrożnością. Jakoś tak się w życiu zdarzało, że praktycznie żaden przepis zaczerpnięty stamtąd mi się nie udał. Postanowiłam jednak spróbować i okazało się to rewelacyjnym posunięciem. Wyszła mi bowiem jedna z lepszych szarlotek! Chcąc dzielić się z Wami wszystkim co najlepsze, postanowiłam podrzucić Wam pomysł na kolejny wypiek wraz z moim sposobem wykonania.

Szarlotka z bezą


































Składniki na ciasto:

450 g mąki pszennej
1/3 szklanki cukru
1 cukier waniliowy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
300 g masła
5 żółtek

Składniki na nadzienie jabłkowe:

4 duże jabłka
1 cukier waniliowy
sok z połowy cytryny
1 budyń śmietankowy lub waniliowy
1 łyżeczka cynamonu (można pominąć)

Składniki na bezę:

5 białek
1 – 1 i 1/2 szklanki cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej

cukier puder do posypania (opcjonalnie)


Wykonanie:

Do miski wsypać przesianą mąkę, dodać oba cukry i proszek do pieczenia.
Masło posiekać na drobne kawałki i wrzucić do miski.
Połączyć składniki palcami do powstania kruszonki.
Dodać żółtka i zagnieść ciasto. Do tej czynności można użyć miksera ze specjalną rączką.

Gdy składniki będą połączone w elastyczne ciasto, uformować je w kulkę i owinąć folią, a następnie schować do lodówki. Chłodzić około pół godziny.

W tym czasie przygotować jabłka: obrać ze skórki i zetrzeć na tarce na grubych oczkach.
Dodać sok z cytryny oraz budyń w proszku. Wsypać także cukier waniliowy i cynamon, jeśli ktoś lubi.

Wyjąć ciasto z lodówki i podzielić w proporcjach 2/3 i 1/3.
1/3 ciasta schować z powrotem do lodówki. Większą częścią kruchego ciasta wyłożyć dno blaszki o wymiarach 25 x 35 cm. Wcześniej wyłożyć ją papierem do pieczenia lub natłuścić.
Piekarnik rozgrzać do 175 stopni i piec ciasto przez 10 min.

Przygotować bezę: białka ubić na sztywną pianę z odrobiną soli.
Stopniowo dodawać cukier, nie przestając ubijać. Przy podaniu składników podałam „widełki” ze względu na preferencje słodkości. Oryginalnie powinno być 1 i 1/2 szklanki cukru. Ja jednak niczego nie słodzę i dodanie niecałej szklanki było dla mnie jeszcze zbyt słodkie. Na koniec dodać mąkę ziemniaczaną i chwilę miksować.


Na podpieczony, wystudzony spód ciasta wyłożyć jabłka, a na nie bezę.
Wierzch pokryć równo startym na tarce o grubych oczkach ciastem pozostawionym w lodówce.
Piec około 35 minut w tej samej temperaturze, aż wierzch ciasta się zezłoci.
Przed podaniem można posypać cukrem pudrem, lecz i bez tego jest pyszne!

wtorek, 4 grudnia 2018

Projekt Denko: listopad 2018 - Jestem zbyt surowa?

Jak już Wam opowiadałam, prywatnie listopad przyniósł mi wiele problemów i pechowych sytuacji. W kwestii zużytych kosmetyków powinnam być jednak całkiem zadowolona. Tak jak zapowiadałam od dawna, chcę wykorzystać moje kosmetyczne zapasy i zmniejszyć ilość przechowywanych miesiącami produktów przynajmniej o połowę. Wyznaczyłam sobie idealną granicę, która zakładałaby przechowywanie zaledwie jednego kosmetyku w zapasie z każdej kategorii. W listopadzie wzięłam na celownik rzeczy, które stały już jakiś czas otwarte i zaczęłam sięgać po nie systematyczniej, by pozbyć się kolejnych opakowań do końca roku i wejść w kolejny z nowymi kosmetykami. Dodatkowo uporządkowałam produkty do włosów, co spowodowało ostateczne rozstanie z kilkoma zalegającymi bublami.

Co trafiło w listopadzie do mojej denkowej torby?

Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!
Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!

1) Żel pod prysznic Le Petit Marseillais White Peach & Nectarine

Korzystając z rabatu na produkty tej marki, postanowiłam przypomnieć sobie doznania, które towarzyszą używania ich żelów pod prysznic. Wybraliśmy dwa warianty zapachowe: widoczną brzoskwinię z nektarynką oraz kokos (ten drugi naturalnie z myślą o moim mężu). Jako pierwsza do użycia trafiła wersja owocowa, której używało się nam bardzo dobrze. Żel zamknięty był w pomarańczowo-łososiowej butelce, a sam kolor idealnie odzwierciedlał jego zapach. Zamykając oczy i czując tę woń, zdecydowanie wybrałabym kredkę w tym odcieniu do jej narysowania. Samo działanie kosmetyku ocenić mogę bardzo wysoko. Żel dobrze się pienił i był całkiem wydajny. Dodając do tego piękny aromat, który unosił się przy jego używaniu, można śmiało go polecić. Chętnie powrócę do niego latem.




2) Szampon przeciwłupieżowy Head&Shoulders Apple Fresh

Jeden ze standardowych kosmetyków, które pojawiają się w mojej pielęgnacji skóry głowy bardzo często. Należę do osób, na które dobrze wpływają szampony H&S, toteż jest to marka, do której ciągle powracam. Wersję jabłkową lubię dodatkowo ze względu na zapach.



3) Maska do włosów Kallos Milk

W tym przypadku nie może być mowy o zużyciu produktu, ponieważ praktycznie w całości wędruje on do kosza. Kupiłam go całe wieki temu, gdy maski tej firmy były na fali. Moje wspomnienia jednak nie należą do najlepszych. Mleczna maska z Kallosa na moje włosy po prostu nie działała. Co więcej, efekt był nawet gorszy niż przed użyciem. Kosmetyk ten pozostawiał na włosach bardzo tępe uczucie, a włosy zamiast przyjemnej lekkości, były wręcz szorstkie i puszące się. Moje włosy wyglądają nawet lepiej, gdy nie użyję niczego. Ten produkt absolutnie nie wpisał się w moje potrzeby.



4) Odżywka w sprayu Marion 7 efektów

Eh! Gdyby chociaż jeden efekt był u mnie widoczny. Jest to przykład kolejnego produktu do włosów, którym zachwycali się wszyscy, a u mnie zupełnie nie działał. Jak widać dobrnęłam w jego używaniu do połowy opakowania, lecz gdy zaczęłam zauważać, że sięgam po niego tylko wtedy, gdy mogę zostać cały dzień w domu i nie pokazywać się ludziom, dotarło do mnie, że coś jest tutaj nie tak. Po zastosowaniu odżywki nie widziałam absolutnie żadnych pozytywnych efektów. Włosy były natomiast bardziej oklapnięte niż zazwyczaj i zdawały się być mało świeże (nawet gdy zostały świeżo umyte). Do tego ten spray w dziwny sposób je oblepiał i skończyło się na tym, że przestałam w ogóle go używać.



5) Lakier do włosów Constance Carroll Hair Spray

Bardzo standardowy lakier do włosów, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Miał typowo „lakierowy”, niezbyt przyjemny zapach. Utrzymywał fryzurę przez jakiś czas w ładzie i dobrze pryskał – do czasu. W butelce znajduje się jeszcze jakaś resztka, ale nie można jej wydobyć ze względu na zepsucie się nasadki od spraya.


6) Ampułka do włosów Pantene Pro-V

Jeśli miałabym wybrać jeden produkt do poprawy kondycji włosów, którego miałabym używać cały czas, byłaby to właśnie ta ampułka. Ubolewam ogromnie, że nie ma tego produktu w opakowaniu pełnowymiarowym (maska 3-minutowa w większym opakowaniu nie działa już tak dobrze). Cóż dużo mówić: moje włosy wyglądają po tej kuracji rewelacyjnie!




7) Balsam do ciała The Body Shop Smoky Poppy

Mimo swojej niewielkiej pojemności ten balsam był ze mną naprawdę długo. Kiedyś przepadałam za tym intensywnym zapachem serii Smokky Poppy i zakupiłam cały zestaw kosmetyków. Pamiętam, że w czasie używania masła do ciała przeżywałam czystą rozkosz w momencie jego nakładania. Przy dłuższym stosowaniu stwierdziłam jednak, że jest to nuta zapachowa, która może zmęczyć. I chyba właśnie to spowodowało, że zaczęłam rzadziej sięgać w kierunku tej czarnej butelki. Jeśli chodzi o sam balsam, to miał on całkiem ciężką konsystencję i długo się wchłaniał, więc z pewnością jest to kosmetyk do używania na wieczór. Pompka działała przez cały czas bez zarzutu. Do tego zapachu nie powrócę w najbliższym czasie, bo dziś uważam go za nieco meczący, ale może kiedyś powróci mi na niego ochota.



8) Żel do higieny intymnej AA Intymna Fresh

W listopadzie zużyłam również produkt marki AA Intymna. Tym razem był to kosmetyk o żelowej formule o nazwie Fresh. Ogólnie o marce i jej produktach muszę wypowiedzieć się w samych superlatywach, bo używam ich od lat i póki co nie zamierzam przestać. Z wersją Fresh chyba jednak polubiłam się najmniej. Nie zrozumcie mnie źle, bo nie jest to bubel. Nic z tych rzeczy! Po prostu o wiele bardziej przekonują mnie produkty z tej kategorii o kremowej konsystencji. Żel działał dobrze, przynosił odświeżenie i łagodził. Ja jednak pozostanę wierna innym rodzajom.



9) Mgiełka do ciała i tkanin Rituals The Ritual of Dao

Dwa kolejne produkty to pozostałość po zeszłorocznym kalendarzu adwentowym z Rituals, więc najwyższa pora była się za nie wziąć. Ta mgiełka jest o tyle ciekawa, że używać można było jej zarówno do ciała, jak i do tkanin. Głównie (według wskazówek producenta) powinno się pryskać nią poduszki, by zatopić się w relaksacyjnym śnie. Z tej opcji skorzystałam raz, ale nie było to dla mnie jakoś nad wyraz fascynujące. Ot poduszka przez moment pachniała intensywną, oleistą wonią i to by było na tyle. Jako mgiełka do ciała również miałam do niej zastrzeżenie i to w kwestii dość istotnej, a mianowicie zapachu. Początkowo myślałam, że możemy się polubić, ale po kilku użyciach stwierdziłam, że nie jest mi z nim po drodze. Zmuszałam się jednak i wykorzystałam do końca. Sam pomysł takiego produktu oceniam dobrze i może nawet zdecydowałabym się na zakup, lecz na pewno innej serii.



10) Serum relaksacyjne Rituals The Ritual of Dao

A tu będziecie świadkami typowego paradoksu. Seria ta sama, a zupełnie inne doznania. Niby buteleczka niewielka, a ile z nią doświadczeń. Tak zupełnie na serio: tego serum używałam w skrajnych przypadkach. Głównie gdy męczyła mnie migrena lub miałam problemy z zatokami i sprawdzał się wtedy idealnie. Miał bardzo kojący zapach z nutką mięty, który odblokowywał zatkane zatoki. Z kosmetyku zmienił się on zatem w wyrób medyczny. Sam producent poleca, by stosować go na okolice skroni i kark w celach relaksacyjnych.

Moja opinia o kosmetykach Rituals - LINK

11) Krem pod oczy Anneyake Ultratime

Kolejna mała tubeczka, która starczyła mi na bardzo długi czas. W kwestii kremu pod oczy nie powinno być to jednak zaskoczeniem. Kosmetyku od Anneyake starałam się używać bardzo systematycznie i nawet mi to wychodziło. Samą próbkę dostałam od siostry, która miała ja w kalendarzu adwentowym. Ogólnie nie mogę wypowiedzieć się negatywnie na jego temat, z drugiej jednak strony moja skóra pod oczami nie jest w jakimś krytycznym stanie i nie zauważam nadzwyczajnych efektów po użyciu jakiegokolwiek produktu przeznaczonego do tego fragmentu twarzy. Widząc cenę pełnowymiarowego produktu wiem na pewno, że w tym momencie mojego życia nie zdecydowałabym się na taki zakup.




12) Maska oczyszczająca Daytox Clay Mask

Jest to drugie opakowanie maski oczyszczającej z Daytox, jakie zużyłam. Ilość produktu, znajdująca się w tubce starczyła mi na 3-4 użycia i byłam z niej bardzo zadowolona. Śmiało mogę powiedzieć, że po dwukrotnym kontakcie z tym konkretnym produktem czuję się zachęcona do zakupu maski, jak i eksperymentowania z innymi kosmetykami sprzedawanymi pod tą nazwą. Był to produkt o dość specyficznym zapachu, jednak nie był on jakoś szczególnie drażniący. Brunatna, nieco glinkowa konsystencja dobrze rozprowadzała się po twarzy, a następnie łatwo dała się zmyć. Efekt był dokładnie taki, jaki powinien być: twarz była maksymalnie oczyszczona, a przy tym miękka i przyjemna w dotyku. Widoczne było także zmatowienie, jak i zmniejszenie niedoskonałości przy częstszym stosowaniu.



13) Maska w płachcie A'pieu Strawberry Milk

Przygoda z tą maską przeszła bez większego echa. Naturalnie skusiła mnie tutaj piękna szata graficzna i opakowanie, które wręcz krzyczało „Weź mnie!”. W saszetce znajdowała się jedna płachta nasączona esencją o zapachu mleka truskawkowego. Sama płachta miała jak dla mnie za dużo materiału i nie była dobrze dopasowana do twarzy. Po ściągnięciu pozostało sporo esencji, która jednak szybko się wchłonęła. Ogólny efekt mogę ocenić na dobry, lecz nie rewelacyjny. Taki sam jaki osiągnąć można produktami z niższej półki cenowej.



14) Maska nawilżająca Balea Feuchtigkeitsmaske x 2 szt.

Z gamy masek marki Balea używałam już wiele rodzajów, lecz z wersją nawilżającą miałam chyba do czynienia po raz pierwszy. W listopadzie zużyłam dwie saszetki tej klasycznej maski. Miała ona typową białą barwę i kremową konsystencję. Była bardzo łatwa w nałożeniu. W opakowaniu było jej tyle, żeby pozostawić grubą warstwę produktu na twarzy i szyi. Co prawda dała ona lekkie nawilżenie, ale nie był to wyjątkowy efekt.



15) Głęboko oczyszczające plastry na nos Dermo pHarma +

Z Polski przywożę zawsze cały zapas tych plastrów, ponieważ sprawdzają się one u mnie najlepiej spośród produktów tego typu, jakie miałam szansę wypróbować (a było ich całkiem sporo). Należę do osób, które mają duży problem w tej kwestii i Ci, którzy się z tym zmagają wiedzą, że takie plastry nie są w stanie zlikwidować go całkowicie. Mimo to dają one widoczną poprawę i faktycznie usuwają zatkane pory.



16) Maskara Essence Lash Princess

To taki rodzaj maskary, na temat której ciężko jest się wypowiedzieć. Używałam jej jakiś czas i początek miała absolutnie beznadziejny. Potwornie sklejała rzęsy, które wyglądały bardzo niekorzystanie i ciężko. Po lekkim przyschnięciu zaczęłam ją jednak lubić i doceniłam sposób, w jaki podkreśla naturalny kształt rzęs. Często po nią sięgałam i tak było do czasu, gdy ponownie zaczęła sklejać rzęsy, a po kilkudziesięciu minutach osypywać się. Wtedy to zrezygnowanym z dalszego używania i pewnie nie powrócę do tego tuszu.



17) Puder matujący Catrice All Matt Plus

To puder, który towarzyszy mi na co dzień. Jest moim ulubionym spośród pudrów matujących.

18) Woda perfumowana Tesori di Oriente Muschio Bianco

Z tym zapachem spotkałam się po raz pierwszy u mojej szefowej, która jest jego wielbicielką i nie ukrywam, że zaraziła mnie tą miłością. W użyciu jest u mnie również dezodorant tego samego rodzaju. Muschio Blanco ma bardzo intensywny, piżmowy zapach, który niesie za sobą nutkę egzotyki i kusicielstwa. Nie jestem dobra w opisywaniu zapachów, więc po prostu zachęcam Was, byście przekonały się na własnym nosie.



19) Antyperspirant w sprayu Nivea Men Silver Protect

Standardowe zużycie mojego męża.

20) Pasta do zębów Elmex



-> Próbki: serum Castanea Arcadia i krem Wild Rose marki Korres



-> Suplementy diety: Witamina C z cynkiem



Jak widać listopad spowodował u mnie pozbycie się wielu opakowań, które niekiedy nie były zupełnie puste. Przy okazji zobaczyć mogłyście buble, które zalegały na mojej szafce. Po pozbyciu się takiej ilości kosmetyków w mojej pielęgnacji pojawiły się naturalnie nowości. Wystawione zostały dwa żele pod prysznic: dla mnie marka Fa o zapachu frezji i lotosu, mój mąż zużyje produkt od I am. Wśród szamponów w zapasach pozostały mi jedynie kosmetyki Pharmaceris, więc to właśnie ich w najbliższym czasie będę używać. Do pielęgnacji włosów stosować zamierzam maskę Fructis. Pozostała mi również jeszcze jedna ampułka z Pantene Pro-V. Na ciało nakładam obecnie lotion z Bebe Young Care. Nowy żel do higieny intymnej pochodzi ponownie od AA Intymna, a krem pod oczy wymieniłam na markę Naturaline. Jeśli jednak interesuje Was dokładna lista produktów, których obecnie używam i jak prezentuje się mój plan pielęgnacyjny na zimę, to zachęcam do odwiedzin bloga, bo już niedługo kolejna aktualizacja.

Czy znacie te kosmetyki?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...