piątek, 23 sierpnia 2019

Jak wyglądały moje wakacje?

Jak wiecie od dłuższego czasu nie pojawiam się tutaj zbyt często. Częstotliwość udostępniania wpisów również nie powala i z przykrością muszę stwierdzić, że lepiej raczej już nie będzie. Od zawsze wiedziałam, że najlepiej czuję się w tematyce turystycznej (na której zresztą miał opierać się także ten blog). Po uruchomieniu strony svizzera.travel.blog odnalazłam dużo więcej radości w tworzeniu postów podróżniczych ze Szwajcarii, niż wymyślaniu kolejnych lifestylowych zagadnień tutaj. Poza tym wychodzę z założenia, że nie można robić wielu rzeczy naraz i osiągać przy tym rewelacyjne rezultaty. Brzmi to jak pożegnanie, lecz nie chcę całkowicie rezygnować z czegoś, co było moją pasją przez ostatnie 6 lat. Dziś znalazłam chwilę na wpis i stwierdziłam, że z chęcią opowiedziałabym Wam krótko o moich wakacjach. Pogoda zamieniła się ostatnio w prawdziwie jesienną, toteż można założyć, że lato jest za nami.

Jak spędziłam wakacje?

Moje wakacje rozpoczęły się dwutygodniowym urlopem w czerwcu. Wtedy też pojechałam do Polski, w moje rodzinne strony. Poza kilkoma ważnymi sprawami spędziłam naturalnie czas z moją rodziną. Postawiliśmy tym razem na totalny chillout. Pojeździliśmy trochę po okolicy i poczuliśmy ponownie ten cudowny, sielski klimat. Poza tym zaliczyliśmy rodzinny wypad nad jezioro w Barlinku. Nie obyło się jednak bez przygód: zepsuło się nasze auto i dalszy wyjazd widziany był pod wielkim znakiem zapytania.
























Główną częścią naszego urlopu był wyjazd nad polskie morze. Od dawna miałam Gdańsk na pierwszym miejscu na liście polskich miast, które pragnę odwiedzić. Postanowiliśmy zatem w ten sposób wykorzystać nasze wolne dni. Wyjazd rozpoczęliśmy bardzo dobrze: obiadem w restauracji Kociewskie Jadło, gdzie prowadzone były Kuchenne Rewolucje. Zjedliśmy tam bardzo smacznie.




















Następnie dotarliśmy do miejsca naszego noclegu (wynajęliśmy mieszkanie na ten czas). Tutaj wszystko odbyło się bezproblemowo. Niestety już pierwszego dnia czekała na nas niemiła niespodzianka. W planach mieliśmy spędzenie wieczoru na plaży i podziwianie zachodu słońca. Wraz z innymi turystami odbiliśmy się jednak od tabliczek z informacją, że plaza jest zamknięta, a na całej długości ciągnęły się ogromne rury. Naprawdę rozumiem, że to część jakieś inwestycji, że nie można było zrobić tego kiedy indziej, że coś się przesunęło... Ale na litość boską, brak jakiejkolwiek informacji to już szczyt chamstwa! Gdybyśmy byli jedynymi niedoinformowanymi ludźmi, dałabym spokój, bo może media o tym trąbiły, a ja siedząc za granicą, nie miałam o niczym pojęcia. Jednak sytuacja wyglądała wręcz groteskowo: grupki ludzi z pontonami i płaczącymi dziećmi ustawiały się przed zamkniętymi wejściami i debatowały, jakim cudem mają teraz jechać 10 km do najbliższej plaży, skoro wykupili noclegi przy morzu. Wracając do naszego mieszkania, przeszperałam jeszcze internet i jedyny artykuł na jakimś portalu informacyjnym pojawił się dzień przed naszym przyjazdem. To nie wymaga komentarza. Wiadomo, business is business. Gdybyśmy o tym wiedzieli, nie przyjechalibyśmy tam.




















Nie mieliśmy w planach leżenia plackiem na plaży, więc przełknęliśmy te informacje i następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszło Westerplatte, które było dla nas wręcz punktem obowiązkowym.




Nieopodal parkingu, gdzie zostawiliśmy auto, odkryliśmy otwarty kawałek plaży, więc godzinka na słońcu została zaliczona.


Następnie udaliśmy się do twierdzy Wisłoujście, którą zwiedziliśmy wraz z przewodnikiem. Sam wygląd zewnętrzny robi niezwykłe wrażenie. Warto zatem poznać historię tego miejsca. 
























Po południu pogoda totalnie się popsuła, więc nastawiliśmy się na turystykę kulinarna. Trafiliśmy tym samym do pobliskiej restauracji Pobite Gary, gdzie spróbowaliśmy ciekawej dekonstrukcji dobrze znanych nam dań.




















Kolejne dni poświęciliśmy tylko zwiedzaniu Gdańska i jego centrum. Stare Miasto jest faktycznie wyjątkowe i przechodząc kilkukrotnie tymi samymi uliczkami na nowo odkrywałam ich piękno. Zabytkowe budynki zrobiły na nas ogromne wrażenie. Nawet ilość turystów jakoś tak mniej doskwierała... 
























W Gdańsku zobaczyliśmy wnętrza Domu Artusa i Uphagena. Oba miejsca były na swój sposób niezwykłe i warte zobaczenia. Zwłaszcza jeśli ktoś uwielbia historię. Gdy ponownie natrafiliśmy na deszcz, zaszyliśmy się u Grycana, by rozkoszować się deserami lodowymi, a nieopodal zrobiliśmy chyba największe zakupy w sklepie z pamiątkami. 

























Zajrzeliśmy także do Muzeum Narodowego, korzystając z opcji bezpłatnego wejścia w piątki. Nie jest to wprawdzie rodzaj muzeum, który mnie fascynuje, ale ogrom eksponatów jest sam w sobie interesujący. Miło wspominamy również całą uśmiechniętą obsługę.
























Nie mogliśmy odpuścić sobie wejścia na słynnego Żurawia. Zakupiliśmy bilet łączony i mogliśmy zobaczyć tym samym więcej atrakcji. Po zobaczeniu wnętrz Żurawia, przepłynęliśmy tramwajem wodnym na drugą stronę. Tam znaleźliśmy się na statku Sołdek, który również wzbudził naszą fascynację. Nie wspominając już o Narodowym Muzeum Morskim, które jest przeogromne i spokojnie można spędzić w nim cały dzień.


























Po dokładnym zwiedzeniu Gdańska zdecydowaliśmy się jeszcze na wyjazd do Sopotu, co zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. To miasto zupełnie mnie nie przekonało i nie rozumiem, po co ludzie tam jeżdżą... spoko nic tam nie ma. Ani jednej ciekawej atrakcji. Molo płatne (kolejny przykład polskiego chamstwa). Plaża niezdatna do użytku, brudna, gloniasta i bardzo śmierdząca (niektórzy co prawda zanurzali w niej dzieci, ale chyba są już zahartowani). Dzikie tłumy, dookoła tylko gofry i frytki (a tym samym zapach spalonego oleju)... Nie! Sopot zdecydowanie nie jest dla mnie.

























Do Szwajcarii wracaliśmy z naszym przyjacielem, który przyjechał do nas na urlop. Wspólnie odwiedziliśmy zatem kilka miejsc. Po raz kolejny odwiedziliśmy zuryskie zoo, które na wielu osobach robi ogromne wrażenie. Tym razem wybrałam się tam z obiektywem makro, więc zyskałam kilka naprawdę fajnych ujęć.
























Kilkukrotnie trafialiśmy do uroczej miejscowości Baden, która znajduje się niedaleko miasta, w którym mieszkamy. Poza tym po raz czwarty pojechałam do Luzern i … dopiero teraz poczułam do niej miłość. Spojrzałam na to miejsce zupełnie inaczej i nie mogłam wyjść z zachwytu. Pomnik lwa wydał mi się po latach jeszcze bardziej wyjątkowy. Poza podziwianiem słynnego mostu Kappelbrücke, spacerowaliśmy długo po starówce. Dodatkowo weszliśmy wyżej, by przejść się wzdłuż muru zamkowego, który prowadzi przez 9 wież.


























Pojechaliśmy także do Schaffhausen (przyznaję, że wpływ miał na to drugi blog, do którego potrzebowałam zdjęć;)). Tutaj także zobaczyliśmy piękną starówkę i kamieniczki, a także okna wykuszowe, z których znane jest to miasto (LINK).


By jednak nie było tak statycznie wyruszyliśmy na spacer z Schaffhausen do wodospadu Rheinfall. By zobaczyć go od strony północnej (zawsze trafialiśmy tam od południa, gdzie wejście jest płatne). Cała trasa była niezwykle przyjemna, a w międzyczasie przechodziliśmy jeszcze przez małą, urokliwą wioseczkę – Flurlingen.


Docierając z powrotem do Schaffhausen mieliśmy jeszcze chwilę czasu, więc wspięliśmy się na wzgórze, gdzie stoi symbol miasta, czyli twierdza Munot. Co ciekawe ta atrakcja jest darmowa (co rzadko zdarza się w tym kraju).
























Potrzeba rodzi działanie. W lipcu rozwaliła się moja ulubiona torebka Guess i nie mogłam tego przeżyć. Pojechaliśmy zatem do outletu tej marki, bym mogłam wybrać następcę (kupiłam dwóch). Będąc już w tym miejscu, poszliśmy na spacer po Bally Park, chyba najlepszym parku, w jakim byłam w Szwajcarii.


Wypad w góry musiał zostać zaliczony. Pokonaliśmy górską ścieżkę z Ristis do Brünnihütte i choć momentami było ciężko, to widoki rekompensowały wszystko. A przy tym mieliśmy świetne towarzystwo.




Pierwszego sierpnia odwiedziliśmy jeszcze Zürich. Bardziej z obowiązku niż chęci.


Wraz z naszym nowym znajomym wybraliśmy się do miejscowości Flims w kantonie Graubünden, by dotrzeć do rozsławionego szwajcarskiego kanionu. Ruinaulta robi duże wrażenie. Jest przy tym miejscem docelowym wielu polskich turystów. Jeszcze nigdy w Szwajcarii nie słyszałam tak często polskiego języka.




Z góry widzieliśmy także słynne Caumasee. Moje serce podbił jednak widok gór.
 























Na koniec tego lata wybraliśmy się jeszcze do Rapperswil. Bardzo turystycznego, aczkolwiek pięknego miasteczka, w którym stoi zamek, a w nim … polskie muzeum. Odwiedziliśmy je z ciekawością i prawdziwą satysfakcją.




Które z tych miejsc wydaje się Wam najciekawsze?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...