W
drugiej połowie kwietnia wybrałam się z mężem na pierwszą w tym
roku dłuższą wycieczkę. Za cel naszej podróży obraliśmy
Lazurowe Wybrzeże. Analizując wszelkie za i przeciw podjęliśmy
decyzję o zorganizowaniu objazdówki, ponieważ ta forma wyjazdu
najlepiej się u nas sprawdza i odpowiada naszym oczekiwaniom
turystycznym. Biorąc pod uwagę niedługi czas jazdy (6,5 h), bez
wahania wybraliśmy na środek transportu nasze auto. W dzisiejszym
wpisie chciałabym opowiedzieć Wam w skrócie o tej wyprawie i
ogólnych wrażeniach.
Zachęcam
do lektury!
Na
początku muszę wspomnieć o pewnym zbiegu okoliczności, który
zdarzył się tuż przed naszym wyjazdem, a który mocno rzutował na
jego przebieg. W planach na ten rok uwzględniałam od dawna zakup
nowego aparatu, jednak nie sądziłam, że zostanę tak nagle
postawiona pod ścianą. Otóż na tydzień przed planowaną datą
wycieczki mój dotychczasowy aparat zaczął płatać mi figle. W
losowych sytuacjach zaczął się wyłączać, pojawiał się
komunikat o błędach. Wreszcie doszło do sytuacji, w której nie
byłam w stanie zrobić jakiegokolwiek zdjęcia na zewnątrz
(wychodziły mocno prześwietlone i po każdym kliknięciu migawki
pojawił się komunikat o wyłączeniu i włączeniu baterii).
Wpadłam w małą panikę. Już nie chodziło nawet o sentyment,
który mam do tego sprzętu, ale o to, że zostałam bez aparatu na
kilka dni przed wyjazdem. Czasu pozostało bardzo niewiele, a ja jak
szalona starałam się znaleźć sprzęt, który byłby dostępny
stacjonarnie w sprzedaży. W końcu nie mogłam tak długo czekać na
dostawę. Jak się domyślacie było to dość ciężkie. Ostatecznie
mój wybór padł na cyfrówkę Sony, która była dla mnie osiągalna
finansowo i to z nią wyjechałam na wakacje. Musicie zatem wiedzieć,
że zdjęcia wyjazdowe powstały w całości nowym aparatem, z którym
dopiero się zapoznawałam.
Tak jak wspominałam do Francji udaliśmy się naszym prywatnym samochodem (ze Szwajcarii przez Włochy). Mając za sobą to doświadczenie, mogę udzielić kilku porad. Po pierwsze sama trasa jest dość kosztowna: zarówno autostrada we Włoszech, jak i przejazd pomiędzy miejscowościami na Lazurowym Wybrzeżu wiąże się z płatnościami. Koniecznie warto jest mieć ze sobą „drobne”, ponieważ niektóre automaty przyjmują jedynie monety. W jednym z nich natrafiliśmy na taką stresującą sytuację: wcześniejsze automaty połknęły już wszystkie nasze monety i zostały nam jedynie banknoty po 5 euro, a automat nie miał możliwości wrzucenia takiej kwoty. Skończyło się na szukaniu wśród kierowców kogoś, kto rozmieni nam piątaka. Sam temat funduszy chciałabym poruszyć w innym poście, lecz w tym miejscu mogę powiedzieć, że opłaty drogowe w jedną stronę wyniosły nas blisko 40 euro.
Nasza trasa przebiegła bezproblemowo (no może poza diametralną zmianą sposobu jazdy kierowców we Włoszech) i po ok. 6 godzinach byliśmy w Nicei. To tam rozpoczęła się nasza wycieczka. Po pozostawieniu auta na parkingu przedostaliśmy się na jedną z głównych ulic, by zorientować się gdzie jesteśmy i dokąd powinniśmy się udać. Pierwszym zaskoczeniem była sytuacja, w której po trzech sekundach od wyciągnięcia mapy podeszła do nas starsza pani mówiąca dość specyficznym angielskim i chcąca nam za wszelką cenę pomóc w odnalezieniu drogi. Było to niezwykle mile z jej strony, mimo że w tej chwili sami jeszcze nie wiedzieliśmy, dokąd chcemy iść.
Nasza trasa przebiegła bezproblemowo (no może poza diametralną zmianą sposobu jazdy kierowców we Włoszech) i po ok. 6 godzinach byliśmy w Nicei. To tam rozpoczęła się nasza wycieczka. Po pozostawieniu auta na parkingu przedostaliśmy się na jedną z głównych ulic, by zorientować się gdzie jesteśmy i dokąd powinniśmy się udać. Pierwszym zaskoczeniem była sytuacja, w której po trzech sekundach od wyciągnięcia mapy podeszła do nas starsza pani mówiąca dość specyficznym angielskim i chcąca nam za wszelką cenę pomóc w odnalezieniu drogi. Było to niezwykle mile z jej strony, mimo że w tej chwili sami jeszcze nie wiedzieliśmy, dokąd chcemy iść.
Stanęliśmy
zatem na dość ruchliwej ulicy i nasza pierwsza myśl brzmiała:
„Jak dobrze, że nie przyjechaliśmy tu w sezonie”. Szczerze
mówiąc nie wyobrażam sobie, jakie tłumy napotkać można na
ulicach miasta, gdy sezon urlopowy jest w pełni. Dla mnie już w tym
momencie turystów było dużo za dużo. Główne drogi były tak
pełne, że z premedytacją zawsze wybieraliśmy boczne uliczki, bądź
podążaliśmy w przeciwną stronę niż wszyscy.
Warto
zaznaczyć, że w obrębie miast nie poruszaliśmy się samochodem. W
ten sposób przemieszczaliśmy się tylko w obrębie miast. Jako
miejski środek transportu wybraliśmy z kolei hulajnogi. Możecie
się śmiać, lecz podczas tego wyjazdu po raz kolejny uświadomiłam
sobie jak dobry jest to pojazd dla turysty do miejskiego zwiedzania.
O wiele szybciej pokonywaliśmy większe odległości (bez nich nie
zobaczylibyśmy wielu miejsc, które były oddalone od centrum), a
przy tym były bardzo praktyczne w użyciu. Można było wszędzie
nimi wjechać, szybko złożyć w razie potrzeby, a najważniejsze
nie czuliśmy ani grama zmęczenia po całym dniu jazdy. W dodatku
nie byliśmy odosobnieni w naszym wyborze, bo podczas całej naszej
wycieczki co krok widzieliśmy ludzi na hulajnogach w różnym wieku.
Zwiedzanie
Nicei rozpoczęliśmy od dzielnicy Cimiez, w której znajdują się
pozostałości starożytnych rzymskich budowli. Co prawda dotarcie
tam zajęło nam o wiele za dużo czasu, gdyż drogi nie do końca
pokrywały się z mapą (co krok trafialiśmy na prywatne, zamknięte
odcinki dróg), ale w końcu udało się. Nieopodal znajdował się
także pierwszy na naszej trasie punkt widokowy. Po powrocie z tej
dzielnicy poszliśmy zameldować się w hotelu. Zatrzymaliśmy się w
So Co by Happy, który nastawiony jest na ochronę środowiska.
Niestety nasz pokój nie był jeszcze gotowy, więc musieliśmy na
niego poczekać dłuższą chwilę, co pokrzyżowało nam nieco plany
zwiedzania. Po załatwieniu formalności udaliśmy się w stronę
plaży, by w końcu nacieszyć się widokiem Morza Śródziemnego.
Już
pierwszy widok na morze uświadomił nam, z jak pięknymi
krajobrazami będziemy mieć do czynienia podczas wyjazdu. Większość
tego dnia spędziliśmy zatem na kamienistej plaży, nieopodal
historycznego centrum. Nicea nie należy do miast, w których od razu
można poczuć się jak w domu. Tak naprawdę dopiero trzeciego dnia
byliśmy w stanie poruszać się po głównych ulicach bez mapki,
wiedząc w której części miasta się znajdujemy. Uliczki Starego
Miasta są kręte, bardzo wąskie, a większość z nich nawet nie
jest zaznaczona na mapie. Ponadto wybierając się do centrum, trzeba
nastawić się na chodzenie po schodach w górę i w dół.
Najbardziej okazały jest naturalnie plac Massena, na którym życie
trwa 24h/dobę. Po zapadnięciu zmroku zyskuje nową odsłonę.
W
Nicei zaliczyliśmy wejście na dwa wzgórza. Pierwsze – Wzgórze
Zamkowe – jest łatwo osiągalne. Znajduje się tuż przy głównej
Promenadzie i zawiera mnóstwo wiele ciekawych miejsc oraz ukrytych
detali. Ruiny zamku, wieża widokowa, wodospad, brukowane mozaiki czy
wreszcie sam widok na okolicę z każdej strony. Dotarliśmy także
do dzielnicy Mont Boron, a tam czekała nas wędrówka na wzgórze,
by odkryć Fort du Mont Alban. Twierdza ta niestety nie jest dostępna
do zwiedzania, lecz z zewnątrz również ciekawie się prezentuje.
Nie żałujemy ani trochę poświęconego czasu i energii na zdobycie
tego małego szczytu, bo właśnie stamtąd zapamiętaliśmy
najpiękniejszy widok z całego naszego pobytu. Na zdjęciu widzicie
cypelek, który tworzy miejscowość Saint-Jean-Cap-Ferrat i fragment
portu Villefranche-sur-Mer, który należy od tamtej chwili do moich
ulubionych. Ponadto w Nicei spędzaliśmy wieczory na spacerach po
oświetlonej starówce oraz siedząc na plaży, która o zmroku jest
jeszcze bardziej pełna niż za dnia.
Tak
naprawdę marzyło mi się zobaczyć Monako. Od tego właśnie wziął
się pomysł na wycieczkę w tym kierunku. Jako oszczędni turyści
nie pozwoliliśmy sobie jednak na nocleg w tym państwie. Całe
szczęście sieć komunikacji do Monako jest dobrze rozwinięta i z
Nicei przedostaliśmy się tam pociągiem. Absolutnie nie widzę
sensu poruszania się po ulicach tego miasta-państwa samochodem, bo
mogłoby być to bardzo skomplikowane: mało miejsca, korki, wiele
ślepych uliczek oraz deptaki wyłączone z ruchu ulicznego. Z Nicei
złapaliśmy zatem bezpośredni pociąg i tym samym spędziliśmy
dzień w Monako, w którym zakochałam się od wejścia w pierwszą
ulicę. Na pierwszy rzut oka widać, że jest to bogaty kraj, gdzie
każdy plan architektoniczny jest starannie przemyślany. Wystarczyło
przejść się losową ulicą, by zauważyć, że nic nie znajduje
się tam przypadkiem. Widok z góry na miasto odsłaniał jego
tajemnice: takiego zorganizowania przestrzeni już dawno nie
widziałam. Z ciekawością patrzyłam na parki i deptaki prowadzone
przez … dachy budynków. W ramach anegdoty powiem jeszcze, że
zachwyceni zwykłymi uliczkami Monako, nie spostrzegliśmy się
nawet, że opuściliśmy to małe państewko.
W
Monako zwiedziliśmy większość polecanych atrakcji i od początku
mieliśmy przeznaczony największy budżet na ten dzień. Byliśmy
między innymi w ogrodzie egzotycznym, gdzie odwiedziliśmy także
muzeum oraz zostaliśmy oprowadzeni po podziemnej grocie. Naturalnie
weszliśmy na słynne, widoczne na każdym pejzażowym zdjęciu
wzgórze, gdzie znajdują się największe atrakcje: Pałac Królewski
i Oceanarium. Z ciekawością zwiedziliśmy komnaty księcia z
audiobookiem w języku polskim. Weszliśmy również do Oceanarium,
ale bardziej niż akwaria zainteresowało nas muzeum. Specjalnie dla
mojego męża na naszej trasie umieściłam również wizytę w
muzeum samochodów należących do księcia. Kolekcja jest
imponująca. Dotarliśmy także do słynnej okolicy z rozsławionym
kasynem, lecz przyznam, że szybko stamtąd uciekliśmy. Dla nas był
to zbyt duży pokaz próżności, a niektórzy ludzie zachowywali się
jakby nie widzieli na oczy lepszej klasy samochodu.
Drugą
część naszego pobytu spędziliśmy w Cannes, które o dziwo nie ma
zbyt wiele do zaoferowania. Tak naprawdę głównym punktem do
zwiedzania był tylko Pałac Filmowy i Aleja Gwiazd z odciśniętymi
dłońmi aktorów. My zatem postawiliśmy na inny rodzaj poznania
miasta: szukaliśmy murali związanych ze sztuką filmową, co wyszło
nam nie najgorzej i sprawiło mnóstwo frajdy. Ponadto w Cannes
próbowaliśmy tradycyjnego wypieku z tego regionu, czyli soccę.
Ponownie spędziliśmy mnóstwo czasu na plaży, która była w tym
miejscu (ku naszej uciesze) piaszczysta.
W
tym mieście nocowaliśmy w Amarante Hotel, który położony był w
niewielkiej odległości od centrum. Samo Stare Miasto mnie nie
zachwyciło. Było wręcz „zaśmiecone” sklepami z pamiątkami,
przez co same budynki nikły w tle. Myśląc o Cannes od razu
przychodzi mi na myśl przepyszny obiad, jaki jedliśmy w Gusti
Italiani (tak wiem, byliśmy we Francji, a jedliśmy włoską
kuchnię). Niepozorna restauracja umiejscowiona na 1. piętrze sklepu
delikatesowego ugościła nas jak nikt inny. Obsługa była przemiła
i chciała uchylić nam wrót do nieba, co poniekąd udało im się
za sprawą jedzenia, jakie serwują. Mają oni okrojone menu, ale ma
to związek z tym, że sami wytwarzają wszystkie składniki (można
je kupić poniżej w sklepie). Tak pysznego obiadu nie da się
zapomnieć.
Cannes
jest świetną wypadową na pobliskie wyspy. Nasz wybór padł na
wyspę świętej Honoraty, do której dopłynęliśmy zaledwie w 25
minut. Był to idealny czas na tego rodzaju wycieczkę. Byliśmy już
nieco zmęczeni ciągłym zwiedzaniem. Nie dawaliśmy sobie chwili
wytchnienia od rana do wieczora. Na wyspie mogliśmy zatem odpocząć
w towarzystwie natury i naładować baterie. Co więcej wyspa ta
kryje dużo skarbów, których warto poszukać. Po drodze zobaczyć
można pozostałości budowli, kapliczki czy wreszcie opuszczoną,
majestatyczną twierdzę. Ta ostatnia zrobiła na mnie piorunujące
wrażenie. Tym bardziej, że w środku nie spotkaliśmy żywego
ducha, co dodatkowo potęgowało uczucie tajemniczości tego miejsca.
Sam zakon franciszkanów wypadł przy niej dość słabo.
W
tym regionie odwiedziliśmy również malownicze miasteczko La
Turbie. O głównej atrakcji – ruinach monumentu z czasów
starożytnego Rzymu – przeczytać można wiele, lecz nikt nie
wspomina o tym jak piękna jest to mieścina. Piękne kamienne
uliczki, historyczne domy i mnóstwo kwiatów – spacer w tym
miejscu był czystą przyjemnością. Zajrzeliśmy również na sam
monument oraz do małego muzeum, stojącego obok niego. Bez wątpienia
można stwierdzić, że cofnęliśmy się tam w czasie. Mogliśmy
także z wysokości spojrzeć na odwiedzane parę dni wcześniej
Monako.
Z
Francją na pewno będą mi się kojarzyć francuskie ciastka z
czekoladą, które nigdzie nie smakują tak dobrze jak tam. Hotele, w
których byliśmy, wyrabiały je własnoręcznie, więc codziennie na
śniadanie jedliśmy kilka jeszcze gorących sztuk. Pod względem
kulinarnym szczególnie one zapadły mi w pamięci. Nie możemy
również narzekać na pogodę. Prognozy jak zawsze straszyły nas
deszczem, a na miejscu nie zaznaliśmy ani chwili oziębienia. Słońce
świeciło tak mocno, że po dwóch dniach byliśmy już opaleni.
Również pod tym względem warto jest wybrać się na Lazurowe
Wybrzeże poza sezonem.
Oboje
z mężem oceniamy ten wyjazd jako bardzo udany. Zobaczyliśmy
mnóstwo miejsc, które na długo pozostaną w naszej pamięci.
Spędziliśmy także czas we dwoje, co było dla nas o tyle ważne,
że wycieczka miała charakter rocznicowy. Odpoczęliśmy także od
telefonów i komputerów, których praktycznie nie używaliśmy
podczas całego wyjazdu. A przede wszystkim nie mieliśmy czasu na
myślenie o problemach. Zostawiliśmy wszystko za sobą i cieszyliśmy
się tymi chwilami.
Czy
odwiedziliście już Lazurowe Wybrzeże? Które miasta są Wam znane?
Ale tam jest pięknie :) cudowne zdjęcia.
OdpowiedzUsuńMoje ukochane miejsce na wakacje :D
OdpowiedzUsuńMamy w planach Lazurowe Wybrzeże oraz Prowansję na luty 2020.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że uda nam się spełnić to marzenie.
Twoje wskazówki na pewno bardzo mi się przydadzą:)
Przerażają mnie ceny autostrad, no i w ogóle Francja jest strasznie droga, więc trzeba będzie nieźle główkować:)
Na ceny autostrad trzeba sie po prostu dobrze przygotowac. Polecic moge strone viamichelin. To jest stronka do obliczania kosztow oplat na autostradzie. Zazwyczaj sprawdzaly sie ceny, ktore tam znalazlam.
UsuńNiezapomniane widoki :D
OdpowiedzUsuńBez dwóch zdań!
UsuńAleż tam jest pięknie. Mam nadzieję, że uda mi się tam kiedyś pojechać.
OdpowiedzUsuńmega wyjazd:) zazdroszczę-pozytywnie-też mi się marzy ten kierunek na wakacje lub może na wrzesień?:)
OdpowiedzUsuńPolecałabym jednak ten wrzesień ;)
UsuńNiesamowite miejsca. Świat jest piękny, bez dwóch zdań :)
OdpowiedzUsuńFantastyczne widoki, wakacje idealne 😉
OdpowiedzUsuńPrzepiękne widoki, chciałabym kiedyś się tam wybrać i pozwiedzać:) Mój szwagier pracuje na południu Francji przy lazurowym wybrzeżu. Zawsze się zachwyca tamtą okolicą:)
OdpowiedzUsuńMiec takie widoki na co dzien to marzenie :)
UsuńBardzo tam ładnie. Wiem, że nie pojadę ale dzięki Tobie mogłam zobaczyć to miejsce Twoimi oczami. Dziękuję ;)
OdpowiedzUsuńNigdy nie mów nigdy ;)
UsuńNiesamowite zdjęcia
OdpowiedzUsuńMieliście szczęście do pogody, gdyż tegoroczna wiosna jest bardziej kapryśna niż powinna ;) i zdecydowanie dobrze zrobiliście wybierając się na Lazurowe Wybrzeże poza sezonem. Mam ochotę wybrać się w podobną podróż jesienią ;) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńNa południe Francji mam zamiar jechać we wrześniu. Dzięki Twojej publikacji wiem na co mam zwrócić uwagę :-)
OdpowiedzUsuńNa pewno pojawia sie jeszcze dokladniejsze wpisy z tych miejsc :)
UsuńWiele bym dała za choćby weekend w takim otoczeniu. ;)
OdpowiedzUsuńJak pięknie! Wspaniałe zdjęcia :)
OdpowiedzUsuńTeż miałam okazję zwiedzić te wszystkie miejsca - byłam mega zadowolona ;)
OdpowiedzUsuńCudowne zdjęcia! Może kiedyś się tam wybiorę ;)
OdpowiedzUsuńAle piękne zdjęcia. Widać, że mieliście wspaniały czas. Wróciłam wczoraj z Portugalii i tam, np. w Lizbonie, można wypożyczyć hulajnogę praktycznie na każdym kroku. Widziałam też sporo ludzi zwiedzających właśnie w taki sposób.
OdpowiedzUsuńMoja koleżanka zalała swój aparat na kilka godzin przed przed wylotem do Tajlandii i też na "szybko" szukała nowego sprzętu. Spacerując po Lizbonie poślizgnęłam się na mokrym po deszczu brukowanym chodniku i wypadł mi z rąk aparat, moją pierwszą myślą nie było to, czy czasem sobie czegoś nie złamałam tylko czy z paratem wszystko ok hi hi. To przecież normalne, że nie ma podróżowania bez robienia zdjęć. Też bym kupiła jakiś aparat w Lizbonie gdyby mój nie przeżył upadku. Jesteś zadowolona z zakupu?
W takim razie Lizbona jest dla nas idealnym miastem do zwiedzania :D Przy takim efektownym upadku chyba tez w pierwszej chwili pomyslalabym o aparacie. Jesli chodzi o moj nowy nabytek, to jeszcze sie z nim zapoznaje. Jakosc jest w porzadku, swietnie nagrywa i ma fajna opcje do robienia selfie ;) I tak musze rozejrzec sie za lustrzanka, ale na wyjazdy na pewno bedzie mi sluzyl ten.
UsuńNo czekałam na Twoja relacje i cieszę się :) miejsca super i wiem że chcę tam pojechać. Bardzo fajna relacja i jest się czym inspirować na przyszłość :)
OdpowiedzUsuńSuper wyjazd :)
Na pewno stworze jeszcze osobne wpisy z kazdego miejsca, wiec mysle, ze moga jeszcze bardziej zainspirowac :)
UsuńAleż zazdroszczę, zwłaszcza tego Monako, bo odwiedzenie tego miejsca jest moim marzeniem <3
OdpowiedzUsuńMoim rowniez bylo przez dlugi czas, stad tez decyzja o takim wyjezdzie :)
UsuńCiekawy wpis
OdpowiedzUsuńBajka. Niesamowite widoki. Ja w tym roku wyjeżdżam raz, ale konkretnie. Naszym celem jest Dominicana. Nie znam osoby, która by nie polecała tego kraju i tych rajskich plaż.
OdpowiedzUsuń