Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testy jedzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą testy jedzenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lutego 2019

Jedz, pij, żuj #15 - Ricola

Ostatnio zauważyłam, że Szwajcaria jest bardzo pomijanym krajem na mapie Europy, a produkty, które wywodzą się z tego kraju często wrzucane są do jednego worka o nazwie „Jakieś niemieckie”. Nie chcę się uważać za krzewiciela kultury szwajcarskiej wśród Polaków, ale jednocześnie czuję się w takich sytuacjach zobowiązana do wyjaśnienia sytuacji. Tak było między innymi z marka Ricola, której korzenie ściśle związane są ze szwajcarską ziemią, mimo że jej produkty sprzedawane są w wielu miejscach na świecie. Dzisiaj chciałabym przybliżyć Wam tę markę.



Ricola to szwajcarska marka, która głównie znana jest ze swych ziołowych produktów. Jej historia rozpoczęła się w roku 1930, kiedy to cukiernia Richterich skupiła się na tworzeniu jednego rodzaju produktów, specjalizując się w ich wykonaniu. Po latach firmę tę można śmiało nazwać jednym ze szwajcarskich symboli, a jej wyroby trafiają do klientów z 50 krajów na całym świecie.

Ricola to rodzinna firma, która znajduje się w rękach rodu Richterich od 3 pokoleń. Obecnie zatrudnia ona blisko 400 pracowników, a produkty przynoszą jej 300 milionów zysku rocznie. Składniki do produkcji wyrobów sprzedawanych pod nazwą Ricola pochodzą ze specjalnych gospodarstw górskich. Dostarczają one co roku 1400 ton ziół, z których tworzy się chociażby najbardziej znany produkt: szwajcarskie ziołowe cukierki. Obszary uprawne znajdują się w regionach: Wallis, Emmental, w Szwajcarii Centralnej, w dolinie Puschlav oraz na południu kantonu Jura.




Mieszanka ziół

Produkty tej marki mają proste składy i tworzą je głównie olejki oraz ekstrakty z alpejskich ziół. Do 13 głównych rodzajów zaliczają się: babka lancetowata, poślubnik, mięta pieprzowa, tymianek, szałwia, przywrotnik, bez, pierwiosnek, krwawnik, biedrzeniec, przetacznik, malwa i szanta zwyczajna. Hasłem reklamowym marki jest szwajcarskie słowo: „Chrüterchraft”, które tłumaczyć można jako „Siła ziół” (niem. Kräuterkraft).

Wygląd

Najbardziej znaną formą sprzedaży produktów Ricoli jest zamknięcie ziół w formie cukierków, które kupić można w małych pudełeczkach, paczkach lub (w niektórych przypadkach) puszkach. Wersje smakowe cukierków Ricola mają podłużny, owalny kształt. Na każdym z nich widnieje charakterystyczny znaczek litery R. Paczkowane torebki zawierają 75 g cukierków, z których każda sztuka zawinięta jest dodatkowo w osobny papierek. Cukierki do pudełek wrzucone są luzem, a ich ilość odpowiada 50 g.

Cukierki te polecane są jako odświeżenie, sposób na ból gardła lub kaszel i chrypkę. Najpopularniejszy rodzaj oryginalnych cukierków (widoczny na zdjęciu w puszce) produkowany jest według tej samej receptury od 1940 r. Cukierki te mają charakterystyczny, kanciasty kształt i kojący, ziołowy zapach. W składzie znaleźć można wszystkie 13 wcześniej wymienionych ziół. Patrząc na te cukierki pod światło, zauważyć można jak pięknie się mienią. Mi na myśl przywodzą one bursztyn.




Rodzaje cukierków

Poza oryginalnym produktem Ricola wypuściła na rynek wiele rodzajów swych cukierków. Godnymi uwagi i niezwykle smacznymi wariantami są: Melisa Cytrynowa, Mięta-Pomarańcza czy Żurawina. Zmiksowane Jagody zawierają połączenie borówek, malin i czarnej porzeczki. Powyższe pastylki są bezcukrowe i posiadają witaminę C. Bardzo odświeżającym wariantem jest Mięta Lodowcowa i Mięta Górska. Istnieją także wersje z szałwią, eukaliptusem, z dodatkiem miodu sprowadzanego z Gwatemali, karmelem bądź lukrecją. Do moich osobistych idoli należy z kolei Czarny Bez, który jest przepyszny w smaku. Odkąd go odkryłam zjadłam już kilkadziesiąt opakowań. Cukierki o nazwie Mięta-Jabłko są nieco łagodniejsze w smaku i słodsze.



Ricola wypuszcza co jakiś czas nowości na rynek. W ostatnim czasie pojawiły się podobne do powszechnie znanych kartoniki o nazwie Ziołowe Perełki, które zawierają małe, miękkie pastylki w kilku wariantach smakowych. Innym rodzajem produktów są herbaty. Wśród nich dostać można herbaty typu instant, które przeznaczone są do picia na ciepło lub zimno, tradycyjne herbaty w torebkach oraz w kapslach.

Asortyment produktów dostosowany jest ściśle do kraju, w którym są one sprzedawane. W Polsce oficjalnie dostępnych jest zaledwie 5 rodzajów smakowych cukierków. W USA z kolei dostać można zupełnie inne warianty i rzadkością jest wersja nie zawierająca cukru. W krajach Ameryki Południowej dostaniemy inny rodzaj opakowań (z możliwością wielokrotnego zamykania).



Cukierki a lekarstwa

Według producenta cukierki te pomagają przy kaszlu, chrypce i katarze, a w ramach ciekawostki dodać mogę tylko, że również lekarze polecają ich zażywanie w trakcie przeziębienia. Powiem nawet więcej: instytucja Swissmedic (szwajcarski organ regulujący kwestie pojawiających się na rynku leków i wyrobów medycznych) uznał cukierki (a może powinnam już nazwać je tabletkami) za naturalny, ogólnodostępny środek medyczny, który pomaga zwalczyć oznaki przeziębienia. Z tego też powodu na opakowaniach można znaleźć informację o możliwości ich przedawkowania. Warto wspomnieć również o tym, że szwajcarskie prawo w tej kwestii nie pokrywa się z zasadami obowiązującymi w innych krajach, stąd też w Polsce Ricola pozostaje w sprzedaży jako zwykle odświeżające, bezcukrowe cukierki.



Ri-co-la!

Z marką Ricola wszyscy Szwajcarzy kojarzą okrzyk, który stał się charakterystycznym punktem każdej reklamy jej produktów. Udział w takich reklamach biorą zawsze lokalni szwajcarscy górale, a sam okrzyk usłyszeć możecie poniżej.


A czy Wy próbowaliście już cukierków Ricola? Który smak jest Waszym ulubionym?

czwartek, 29 listopada 2018

Jedz, pij, żuj #14 - Torino

Całe wieki nie pojawił się żaden post z serii „Jedz, pij, żuj” i nie będę udawać, że o nim zapomniałam, bądź też w inny sposób się wykręcać. Otwarcie przyznaję, że jakoś przestałam to czuć i potrzebowałam odpocząć od tej formy. Dałam sobie zatem czas, by zatęsknić, a niedawno zaczęła krążyć mi po głowie myśl stworzenia serii wpisów, które jednak śmiało podpiąć mogę pod ten tytuł. W najbliższym czasie pragnę Wam zatem przedstawić kilka szwajcarskich marek, a Wy będziecie mieć okazję poznania smakołyków z tego kraju, które warto spróbować.

Dzisiaj kilka słów o marce Torino.





































Torino to znana ze swych czekoladowych przysmaków marka należąca do koncernu Chocolats Camille Bloch SA. Założono ją w 1929 roku w Bernie. Po kilku latach siedzibę główną przeniesiono do miejscowości Courtelary w kantonie Jura, gdzie ma swe miejsce do dziś. Torino to przykład jednego z wielu rodzinnych biznesów w Szwajcarii. Obecnie firma znajduje się w rękach trzeciego pokolenia założycieli.

Przedsiębiorstwo zatrudnia 180 pracowników, a rocznie wytwarza 3700 ton smakołyków z czekolady. Aż 20% z tej liczby stanowią eksporty zagraniczne. Torino zalicza się do jednych z pierwszych firm, które wprowadziły na rynek tabliczki czekolady z nadzieniem. Pionierem była tu limitowana zimowa edycja, która zawierała czekoladę specjalnie chłodzoną w sklepach.

Najpopularniejszym produktem tej marki są czekoladowe batoniki. W Szwajcarii noszą one nazwę Branche. W skrócie opisać można je jako podłużne czekoladowe, wypełnione nadzieniem batony, które wręcz rozpuszczają się ustach. W kraju czekolady jest to bardzo popularna przekąska i wiele firm wypuszcza swoje wersje popularnych Branche. Ten smakołyk od Torino powstał w latach 50. i od tamtej pory notuje wysokie rankingi sprzedaży. Na zdjęciu widzicie klasyczną wersję tych batoników.

Po ponad 50 latach marka zdecydowała się w 2003 roku na odświeżenie swojej oferty i dodała do niej nowy rodzaj: Torino Noir. Klasyczne produkty tej marki zostały stworzone w nowej odsłonie z ciemnej czekolady. Najnowsza nowość wśród Torino została ogłoszona światu w 2014 r. Wtedy też powstało Torino Blond: połączenie migdałowo-orzechowego nadzienia zamkniętego w karmelowej czekoladzie. Dwa lata później w szwajcarskich McDonald's można było zakupić McFlurry z dodatkiem Torino w wersji Blond i Lait (klasycznej). Od roku Torino dostępne jest również w większych tubach pod nazwą La Piazza. Czekoladowe pyszności stworzone zostały w formie małych cukierków, a opakowanie z powodzeniem podarować można komuś jako prezent.


































Każdy z wariantów smakowych dostępny jest w trzech odsłonach: klasycznych batoników typu Branche, tabliczki czekolady oraz w opakowaniu prezentowym La Piazza. Klasyczny rodzaj Torino Lait dostępy jest także w większym kartoniku zawierającym 12 batoników (widoczny na zdjęciu).

Bez dwóch zdań moją ulubioną wersją Torino jest jego klasyczna odsłona – Lait. Absolutnie delikatne nugatowe nadzienie oblane zostało mleczną czekoladą, a to połączenie jest czystą rozkoszą dla zmysłów.

Na stronie Torino znaleźć można 7 przepisów, w których głównych składnikiem są produkty z ich palety. Są to na przykład ciasteczka, czekoladowo-jabłkowe kieszonki, mus czekoladowy czy muffinki (LINK). Markę tę znaleźć można na Instagramie i Facebooku pod nazwą Torino_original. Koncern Camille Bloch posiada również centrum zwiedzania, gdzie można bliżej poznać nie tylko historię firmy, ale także smaki, które ją charakteryzują. Znajduje się ono tuż przy głównej siedzibie.


































Jeśli ktoś z Was będzie chciał spróbować smaku wybornej szwajcarskiej czekolady, bądź zastanawia się co przywieźć najbliższym z tego kraju, może mieć pewność, że Torino będzie dobrym wyborem. Ta słodycz jest absolutnie wyjątkowa i pozostaje w pamięci na długo. Dla mnie jest to produkt, który kojarzy mi się z jakąś okazją i jest to mój świadomy wybór. Gdy wydarzało się w moim życiu coś ważnego, bądź chciałam sama siebie wynagrodzić, sięgałam po Torino i dlatego też mam z tą marką tak pozytywne wspomnienia. Polecam gorąco spróbować!

Czy mieliście już szansę spróbować Torino? Słyszeliście o tej marce?

czwartek, 17 sierpnia 2017

Jedz, pij, żuj #13- Ovomaltine

Ovomaltine to kultowa szwajcarska marka, której produkty znają tutaj wszyscy. Najbardziej znanym ich wyrobem jest kakao, na którego bazie powstają obecnie coraz to bardziej wyszukane produkty. Tajemnym składnikiem, który powoduje, że produkty Ovomaltine mają bardzo charakterystyczny smak, jest słód. Historia marki sięga aż 1865 roku.

Czy produkty Ovomaltine są warte uwagi?



Gdy tylko przyjechałam do Szwajcarii, od razu zostałam zapoznana z produktami marki Ovomaltine. Trzeba przyznać, że mają one swój specyficzny smak, a spożywając później podobne słodkości, w głowie często świtała myśl: „Smakuje jak Ovomaltine”. To potwierdza tylko kultowość tych produktów. Podczas pobytu w Szwajcarii próbowałam już wiele różnych produktów, lecz dopiero otrzymując paczkę od marki, postanowiłam poświęcić jej jeden z postów.

Paczuszka, którą otrzymałam została mi wysłana w ramach akcji Dodatkowa porcja energii. Charakterystyczne, pomarańczowe opakowanie kryło w sobie dwie saszetki kakao, jednorazową porcję czekolady do smakowania, batonik typu musli oraz czekoladowe przekąski Ovo Rocks. Gdy otrzymałam te pudełko w domu miałam pełnowymiarowe opakowanie tej samej wersji czekolady do smarowania, a także czekoladowe drinki do picia, które również postanowiłam zawrzeć w tym wpisie. Swego czasu próbowałam również innych produktów i obdarowywałam nimi rodzinę podczas Świąt i innych spotkań. Można do nich zaliczyć pyszne ciasteczka z czekoladowym nadzieniem czy czekolady. Latem rozkoszowaliśmy się również ich lodami.



Kakao Ovomaltine Original




Kultowym produktem Ovomaltine jest kakao, dlatego wypada mi od niego zacząć. Ten specjał zamknięty został w charakterystycznej puszce i zna go każdy Szwajcar. W pudełku od firmy skryły się dwie saszetki napoju. Jedną saszetkę należy rozpuścić w 200 ml ciepłego lub zimnego mleka. Jako że preferuję raczej wersję na ciepło, przyrządziłam napój właśnie w ten sposób. To kakao ma bardzo ciekawą konsystencję. Nie jest to typowy proszek, który znany nam jest z opakowań innych marek. Ovomaltine ma formę klejącego się puszku, która natychmiast rozpuszcza się w mleku. Powstałe kakao ma jasną barwę i intensywny smak, który opisać można pomiędzy kakao a płynną czekoladą. Kultowy produkt reprezentuje klasyczny smak Ovomaltine. Gdy spróbujecie tego kakao, będziecie wiedzieć, jak smakuje każdy dostępny na rynku produkt tej marki. Napój składa się z naturalnych składników, nie zawiera cukru, a dodatkowo wzbogacony jest o 13 witamin, wapń, magnez i żelazo. Głównym składnikiem jest wspomniany na początku ekstrakt ze słodu z dodatkiem mleka skondensowanego.



Cena za 500 g produktu to 9,30 fr. Istnieją jeszcze dwie wersje kakao: Line oraz Pronto. Pierwsza z nich zawiera mniej kalorii, a dodatkowo przeznaczona jest dla diabetyków, drugą z kolei można rozpuszczać w wodzie.

Czekoladowy drink Ovo Drink Plus



Produktem spoza przesyłki, który miałam w posiadaniu jest czekoladowy drink. Nawet nie jeden, bo sprzedawany jest w 6-paku. Małe buteleczki (100ml) zawierają napój wręcz identyczny jak powyższe kakao, tylko w wersji na zimno. Są one jedynie nieco bardziej mleczne w smaku. Czekoladowy napój ma rzadką, lejącą się konsystencję i pochlania się go jednym duszkiem. Po jego wypiciu czuć jednak sytość i lekkie zasłodzenie. Ten produkt należy zawsze przechowywać w lodówce. Jest to idealna słodycz do wypicia w drodze i zaspokojenia pragnienia na „coś słodkiego”. Ovomaltine Plus zawiera 25% dziennej dawki witamin, a także wapń i magnez.



Cena za opakowanie, zawierające 6 buteleczek po 100 ml wynosi 5,80 fr. W wersji do picia dostępne są również produkty Ovo Drink i Ovo Drink Choco o pojemnościach 250 i 500ml.

Czekolada do smarowania Ovomaltine Crunchy Cream



W pudełku pojawiła się jednorazowa próbka tego produktu o pojemności 20 g. Mój mąż jest jednak fanem tej czekolady, dlatego pełnowymiarowe opakowanie (400g) znajdowało się już w naszej lodówce. Chyba najłatwiej będzie mi porównać ten produkt do słynnej Nutelli, którą podejrzewam zna każdy. O ile czekolada konkurencyjnej firmy ma zupełnie gładką konsystencję, to już konsystencja Ovomaltine jest bardzo twarda, zbita i nie daje się łatwo rozsmarować na pieczywie. Sam smak jest bardzo intensywny, słodki i jednocześnie kremowy. Przy każdym ugryzieniu czuć mnóstwo drobnych chrupek i orzeszków. Przyjemność chrupania gwarantowana! Produkt przyrządzany jest na bazie powyższego kakao.



Cena za 400 g produktu to 4,15 fr.

Baton typu musli – Crisp Müesli Snack




Co do tego produktu miałam największe obawy, ponieważ na co dzień nie jadam tego typu batonów. Nigdy mi one nie smakowały, jednak do testów postanowiłam go spróbować. Patrząc na niego, przeszło mi przez myśl, że z pewnością będzie on twardy i chrupiący, lecz w rzeczywistości był zupełnie inny od moich wyobrażeń. Batonik był mięciutki, pewnie ze względu na kremowy, czekoladowy środek. Z zewnątrz obsypany został 4 rodzajami zbóż oraz orzechami. Jeśli ktoś przepada za zbożowymi batonikami, ten również przypadnie mu do gustu.




Cena za opakowanie, zawierajace 6 batoników to 4,80 fr.

Czekoladowe przekąski Ovo Rocks




Opakowanie czekoladowych kuleczek Ovo Rocks zawierało zaledwie kilka widocznych na zdjęciu mini-przekąsek. Jak się okazało po spróbowaniu, było ich zdecydowanie za mało! Czekoladowe, chrupkie kulki podbiły moje serce. Nowy produkt Ovomaltine można spokojnie pochłonąć w sekundę. Bardzo fajny rodzaj czekoladowej przekąski, której wnętrze porównać można do bąbelkowej czekolady. Ponad połowa składu tego produktu opiera się właśnie na oryginalnej, szwajcarskiej czekoladzie. Ovo Rocks nie były mi wcześniej znane, ale pewnie jeszcze nieraz sięgnę po nie w sklepie.



Cena za 120 g produktu to 4,20 fr.

 Podsumowanie

Marka Ovomaltine i jej charakterystyczny smak był mi już wcześniej znany. Nie można zaprzeczyć, że jej produkty są w Szwajcarii kultowe i jeśli ktoś wybiera się w te rejony, zdecydowanie powinien poznać ten smak. Słodkości Ovomaltine pojawiają się w moim domu całkiem często. Systematycznie zapoznaję też z nimi moją rodzinę i znajomych, którzy są w większości zachwyceni tym nietypowym smakiem, którego nie da porównać się z niczym innym. Jak możecie spostrzec, produkty Ovo wyróżniają się nie tylko smakiem, ale także wysokopółkową ceną. Wszystko to dlatego, że do wyrobu używane są szwajcarskie, dobre jakościowo produkty. Wśród produktów z otrzymanego pudełka zachwyciły mnie kuleczki Ovo Rocks, które z pewnością kupię w najbliższym czasie. 

A czy Wy znacie markę i produkty Ovomaltine? Jakie marki kojarzą Wam się ze Szwajcarią?

sobota, 8 lipca 2017

Jedz, pij, żuj! #12 - Birchermüesli

Lato sprzyja zdrowemu jedzeniu i lekkostrawnym potrawom. O tej porze roku o wiele chętniej sięga się po wszelkiego rodzaju owoce, a szwajcarskim pomysłem na śniadanie jest Birchermüesli.

Co to takiego i jak smakują gotowe wersje tego dania? Dowiecie się właśnie dziś!



Odrobina historii

Oryginalne Birchermüesli pochodzi ze Szwajcarii i po raz pierwszy zostało przygotowane w 1900 roku za sprawą lekarza-dietetyka Maksymiliana Oskara Bircher-Bennera. Do jego przygotowania mężczyzna użył namoczonych w wodzie płatków owsianych, które wymieszał z sokiem cytrynowym i skondensowanym mlekiem, po czym pozostawił mieszankę na noc w lodówce. Przed podaniem wkroił do swojego musli kawałki jabłka. Do dziś powstało kilkadziesiąt (a może nawet kilkaset) udoskonaleń tego przepisu. Szwajcarzy chętnie przygotowują ten specyfik w domu, dodając do niego przeróżne składniki. Jest to także jedna z częściej zabieranych na szlak wędrowny przekąsek. Sklepy również prześcigają się w tworzeniu nowych smaków i opakowań Birchermüesli, które jest nazywane pyszną i pożywną przekąską.

W dzisiejszym poście przetestuje trzy warianty smakowe, które zakupiłam w markecie Migros. Wszystkie pochodzą od marki własnej tego znanego supermarketu.

Cena: 1,75 fr.
Pojemność: 200 g
Smaki: Classic, Beeren, Cereal

Birchermüesli Classic


Jak na pierwszy rzut oka widać każde opakowanie zawiera płatki owsiane i owoce zmieszane z jogurtem. W przypadku każdego z tych wariantów smakowych głównym składnikiem jest właśnie jogurt, który wzbogacony jest o dodatek w postaci śmietany. Stanowi on niemal połowę opakowania. Stosunek owoców i płatków owsianych utrzymany jest na stałym poziomie. Pierwsze z nich to równowartość 35% wszystkich składników, a drugie – 7 %. 


Testowanie rozpoczęłam od wersji klasycznej. Co kryje w sobie wersja Classic? Już po spróbowaniu pierwszej łyżeczki tego specyfiku daje się wyczuć dużą ilość owoców, wśród których dominuje jabłko. Dodatkowo wyróżnić można nieco zbyt twarde kawałki ananasa. W składzie wyczytać można także drobne ilości soku ananasowego i banany. Gotowe Birchermüesli jest słodzone, ale w smaku nie jest zbyt słodkie.



Birchermüesli Beeren


Najbardziej ciekawiła mnie wersja z jagodami. Bardzo lubię smak owoców leśnych, a w tym kubeczku miały kryć się truskawki i jeżyny, więc dla mnie bomba. Co do samej konsystencji deseru, jest ona o wiele bardziej kremowa niż w przypadku pierwszego kubeczka. Jogurt w połączeniu z owocami leśnymi zyskał bardzo intensywny smak. Miałam jednak wrażenie, jakby kawałków owoców oraz płatków owsianych było mniej. Skład tego nie potwierdza, więc może było to tylko moje wrażenie, a może owoce były po prostu drobniej pokrojone. 


Faktem jest jednak to, że czułam się nim mniej najedzona. Po raz kolejny w tej wersji smakowej dominują jabłka. Silnie wyczuwa się także pozostałe składniki, o których wspominałam powyżej. Do całości dodany został również ananas. Całość smakuje dobrze, jednak dodałabym więcej owoców i płatków lub zredukowała nieco ilość jogurtu, gdyż treściwa część deseru ginie w tej konsystencji.



Birchermüesli Cereal


W przypadku ostatniego z dostępnych smaków konsystencja jogurtu jest o wiele lżejsza niż w pozostałych dwóch wariantach. Wyczuwa się również bardziej egzotyczny smak. Dominującym owocem jest tutaj brzoskwinia, która wraz z ananasem tworzy pyszną mieszankę. 


W deserze odnaleźć można także kawałki gruszek, bananów i mandarynek. W wersji Cereal gorsze są jednak płatki zbożowe, które są okropnie twarde. Zupełnie tak jak gdyby nie zostały dostatecznie namoczone. 



Podsumowanie

Birchermüesli to bardzo smaczna przekąska, która nadaje się również na śniadanie. Za sprawą płatków zbożowych i owoców jest ona także pożywna i dostarcza do organizmu dawki witamin. Z łatwością można ją przygotować samemu w domu, a ilość dostępnych przepisów i kompozycji smakowych jest ogromna. Gotowe wersje dostępne w supermarketach są bardzo dobre, warto jednak pamiętać, że zawierają one cukier oraz śladowe ilości orzechów laskowych. Po takie gotowce można sięgnąć, gdy ma się niewiele czasu na przygotowanie śniadania, będąc w drodze, czy też podczas przerwy śniadaniowej w pracy. Z pewnością będą dobrym rozwiązaniem na zabicie głodu.




Często sięgacie po takie śniadanie?

czwartek, 20 kwietnia 2017

Jedz, pij, żuj! #11 - Dr. Oetker The Take Away Pizza

Za pośrednictwem europejskiej strony theinsiders.eu zostałam zaproszona do kampanii serii nowych produktów Dr. Oetkera. Należą do niej 3 rodzaje pizzy o nazwie The Take Away, która charakteryzuje się wypełnionymi brzegami. W Szwajcarii jest to swego rodzaju nowość. Jak dotąd żadna marka nie wypuściła mrożonych pizz tego typu. Nie spotkałam się również z taką ofertą w pizzerii.


Czy pizze Dr. Oetkera staną się innowacją na szwajcarskim rynku gotowych produktów? Jak smakują pizzy The Take Away i która z nich jest najlepsza?




Opis kampanii
Biorąc udział w kampanii, otrzymałam możliwość zwrotu pieniędzy za przetestowane pizze. Za przeznaczoną kwotę (35 franków) mogłam kupić 4 pizze, a następnie po przedstawieniu paragonu ta kwota zostanie mi zwrócona na konto. Osobiście zdecydowałam się na kupno trzech pizz – po jednej z każdego rodzaju, by spróbować każdej i wydać obiektywną opinię. W testach towarzyszył mi oczywiście mój ukochany (samodzielne zjedzenie trzech pizz przed ślubem pewnie nie byłoby zbyt dobrym posunięciem :P). Dodatkiem do kampanii jest 20 bonów rabatowych w wysokości 2 fr., które mogę rozdać znajomym oraz ręcznik z pizzą.

Słowo od producenta
Najnowsza seria pizzy Dr. Oetkera to smak i wygląd oryginalnych, autentycznych amerykańskich pizz. Dodatkowo zaskakuje brzegami, które wypełnione są sosem pomidorowym.

The Take Away Super Cheese – ser, ser i jeszcze raz ser.
The Take Away Salami Extra – klasyczna pizza z dodatkiem salami
The Take Away New York Style – pizza z dodatkiem bekonu, salami i czerwonej cebuli


Najbardziej serowa wersja pizzy charakteryzuje się obecnością 4 rodzajów sera. Znajduje się na niej mozzarella, Monterey Jack, dojrzały cheddar oraz emmentaler. Całość dopełnia sos pomidorowy, którym wypełnione są także brzegi. Osobiście ten rodzaj pizzy najbardziej mi smakował. Najbardziej podstawowa wersja, która zawierała jedynie sos i ser miała w sobie to coś. Ser pięknie przyrumienił się w piekarniku i smakował wprost wybornie. Mój narzeczony był zupełnie odmiennego zdania. Według niego brakowało w niej jakichkolwiek dodatków.



Pizza z salami zawierała identyczny sos pomidorowy oraz ser mozzarella. Charakteru dodawały jej plasterki lekko słonego salami. Ten rodzaj był dla mnie odrobinę bez wyrazu. Piekliśmy ją dwa razy i w obu przypadkach sos dość dziwnie reagował, przybierając nieco zupną konsystencję. Tym razem zgodnie postanowiliśmy dać tej pizzy drugie miejsce.



Byłam ciekawa ostatniego rodzaju pizzy, który został nazwany New York Style, ale szczerze mówiąc, jeśli tak smakuje Nowy Jork, to nie mam chęci tam pojechać. Pizza jest przepełniona dodatkami. W środku znajdziemy: bekon, salami, czerwoną cebulę, sos pomidorowy i BBQ oraz (oczywiście) ser mozzarella. Osobiście nie przepadam za cebulą w żadnej postaci i na palcach jednej reki mogę policzyć potrawy, w których obecność cebuli mi nie przeszkadza. Tutaj było jej zdecydowanie zbyt dużo i była tak intensywna, że zabijała smak innych dodatków. Mój narzeczony był jednakże zachwycony porcją cebuli, którą mógłby jeść garściami. 






























Mimo zapracowanego trybu życia rzadko decydujemy się na kupno mrożonej pizzy. Jeśli już to kupujemy raczej pizze z serii wykonane domowym sposobem, które przechowywane są w lodówce, a nie w zamrażalkach. Czy testowane pizze zachęciły mnie do częstszego sięgania po mrożonki? Raczej nie. Czy pizze z wypełnionymi brzegami zachwyciły mnie swoim smakiem? Jeśli chodzi o same ranty, to jest to zdecydowanie dobry pomysł, ku któremu bym się skłaniała. Jedząc pizzę, zazwyczaj tą część wyrzucam, a w takim przypadku chętnie jadłam ją do końca. Te konkretne pizze Dr. Oetkera nie powaliły mnie jednak na kolana. Wszystkie trzy rodzaje miały identyczną podstawę, a położenie kilku dodatków nie powodowało, że doznania smakowe podczas jedzenia każdej z nich były skrajnie różne. Wypełnionym brzegom mówimy zdecydowane tak, ale czekamy na nieco lepsze ich wykonanie.


Czy znajdują się tutaj fani pizzy? Jaka jest Waszą ulubioną?

piątek, 17 marca 2017

Jedz, pij, żuj #10 - Owocowe przekąski

Już od jakiegoś czasu zwracam nieco większą uwagę na jakość jedzenia, które spożywam i do dziś zdążyłam zauważyć pewne zależności. Odkryłam między innymi, że przestałam dobrze tolerować nabiał i produkty mleczne, po których coraz gorzej się czuję i często choruję chociażby po wypiciu kawy z mlekiem czy zjedzeniu jogurtu. Jeszcze do niedawna wszelkiego rodzaju mleczne desery bardzo często pojawiały się w moim stałym jadłospisie, dlatego, znajdując problem mojego złego samopoczucia, straciłam automatycznie pomysł na przekąski pomiędzy posiłkami. Musiałam zatem znaleźć godnego następcę, a że w ostatnim czasie zbyt rzadko sięgałam po owoce, wpakowałam do koszyka owocowe musy, w których się zakochałam.

Zapraszam na post!


Desira to marka własna, którą kupić można jedynie w dyskontach spożywczych Aldi na terenie Niemiec i Szwajcarii. W ich asortymencie znajduje się pełen przekrój produktów mlecznych typu: jogurty, śmietany, mleka oraz owocowe desery, które są bohaterem dzisiejszego postu. Produkty tej firmy (jak większość dyskontowych marek) należą do tanich specjałów. Często są one wymieniane jako jedne z lepszych, niemarkowych produktów w kategorii Nabiał.


Owocowe musy marki Desira są dostępne w sprzedaży w czteropakach i nie można kupić ich pojedynczo. Każda porcja zawiera 100 g musu. Ten smakołyk należy przechowywać w lodowce – poza nią musi zostać skonsumowany w ciągu 6 h. Plusem jest to, że na każdym kubeczku umieszczona została data ważności produktu, co nie zawsze ma miejsce i często dochodziło do sytuacji, w których, wyrzucając główne opakowanie zewnętrzne, nie wiedziałam do kiedy dany produkt jest zdatny do spożycia. Data ważności tych deserów to zazwyczaj niecały miesiąc od chwili wyprodukowania (przy ciągłym przechowywaniu ich w lodówce). Desery owocowe zostały wyprodukowane we Francji, a na sklepowej półce znaleźć można ich trzy smaki: jabłko z truskawką, jabłko z morelą i jabłko z bananem.


Muszę przyznać, że ten rodzaj przekąski jest bardzo uzależniający i czasem ciężko jest się powstrzymać, by nie skosztować kolejnej porcji. Skład każdego ze smaków jest bardzo krótki i nie zawiera żadnych konserwantów.

Składy:
Jabłko z truskawką: 71% musu jabłkowego, 21% musu truskawkowego, skoncentrowany sok z czarnej porzeczki, cukier, kwas askorbinowy (wit. C).

Jabłko z morelą: 69% musu jabłkowego, 24% musu morelowego, cukier, naturalny aromat, kwas askorbinowy (wit. C).

Jabłko z bananem: 79,9% musu jabłkowego, 20% musu bananowego, kwas askorbinowy (wit. C), bez dodatku cukru.


Jak można szybko stwierdzić głównym składnikiem w każdym przypadku jest przecier jabłkowy, ale drugi z owoców zawsze wybija się w smaku. Jabłko jest jedynie lekko wyczuwalne. Dla mnie jest to dobra alternatywa na szybkie zabicie pierwszego głodu. Jeden kubeczek (100g) zaspokaja również potrzebę na coś słodkiego. Desery nie zawierają żadnych chemicznych dodatków, konserwantów czy barwników (słynne, unikane przez wszystkich E). W przypadku dwóch z nich minusem jest zawartość cukru. W smaku nie czuć, by którykolwiek z nich był jakoś nadmiernie przesłodzony, ale producent nie ukrywa, że znajduje się on w składzie i trzeba mieć tego świadomość.



Dla mnie te owocowe musy stały się zastępcą jogurtów i słodyczy, po które kiedyś sięgałam między posiłkami. Przymykając oko na zawarty w nich cukier, jest to zdecydowanie lepsza alternatywa od sięgnięcia np. po czekoladowego batona. Wraz z deserem otrzymujemy również pewną dawkę witaminy C. W moim przypadku jest to szczególnie ważne, gdyż rzadko sięgam po owoce w okresie zimowym.

A czy Wy sięgacie po takie owocowe desery? Na jakie przekąski między posiłkami decydujecie się najczęściej?

sobota, 25 lutego 2017

Jedz, pij, żuj #9 - Praliny Wedla

Nigdy nie ukrywałam, że jestem okropnym łasuchem. Jeśli miałabym stanąć w jednej z grup, mogących przez całe życie jeść czekoladę lub chipsy i paluszki, zdecydowanie wybór padłby na pierwszą grupę. W ciągu ostatnich kilku lat moje wymagania co do produktu, jakim jest czekolada, znacznie wzrosły. Na palcach jednej ręki mogę policzyć marki czekolad, które kupuję i chętnie jem. Wśród polskich czekolad często sięgam właśnie po markę Wedel. Tym większą poczułam radość, gdy okazało się, że zaproponowano mi przetestowanie ich najnowszego produktu – pralin.

Czy warto kupić praliny Wedla?




 O marce Wedel

E.Wedel to najstarsza polska marka, produkująca czekoladę, która istnieje na rynku słodyczy od ponad 160 lat. Została założona przez Karola Wedla, a obecnie jest częścią japońskiego koncernu Lotte. Produkty takie jak ptasie mleczko, torcik wedlowski, mieszanka wedlowska, wafle, czekolady czy batony są w Polsce znane i lubiane od lat.

 O produkcie

W moje posiadanie weszło pudełko, zawierające 3 opakowania wedlowskich pralin. Do spróbowania przysłano mi wszystkie dostępne smaki. Wersje nazwano Classic, Dark oraz Fusion. Każda z nich zawierała dodatkowo po 3 kolejne smaki. Zgaduję, że widzieliście już w sklepach te praliny. Podczas mojego krótkiego pobytu w Polsce wielokrotnie natrafiałam na nie w różnych supermarketach. O ile się nie mylę, cena jednego opakowania tych słodkości wynosiła 13,99 zł. Każde pudełeczko zawiera 192 g. Ze względu na różną wagę pojedynczych pralinek ich ilość w jednym opakowaniu nie jest taka sama i waha się pomiędzy 15 a 20. 




Opakowanie


Kwadratowe opakowanie z przykrywką prezentuje się bardzo ładnie i z pewnością nadaje się na prezent. Górna, zdejmowana część przyklejona jest do dolnej przy pomocy klejącej taśmy w kształcie kwiatka. Poza charakterystycznym designem i typowo wedlowskimi połączeniami kolorystycznymi wyróżnić można ciekawe wnętrze pudełka: na białym tle znajduje się logo marki. Ogromnym plusem jest to, że każda czekoladka zapakowana jest osobno. Wygląd papierka wieńczącego pralinkę jest w każdym przypadku taki sam, różnią je jedynie kolory, które oznaczają konkretne smaki. Przedstawione na opakowaniu czekoladki doskonale pokrywają się z tym co znajdziemy w środku.



Wersja Classic
Smaki: Tiramisu, Panna Cotta, Crème Brulée


Klasyczna wersja czekoladek zawiera pralinki o smaku znanych deserów. Czy smakują one rzeczywiście jak wspomniane desery? Jest to kwestia sporna, ale składniki nadzienia przypominają je. Głównym składnikiem jest dobrej jakości, mleczna czekolada, okalająca nadzienie. W skład nadzienia w każdym przypadku wchodzi waniliowa masa oraz część, nadająca smak.


W przypadku Tiramisu w podstawie czuć dodatkowo chrupiące elementy. Do przygotowania tej pralinki użyto ciasteczek o smaku amaretto, co czuć chociażby w zapachu czekoladki (ma lekko rumowy aromat). Panna Cotta to waniliowa masa w połączeniu z galaretowatym nadzieniem o malinowym smaku. Crème Brulée – w moim odczuciu najlepszy smak w tej wersji – posiada bardzo dobry karmel, który rozpływa się w ustach. W waniliowej podstawie znajdują się dodatkowo płatki karmelowe.

Wersja Dark
Smaki: Chocolate Mousse & Orange, Lemon Tart, Pavlova Dessert


Jak sama nazwa wskazuje te praliny oblane zostały gorzką czekoladą, co dla mnie jest zdecydowanym plusem. Nie są one aż tak bardzo słodkie, więc dla wielbicieli gorzkiej czekolady będą wyborem najlepszym z możliwych. Spośród smaków w tym pudełku najmniej zasmakowała mi pralinka Chocolate Mousse & Orange. Była ona do granic możliwości gorzka i pomimo że lubię ten rodzaj czekolady to nie miałam przyjemności z jej jedzenia. Mus znajdujący się w górnej części składał się również z gorzkiej czekolady, a waniliowa podstawa kryła ponoć kawałki pomarańczy, lecz zupełnie nie byłam w stanie ich wyczuć.


Lemon Tart to zdecydowanie mój smak. Czekoladka ma intensywny cytrynowy zapach, który powoduje obudzenie ślinianek. O dziwo nie jest ona wcale kwaśna, a w środku znajduje się żelowy, cytrynowy mus, który tworzy fajne połączenie z czekoladą. Jedząc Pavlova Dessert, miałam wrażenie, jak gdybym już jadła tę pralinę. Jest ona bowiem bardzo podobna do Panna Cotty z wersji Classic. Różnicą jest jedynie gorzka czekolada, zamiast mlecznej, a w masie waniliowej wyczuwa się mnóstwo chrupiących kawałków (być może są to kawałeczki bezy?).

Wersja Fusion
Smaki: Caramel & Nuts, Dulce de Leche, Cocoa & Orange


W tej wersji znalazły się dwa połączenia smakowe, w których się zakochałam. Caramel & Nuts to wyborna, pachnąca kakao pralinka, która na spodzie ma tym razem czekoladową masę. W niej zaś zatopione są duże kawałeczki chrupiących orzeszków. Górne nadzienie stanowi lekko słony karmel. Całość przypomina w smaku Snickersa, ale jest o wiele lepsza. Dulce de Leche zawiera znajome smaki: waniliową masę jako podstawę i płynny karmel na górze czekoladki. To połączenie jest jednakże delikatne i mogę śmiało powiedzieć – wyborne! 



Czekoladka, która była najgorsza ze wszystkich dziewięciu rodzajów jest (zarówno dla mnie, jak i dla mojego narzeczonego) Cocoa & Orange. Połączenie czekolady i pomarańczy jakoś do mnie nie przemawia. Pralinka składa się z jednolitej masy czekoladowej, która nafaszerowana została kawałkami suszonej pomarańczy. Polecałabym tylko, jeśli ktoś lubi ten składnik. 

Podsumowanie


Moja opinia na temat pralin Wedla jest bardzo pozytywna. Jest to pyszna, słodka przekąska, która wystarcza mi, by ugasić czekoladowe pragnienie. Pralinkami poczęstowałam również moich najbliższych, którzy zgodnie stwierdzili, że są one bardzo dobre. Na uwagę zasługują nie tylko ciekawe połączenia smakowe, ale także dobrej jakości czekolada. Spośród wszystkich smaków moimi ulubieńcami zostały Caramel & Nuts oraz Dulce de Leche. Wyróżniłabym również Lemon Tart oraz Pavlova Dessert. Z wersji Classic najbardziej przypadł mi do gustu Crème Brulée. Jeśli miałabym kupić jedno z pudełeczek zdecydowałabym się na pewno na wersję Fusion. Mimo obecności najgorszego ze smaków, dwa pozostałe przebijają całą resztę. Idealnym połączeniem byłaby dla mnie zamiana Cocoa & Orange na Lemon Tart. Serdecznie polecam spróbowanie tych pralin!
























Czy spróbowaliście już pralin Wedla? Który smak najbardziej odpowiada Waszym kubkom smakowym? Czy często decydujecie się kupić słodycze Wedla?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...