sobota, 26 października 2019

Jak spędzić wakacje w październiku?

Wiem, że ostatnio rzadko się odzywam, ale moje życie stało się bardzo intensywne. Obecnie chciałabym skupić się na innej życiowej kwestii i muszę poświęcić jej mnóstwo czasu i energii. Doskonale jednak wiecie, że każdą najdrobniejszą chwilę staram się wykorzystać na podróżowanie i odkrywanie nowych miejsc. Tym samym na początku października udało mi się zorganizować wyjazd, podczas którego zawitaliśmy po raz pierwszy do dwóch nowych dla nas krajów.

A oto skrót naszego październikowego wyjazdu!



Muszę przyznać, że nasz wyjazd był intensywny, ale też niezwykle fascynujący i pod wieloma względami znakomity. Naszym pierwszym przystankiem była Wenecja, którą od dawna mieliśmy w planach. Niby znajduje się ona niedaleko, ale zawsze znajdowało się jakieś „ale”, by wyjechać w zupełnie innym kierunku. W końcu jednak dotarliśmy do tego miasta i możemy je śmiało odhaczyć z listy planowanych wyjazdów. Dość oryginalnie na miejsce noclegu wybraliśmy obrzeża Wenecji, a konkretniej mówiąc bungalow na placu kempingowym Jolly Camping. Pewnie część z Was łapie się w tym momencie za głowę, lecz był to najtańszy nocleg, jaki kiedykolwiek zarezerwowaliśmy, a niczym nie odchodził od standardowego pokoju w hotelu. Na miejscu do naszego użytku był basen, pralnia, restauracja, a nawet mały market, w którym można było zakupić produkty na śniadanie. Plusem był także bezpłatny parking.




Standardowo wykruszamy się także z wszelkich organizowanych akcji, więc nie skorzystaliśmy z oferty autobusowej JC, która proponowała dojazd do centrum Wenecji. Postanowiliśmy zatem wbić się w tłum i dostać się tam pociągiem. Było to kolejne świetne doświadczenie i challenge zakończony biegiem po peronach.

Pierwsze wrażenia o Wenecji były dość sprzeczne. Chyba nigdy nie doszło do sytuacji, w której moje zdanie o jakimś miejscu było totalnie różne od zdania mojego męża. Jak dla mnie Wenecja jest miastem absolutnie fotogenicznym i patrzyłam na nią właśnie przez pryzmat obiektywu aparatu. Każdy kącik w tym przypadku wprawiał w osłupienie. Przy tym miała ona niezwykły klimat, którego nie można doświadczyć nigdzie indziej. Wąskie uliczki kończące się w wielu przypadkach zejściem jedynie do wody i błądzenie bez celu nie będąc nawet w stanie odnaleźć drogi na mapie. Z tym bez dwóch zdań będzie kojarzyć mi się Wenecja. W czasie naszego pobytu trafiliśmy także na świetną, letnią pogodę, która dodatkowo podniosła atrakcyjność tego wyjazdu. Spacerując po Wenecji trzeba nastawić się na duuużo chodzenia! Inaczej nie można się tam poruszać. Nie zliczę nawet ilości mostów i schodów, które pokonaliśmy. Łydki zdecydowanie dawały o sobie znać.

























By jednak być nieco bardziej obiektywna, muszę wspomnieć także o wadach. Nikogo nie powinno dziwić, że ulice Wenecji przepełnione są turystami. I to do tego stopnia, że w wąskich korytarzach pomiędzy kolejnymi atrakcjami trzeba było stać „w kolejkach”, by w ogóle przejść dalej. Takie skupisko ludzi nie jest dla mnie zbyt komfortową sytuacją i nie czułam się przez to bezpiecznie. Wolę również nie myśleć, jak wygląda to w czasie sezonu letniego. Inną sprawą są same budynki. Wspominałam już o tym, że Wenecja należy do fotogenicznych miejsc, a jeśli ktoś tylko trochę bawił się aparatem to wie, że często na zdjęciach bardzo dobry efekt dają rzeczy stare czy zniszczone. Tak podsumować można właśnie domy leżące nad kanałami. O ile w aparacie robiły one bardzo dobre wrażenie, to na żywo byliśmy nieco skonfundowani ogromnym zaniedbaniem. Zupełnie jak gdyby tym miejscem od lat nikt się nie zajmował, a woda robiła co chciała.



Wspomnieć należy tutaj także o rozpowszechnionej opinii, mówiącej ze Wenecja śmierdzi. Nie wiem, jakie odczucia towarzyszą temu miastu latem. Podczas naszego pobytu kilkukrotnie zdarzyło się nam przytkać nosy, jednak niemiły zapach nie towarzyszył nam cały czas, a jedynie momentami. O wiele większym problemem (również pod względem zapachów) są jednak bezdomni. Na porządku dziennym okazał się widok załatwiających swe potrzeby fizjologiczne mężczyzn czy nawet przebieranie się pod główną atrakcją!

























Szybko wspomnę jeszcze o cenach. Co prawda na nocleg w centrum Wenecji bym się nie zdecydowała (stosunek jakości do ceny – bez komentarza), lecz spodziewałam się o wiele większych kwot. Okazało się jednak, że bez większego wysiłku można zjeść za normalne pieniądze i kupić tanio pamiątki. Będąc w Wenecji nie zdecydowaliśmy się na przepłynięcie tramwajem wodnym czy gondolą, co nie miało dla nas większego sensu, widząc tłumy gromadzące się w kolejkach i na wodnych pojazdach. Szczerze mówiąc, nie czuję, żeby mnie coś ominęło.

Słowem podsumowania, Wenecja jest jednym z tych miast, które trzeba raz w życiu zobaczyć, lecz drugi raz nie zdecydowałabym się tam pojechać. Ot, miejsce odhaczone z listy.





Z Wenecji jechaliśmy w stronę Chorwacji, po drodze przejeżdżając przez Słowenię, gdzie postanowiliśmy zrobić sobie mały przystanek. Niedaleko granicy położony jest bowiem imponujący kompleks jaskiń, wpisany na listę UNESCO. Gdy tylko o nim usłyszałam, postanowiłam dopisać go do naszego planu wycieczki. Tym samym wczesnym rankiem stawiliśmy się pod kasą biletową miejsca o nazwie Skocjanske Jame. Wejście na teren jaskini możliwe jest jedynie w wyznaczonych godzinach wraz z przewodnikiem. W tej okolicy obrać można trzy różne trasy, od czego uzależniona jest także cena biletu. My zdecydowaliśmy się jedynie na pierwszą z nich ze względu na goniący nas czas.


Niestety nie posiadam żadnych zdjęć z tego miejsca, ponieważ jest tam absolutny zakaz fotografowania i filmowania, jednak na słowo musicie mi uwierzyć, że warto tam być. Tak ogromnych grot jeszcze nie widziałam, a kilka jaskiń udało mi się już zobaczyć. Poza tym widoku oświetlonej drogi, mostów i rzeki płynącej w głębi jaskini nie zapomnę nigdy. Było to niezwykle fascynujące przeżycie. Niczym wędrówka ulicami podziemnego miasta.






Nie będę Wam przybliżać każdego zjedzonego posiłku podczas naszego urlopu, lecz o jednym zdecydowanie muszę wspomnieć. Absolutnym przypadkiem trafiliśmy do gospody o nazwie Gostilna Trije Lovci, gdzie zjedliśmy przepyszny, domowy obiad. Kuchnia słowiańska nie różni się wiele od polskiej, dlatego w podanych daniach odnaleźliśmy nutkę znanych nam smaków, a przy tym porcje były gigantyczne! Do dziś wspominam ich wersję puree ziemniaczanego podanego z boczkiem i cebulą, która w smaku przypominała nam farsz do pierogów ruskich.

Chwilę dłużej zatrzymaliśmy się w chorwackiej Puli. Śmiało mogę powiedzieć, że mieliśmy tam najlepszy nocleg, jaki kiedykolwiek udało nam się zarezerwować. Przemiły właściciel oddał nam nawet własne miejsce parkingowe, byśmy nie musieli zbankrutować na opłatach za postój. City Center Room znajdował się praktycznie w samym centrum, przy tym koszt dużego pokoju z małżeńskim łożem i dostępem do wspólnej kuchni był wręcz śmieszny.





Będąc tak blisko Morza Adriatyckiego, nie mogliśmy nie zobaczyć chorwackiej plaży. Tym samym w tym roku udało nam się zaliczyć pobyt nad trzema morzami (Morzem Śródziemnym, Bałtykiem i Adriatykiem). W ramach ciekawostki powiedzieć mogę tylko, że na wykąpanie pozwoliło nam jedynie te ostatnie, gdzie temperatura była przyjemnie ciepła. Podziwiać mogliśmy także piękny zachód słońca nad wodą.



Sama Pula zachwyciła nas także pod względem zabytków. Nie spodziewałam się, że tak mała mieścina może skrywać tyle imponujących rzymskich pozostałości. Wiele budynków zachowało się tam wręcz w idealnym stanie, a Arena zrobiła na mnie większe wrażenie niż najbardziej znane rzymskie Koloseum.

Odniosłam wrażenie, że to miejsce jest bardzo niedoceniane. Sama nie miałam pojęcia o jego istnieniu, a pojechaliśmy tam z polecenia naszego sąsiada. Na miejscu nie doświadczyliśmy także wielu turystów. Warto się tam jednak zatrzymać, nawet przejazdem. Polecam również spacer nocą i obejrzenie Areny w blasku księżyca.
























Głównym celem naszego wyjazdu był jednak Zagrzeb. To na tę stolicę przeznaczyłam najwięcej czasu do zwiedzania i byłam jej najbardziej ciekawa. Po wszystkich zachwytach, które wyczytałam w internecie spodziewałam się naprawdę wiele. Niestety od początku poczułam się rozczarowana. W Zagrzebiu wynajęliśmy mieszkanie na czas naszego przyjazdu. Sam sposób dostania się do niego wyglądał niczym gra w podchody: wskazówki przysyłane przez właścicielkę, klucze poukrywane w różnych miejscach. Najbardziej chaotyczną kwestią okazał się jednak parking, który miał być dostępny pod budynkiem. Owszem był, lecz nie można było zostawić na nim auta na dłużej niż 2 godziny.

System parkowania w Chorwacji uważam za coś absolutnie żenującego. Miasta podzielone są na trzy strefy, w których obowiązuje inna stawka za godzinę i limit stania w tym miejscu. Parkomat, który obowiązywał na „naszym” parkingu przyjmował maksymalną stawkę za 2 h postoju, po tym czasie powinniśmy zjawić się ponownie i dorzucić monety. Tylko że jak w takim przypadku swobodnie zwiedzać? Pytaliśmy przypadkowych przechodniów, co moglibyśmy zrobić, bo w pobliżu nie ma żadnego (!) parkingu, w którym moglibyśmy zostawić samochód na kilka dni. W każdym przypadku usłyszeliśmy tę samą odpowiedź: zostawić auto i poczekać na mandat, który kosztuje tyle samo, co dzienna karta postojowa, którą trzeba kupić na drugim końcu miasta. No i tak też zrobiliśmy. Pierwszego dnia się nam upiekło, a drugiego mieliśmy wystawiony nasz pierwszy chorwacki mandat.

PS. Nikogo nie powinien zatem dziwić widok aut pozostawionych na światłach awaryjnych na środku ruchliwej ulicy, bo kierowca musi kupić bułeczki w piekarni.





Pozostawmy jednak temat parkingu. Nastąpił ciąg dalszy gry w podchody mieszkaniowe. Poszukiwanie drzwi wejściowych, a nawet włącznika ciepłej wody. Na koniec jeszcze wypełnienie miliona formularzy, zrobienie zdjęć dokumentów i przesłanie ich, co oczywiście wiązało się z szukaniem kabli w torbach itp. To rozwiązanie było wygodne chyba tylko dla właścicielki. Po ogarnięciu tej całej papirologii ruszyliśmy w końcu na miasto. Był środek tygodnia, więc totalnie zdziwił nas tłum, jaki zastaliśmy na ulicach. Zdecydowanie odzwyczailiśmy się od takiego ruchu ulicznego.



Pierwsze wrażenie o Zagrzebiu utrzymało się do końca naszego pobytu. Wygląda ono identycznie jak duże miasto w Polsce. Gdzieniegdzie ładne kamieniczki i ciekawe atrakcje, lecz wystarczy zboczyć w boczną drogę i wchodzi się w typowe slamsy. Obok zabytkowych budynków stoją oszklone wieżowce. W mieście dominuje atmosfera miejskiej imprezy. Zagrzeb nigdy nie śpi. Im później, tym więcej ludzi znajduje się na ulicach, otwiera się coraz więcej knajp, barów i dyskotek. I jeśli dla kogoś tak wygląda urlop, to jak najbardziej odnajdzie się w chorwackiej stolicy. My niestety byliśmy tym za bardzo przytłoczeni.

























Co zatem zobaczyliśmy w Zagrzebiu? Pospacerowaliśmy po centralnych uliczkach, zainteresowaliśmy się remontowaną katedrą, a na zdjęciach uwieczniliśmy kilkanaście pomników. Kilka uliczek wpadło nam w oko. Do tego grona zaliczyć można restauracyjną ul. Ivana Tkalcica czy totalnie oderwaną od rzeczywistości Promenadę Strossmayera. Wpadliśmy także na słynny market Dolac, spojrzeliśmy na miasto z pewnej wysokości i … byliśmy uczestnikami strajku! Akurat w trakcie trwania naszej wycieczki odbywały się tam strajki, a my natrafialiśmy na tę grupę na każdym kroku wyznaczonej trasy, którą podążaliśmy. Tym samym nie doszliśmy nawet do wnętrza Kościoła św. Marka, a z zewnątrz posiadam jedynie zdjęcie z tłumem ludzi.



Częścią, która w Zagrzebiu mnie absolutnie zachwyciła, była Podkowa Lenuzziego. Ze zgiełku tłocznego miasta trafiliśmy do miejsca, które emanowało spokojem i pozytywną energią. To tam udało nam się przysiąść na chwilę, podziwiać fontanny i okwiecone jeszcze trawniki i po prostu odpocząć. Wychodząc wieczorem na kolację, odkryliśmy Muzeum Iluzji, które otwarte było do późnych godzin wieczornych, więc pośmialiśmy się nieco sami z siebie i zagłębiliśmy w świat zagadek.

Gdyby nie opłacony nocleg, z Zagrzebia wyjechalibyśmy dużo wcześniej. Zdecydowaliśmy się zatem spontanicznie na znalezienie jakiegoś miejsca wypadowego i dotarliśmy w ten sposób do miasta Verezdin, byłej stolicy Chorwacji. Przyznam szczerze, że podobało mi się tam o wiele bardziej. Małe miasteczko z uroczą starówką i historycznie opisanymi budynkami. W centralnym punkcie położony jest także ciekawy zamek, który prezentuje się dość bajecznie.



Za ostatni cel obraliśmy Lubjubljanę, stolicę Słowenii. Już od pierwszych minut pobytu żałowałam, że nie przyjechaliśmy tutaj wcześniej. To miasto, mimo że o wiele mniejsze, oferowało na każdym kroku coś ciekawego. Wystarczyło się obrócić, by już wypatrzeć jakiś interesujący detal, wykończenie budynku czy fantazyjnie przygotowaną wystawę sklepową. Nawet ludzie wydawali się być jacyś tacy szczęśliwsi.



Nad słoweńską stolicą króluje zamek, do którego musieliśmy się dostać. Zachwyciły nas wystawy i świetna organizacja tego miejsca, a także sprytne połączenie nowego ze starym. Nie odwiedziłam jeszcze tak nowoczesnego muzeum, w którym np. wystawy podświetlały się w momencie przejścia obok nich, a wiele eksponatów wystawionych było do dotknięcia. Z górnej wieży mieliśmy także doskonały widok na miasto z góry.
























Cała starówka i centrum było tak urocze, że nie chcieliśmy stamtąd odchodzić, a ja co krok zatrzymywałam się na zrobienie kolejnego zdjęcia. Jest to doskonały przykład miasta, które chętnie zwiedzam. Na nocleg wybraliśmy w tym przypadku B&B By The Way, który zapewnił nam wszystko, co chcieliśmy. Po krótkim odpoczynku wybraliśmy się jeszcze na wieczorny spacer, który w tym przypadku był wręcz obowiązkowy. Ponownie zachwyciło nas oświetlone miasto, a także każde danie, którego spróbowaliśmy. Nie obyło się też bez niespodzianek w postacie latających nad rzeką nietoperzy!

W drodze powrotnej skręciliśmy jeszcze, by spojrzeć na najbardziej popularne jezioro na Słowenii – Bled.



W ten sposób zakończyliśmy nasz wyjazd pełen wrażeń i atrakcji. Po raz pierwszy spędziliśmy czas na Chorwacji i Słowenii. Można powiedzieć, że przetarliśmy szlaki prowadzące na wschód. Zwłaszcza drugie z przytoczonych państw podbiło moje serce swoją otwartością i pięknymi zielonymi terenami. Z tego wyjazdu powróciliśmy z mnóstwem wspomnień i przygodami, których byliśmy częścią.

Byliście w którymś z tych miejsc? Jakie były Wasze wrażenia?

19 komentarzy:

  1. Piekne kadry, fajne sa takie urlopy posezonowe <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Na wakacje właśnie najlepiej wybrać się poza sezonem :) Bardzo ładne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękne kadry ! Ja bardzo lubię podróżować poza sezonem jest mniej tłumów i taniej :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam w Wenecji dwukrotnie (raz w czerwcu, raz w listopadzie) i za każdym razem wyjeżdżam stamtąd zachwycona. Ludzi jest sporo, ale tylko w głównych uliczkach, boczne wręcz świecą pustkami (zwłaszcza późną jesienią, poza sezonem), nieprzyjemnych zapachów jakoś nie odczułam, mimo że w zeszłym roku byłam krótko po zalaniu weneckich uliczek. Dla mnie to miasto ma niesamowity klimat, jest zupełnie inne od tego, co ma się na codziennie i myślę, że właśnie to mnie najbardziej w nim zachwyca :) Ceny może nie są najniższe, ale my trafiłyśmy na jakąś obniżkę i za małą kwotę spałyśmy w hotelu niedaleko placu świętego Marka :) Także wszystko da się zrobić. Co do dalszej części, to niestety nie miałam okazji być ani w Chorwacji, ani w Słowenii, ale oba te państwa bardzo mi się marzą i mam nadzieję, że niedługo to nadrobię :) Super są te Wasze wyjazdy, zawsze czytam o nich z wielkim zaciekawieniem. No i zdjęcia piękne!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wenecja... Stare czasy mi się przypomniały, byłam tam parę razy. Natomiast nigdy nie dotarłam do Chorwacji. Wyjazd tam jesienią może być fajnym pomysłem. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta jaskinia! Wow! 😍 Wspaniała wycieczka! Chętnie sama zwiedziłabym te miejsca ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem jak najbardziej za wyjazdami w październiku na południe Europy. Przyjemnie i cieplutko tak, że da się poopalać, ale na tyle chłodno, żeby dało się zwiedzać ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. No piękna ta Wenecja. I jesienią może też ładniej pachnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Wrzesień i październik to moim zdaniem najfajniejsze miesiące na wyjazdy!
    Wenecję kocham, ale w Słowenii jeszcze nie byłam. Nie wiedziałam, że tam są takie jaskinie :O

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja również uwielbiam wakacje w październiku :) w tym roku byliśmy na Rodos

    Buziaki:*
    Przesyłam trochę ciepełka ostatnim postem z Rodos -> WWW.KARYN.PL

    OdpowiedzUsuń
  11. W Wenecji jeszcze nie byłam, ale Słowenię odwiedziliśmy podczas naszego eurotripu i zakochałam się w tym Państwie! Jeśli chodzi o wakacje to w moim przypadku zawsze poza sezonem, a w tym roku poszaleliśmy :D Jakby tego było mało w październiku powygrzewałam się z małą na cudownej Kefalonii!

    Będzie co nadrabiać na blogu zimą :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja jestem wielką fanką wakacji zimą. Jako osoba, której nigdy nie jest zbyt ciepło uwielbiam się wyrwać ze śniegu i szarości na cudowne słońce :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Piękne zdjęcia, świetne miejsca i cudowne wspomnienia ♥
    W Wenecji nie byłam, ale bardzo chciałabym tam pojechać, pozwiedzać, zobaczyć :3 póki co muszę napatrzyć się zdjęć ♥

    OdpowiedzUsuń
  14. Cudna pogoda, piękne miejsce, przepiękne wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Auta pozostawione na awaryjnych :D Super zdjęcia, aż chce się zwiedzać :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Patrząc na takie zdjęcia aż samemu chce się gdzieś pojechać :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja lubię wyjechać gdzieś w październiku, jeszcze aż tak źle nie jest z pogodą. Zimą latamy do ciepłych krajów, także wakacje mam parę razy w roku.

    OdpowiedzUsuń
  18. Wenecja jesienią... aż się rozmarzyłam. :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że przyczyniasz się do istnienia tego bloga! ♥

W związku z ustawą RODO o ochronie danych osobowych, informuję, że na tej stronie używane są pliki cookie Google i podobne technologie do ulepszania i dostosowywania treści, analizy ruchu, dostarczania reklam oraz ochrony przed spamem, złośliwym oprogramowaniem i nieuprawnionym dostępem. Komentując, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych i informacji zawartych w plikach cookies.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...