wtorek, 30 kwietnia 2019

Testownia #24 - Wielki test kosmetykow Kiehl's

Widząc ten wpis, części z Was nasunie się pewnie myśl: „W końcu!”. Chyba żadnego tematycznego postu nie obiecywałam od tak dawna. Co chwilę jednak coś stawało mi na drodze. Mało co nawet w kwietniu nie odbyłaby się jego premiera. Ten miesiąc był wyjątkowo skrajny w moim odczuciu: z jednej strony absolutny wypoczynek, z drugiej ilość pracy, która była wręcz przytłaczająca. Udało mi się jednak wygrzebać odrobinę wolnego czasu (kosztem sprzątania:P) i opisać Wam moje przeżycia z marką Kiehl's. W tym roku po raz pierwszy miałam do czynienia z jej produktami, które trafiły w moje ręce za sprawą kalendarza adwentowego. W dzisiejszym wpisie chciałabym nie tylko opisać kosmetyki i ich działanie, ale także ocenić sam kalendarz.

Zapraszam na wielki test kosmetyków marki Kiehl's!

Ultra Facial Cleanser

Post ten zacznę dość ostro, albowiem wspomnieć muszę o jednym z pierwszych używanych kosmetyków. Tubka zawierała 30 ml rzadkiego żelu do mycia twarzy. Według zapewnień producenta produkt ten przeznaczony jest to wszystkich rodzajów cery i jest łagodny w działaniu. Ma nie tylko czyścić skórę, ale także usuwać makijaż, nie przesuszając cery i likwidować nadmiar sebum. Jak było w rzeczywistości? Jak można z łatwością zauważyć tubka jest prawie pełna i nie jest to złudne wrażenie. Bardzo szybko zakończyłam przygodę z tym kosmetykiem, bo już po dwóch użyciach (rano-wieczór) zauważyłam okropną wysypkę na całej twarzy i żuchwie, czyli tam gdzie moja skóra miała z nim kontakt. Zmiany te przypominały ostry trądzik. Twarz pokryta była czerwonymi krostkami, które swędziały i piekły. Niestety nie obyło się bez ingerencji lekarza, a dochodzenie do siebie zajęło mi około dwóch tygodni.




























Calendula Herbal-Extract Toner

Pełna obaw zaczęłam zatem używać tonik w małej buteleczce (40 ml). Produkt ten zawiera w składzie ekstrakt z nagietku lekarskiego i jest bezalkoholowy, co już na wstępie bardzo mi odpowiadało. Sam tonik miał ziołowy i bardzo charakterystyczny zapach, do którego musiałam się jakiś czas przyzwyczajać. Dało się w nim wyczuć nutkę zimnej herbaty. Wnętrze butelki dostosowane jest do potrzeb skóry normalnej i tłustej, co z powodzeniem mogę potwierdzić. Dobrze zbierał nadmiar nagromadzonego przez dzień sebum i łagodził twarz. Wyglądała ona na bardziej wypoczętą i odprężoną. Po dłuższym stosowaniu zauważyłam pozytywną różnicę w jej ogólnym wyglądzie. W tym przypadku mogę wybaczyć umieszczenie w kalendarzu małej butelki, bo była ona bardzo wydajna i starczyła mi na długi czas. Nie obędzie się jednak bez zarzutów. W butelce oprócz samego kosmetyku znalazły się także części rośliny (?), które przypominały herbaciane fusy czy inne farfocle i powodowały u mnie niemałe obrzydzenie, gdy wydostawały się na wacik.




























Amino Acid Shampoo i Conditioner

Wspólnie używałam duetu do włosów: szamponu oraz odżywki, które skrywały butelki o pojemności 65 ml. Oczyszczający i wygładzający szampon oraz odżywka do włosów, którą można używać codziennie, sprawdziły się u mnie bardzo dobrze. Oba kosmetyki miały obłędny kokosowy zapach, który utrzymywał się długo na włosach (czułam go nawet na drugi dzień). W składzie dopatrzeć można było się olejku kokosowego oraz jojoba. Oba produkty nie obciążały włosów. Dawały im z kolei maksymalne wygładzenie, które wyczuwalne było już po użyciu samego szamponu. Po umyciu włosy były dobrze oczyszczone, świeże i przyjemnie miękkie w dotyku. Dawno nie uzyskałam takiego efektu. Mogę o nich wyrazić się w samych superlatywach, naturalnie o ile moją opinię można uznać za obiektywną po trzech użyciach, bo na tyle starczyła mi ilość zawarta w tych buteleczkach.

Koncentraty do twarzy na dzień i na noc:
Daily Reviving Concentrate i Midnight Recovery Concentrate

Z ogromnym rozczarowaniem wyciągnęłam te produkty z kalendarza. Tak małe próbki wręcz zraniły moje serce. Zwlekałam również z ich użyciem, bo nie wierzyłam, że byłabym w stanie wydać opinię po jednorazowej aplikacji. Zaczęłam od koncentratu na noc, który należy do bestsellerów marki. Oleista konsystencja kosmetyków nie należy do moich ulubionych, ale nałożyłam warstwę na twarz i położyłam się spać. Gdy wstałam, wręcz nie wierzyłam w to, co widzę. Moja twarz chyba nigdy nie wyglądała tak dobrze. Nie było na niej śladu niedoskonałości, zaczerwienienia, nawet drobnych zmarszczek. Zupełnie jak gdyby ktoś podmienił mi twarz w ciągu nocy. W opisie produktu przeczytać można, że koncentrat ten ma za zadanie zregenerować i odnowić skórę w ciągu nocy i tego właśnie doświadczyłam. Jest to produkt, który byłabym najchętniej skłonna kupić.






























Po sukcesie pierwszego koncentratu sięgnęłam po następny, tym razem na dzień. Jego działanie również zaliczyć można do udanych, jednak nie dorównał swojemu poprzednikowi. Poza tym oleista substancja na mojej twarzy w ciągu dnia nie do końca mnie przekonała. Pomijając ten szczegół, nie można mu niczego zarzucić. Miał on również bardzo ładny zapach. Obie próbki starczyły mi na trzykrotne użycie każdego z kosmetyków.

Lip Balm

O ile dobrze pamiętam był to pierwszy kosmetyk, który wyciągnęłam z kalendarza adwentowego. Czy kręciłam na niego nosem? Tak, bo mam całe mnóstwo produktów tego typu, które i tak przez większą część roku nie są mi potrzebne. No ale akurat mieliśmy zimę, więc ten „gorszy czas” dla ust i postanowiłam od razu go przetestować. Produkt zamknięty był w tubce o pojemności 15 ml, ale jak na balsam do ust jest to wystarczająca gramatura (produkt pełnowymiarowy). W konsystencji przypominał on wazelinę i podobnie zachowywał się na ustach. Efekt? Był, nawet natychmiastowy. Zaraz po nałożeniu czułam miękkość na ustach, suche skórki otrzymały nawilżenie. Tylko co z tego, jeśli efekt utrzymał się maksymalnie 15 minut i na nowo trzeba było użyć tego kosmetyku. Biorąc pod uwagę cenę (45 zł), wolę kupić klasyczny Carmex, którego jedno naniesienie na usta starcza mi na cały dzień.


























Ultimate Strength Hand Salve

Jak głosi nazwa tego kosmetyku, jest to balsam do ekstremalnie suchych dłoni. Jego pojemność (75 ml) jest dostępna w sprzedaży w cenie 65 zł, a tym samym jest to nieliczny produkt z kalendarza, który nie starczył mi na jeden raz. Krem ten nadal jest u mnie w użyciu, lecz głównie dlatego, że nie lubię wyrzucać pełnych opakowań. Konsystencję produktu opisałabym jako połączenie kremu z lekkim musem. Balsam wchłania się całkiem szybko w dłonie, jednak jego główną wadą jest zapach. Wiem, że kosmetyki tej marki mają specyficzne nuty zapachowe. Niektórzy porównują je z lekarstwami. Dla mnie jest to po prostu wyczuwalny w prawie wszystkich kosmetykach alkohol. Dokładnie tak samo jest w tym przypadku. Jeśli chodzi o sam efekt, to można go śmiało porównać z wcześniej opisywanym balsamem do ust. Rezultat jest widoczny szybko po aplikacji: dłonie są miękkie, nawilżone, znikają suche skórki, lecz utrzymuje się on kilkanaście minut i ponownie trzeba sięgnąć po kosmetyk. Ważne jest to, że moje dłonie wcale nie są „ekstremalnie suche”, wręcz przeciwnie praktycznie nie miewam okresów ich przesuszenia. Nie wyobrażam sobie zatem, jak sprawdziłby się u osób z problemami w tej kwestii.

Creme de Corps

Pora na kolejne rozczarowanie. Krem do ciała wywołał mój absolutny sprzeciw. Nawet 30 ml nie zostało przeze mnie zużyte. Po pierwsze kosmetyk zabija swym zapachem, który jest połączeniem alkoholu z czymś totalnie nieprzyjemnym. Po wysmarowaniu nim ciała weszłam do pokoju, a mój mąż spytał mnie, czy coś piłam (true story!). Poza tym bardzo wolno się wchłaniał i nie widziałam większego efektu, więc ten jeden raz wystarczył mi na wyrobienie sobie zdania, że nie mam ochoty więcej sięgać po ten produkt.

 Ultra Facial Cream i Super Multi- Corrective Cream

To kolejny zestaw, który wszedł w użycie w podobnym czasie. Krem na dzień (w białym słoiczku) miał lekko żelową konsystencję i był prawie bezbarwny. Natychmiast się wchłaniał i nie rolował pod makijażem. Twarz była poprawnie nawilżona i wypielęgnowana, ale bez rewelacji. Nie myślcie sobie, że narzekam tylko dla samego narzekania, bo przecież niby wszystko ok, ale jednak nie. W moim odczuciu jednak, jeśli kosmetyk kosztuje 225 zł, nie powinien pozostawiać identycznych skutków, jak zwykły niskopółkowy krem. Dla mnie to przykład średniaka, działającego w porządku, ale nadal średniaka.



O wiele lepszą opinię wydać mogę produktowi do pielęgnacji na noc, który w składzie zawiera charakterystyczny w zapachu jaśmin. Kremowa konsystencja dobrze rozprowadzała się po twarzy i pozostawiała warstwę, która schodziła w środku nocy. Po kilku użyciach zauważyłam poprawę w napięciu skóry. Była ona przyjemniejsza w dotyku, miękka i odżywiona. Po nocy ponownie zaobserwować można było pozytywne efekty.

Clearly Corrective Brightening and Smoothing Moisture Treatment

Przyznajcie, że czytając tę nazwę, nie za bardzo można się zorientować, o co chodzi. Mi zupełnie nic ona nie mówiła. W słoiczku (7 ml) znalazł się krem w formie zbliżonej do żelu, który w domyśle trafiał na moją twarz. Szczerze mówiąc, po zużyciu produktu nie zauważyłam kompletnie żadnych efektów, więc zainteresowałam się co w ogóle miał on robić. Górnolotne słowa opisywały przywracanie naturalnego kolorytu skóry (najwidoczniej mój był już naturalny). Cała przydługa lista korzyści, które mają płynąć z działania tego kosmetyku zderzyła się brutalnie z moim niezauważeniem ani jednego z nich.

Hydro-Plumping Re-Texturizing Serum Concentrate
Powerful-Strenght Line-Reducing Concentrate
Clearly Corrective Dark Spot Solution

Na kolejnym zdjęciu wśród małych próbek dostrzec można trzy sera do twarzy. Pierwsze co rzuca się w oczy, to bezsensowne nazwy, których już dłuższych wymyślić się nie dało. Pozwolę wypowiedzieć się jednorazowo o wszystkich produktach tego rodzaju. Próbki zawierające 4 ml (w porywach 5) kosmetyku, którego działanie widać najczęściej po dłuższym okresie stosowania jest dla mnie co najmniej bez sensu. Z tego względu nie jestem w stanie powiedzieć o nich nic więcej, jak tylko opisać właściwości fizyczne, a przecież nie to jest w kosmetykach najważniejsze. Podsumowując: po zużyciu wszystkich próbek nie zauważyłam żadnych efektów, lecz nie musi to być wina samych produktów.

Midnight Recovery Eye

Krem pod oczy na noc pomimo małej tubki jest nadal w użyciu. Sięgam po niego co jakiś czas i nie zauważyłam żadnych negatywów. Sam kosmetyk jest dość gesty, ale łatwo wklepuje się w okolice pod oczami i dobrze wchłania się. Produktów tego typu z reguły używam profilaktycznie. Jakiekolwiek problemy w tej okolicy mnie jeszcze nie dotyczą, więc nie mogę wypowiedzieć się dokładniej o działaniu.

Calendula & Aloe Soothing Hydration Masque
Turmeric & Cranberry Seed Energizing Radiance Masque

Maski okazały się być najgorszym punktem marki Kiehl's i nawet mnie to zaskoczyło. Jako pierwszej używałam maski pomarańczowej, która zawierała wyciąg z kurkumy i nasiona żurawiny. W saszetce odkryłam treściwą konsystencję o żółtej barwie, która zawierała dodatkowo drobinki. Po nałożeniu jej na twarz czułam duży chłód, jak gdybym nagle wyszła na mróz. W trakcie noszenia zastygała i niestety szczypała. Po ściągnięciu maski moja twarz była nieprzyjemnie ściągnięta, a nawet lekko podrażniona. W dodatku przy nosie pojawiło się mnóstwo suchych skórek.




Druga maska zawierała ekstrakt z płatków nagietka i aloes, co zresztą było wyczuwalne w zapachu. Jej konsystencja była nieco inna: bardziej przyrównać mogłabym ją do galaretki. Pomimo tej samej pojemności ledwo starczyło mi jej na pokrycie całej twarzy. Jednak nie ma co narzekać, bo po kilku minutach zebrałam całą listę jej wad. Jakiś czas po nałożeniu czułam, jak maska zaczyna drażnić mi twarz, w dodatku szczypała mnie mocno w oczy. Bez wahania zmyłam ją szybko i niestety potwierdziły się moje przypuszczenia. Cera była mocno podrażniona, wrażliwa na dotyk i miejscami szczypała.

Facial Fuel, Age Defender Power Serum, Body Scrub Soap

Zamieszczenie w kalendarzu adwentowym skierowanym głównie do kobiet produktów męskich było w moim odczuciu fatalnym pomysłem. Szczerze mówiąc czułam się rozczarowana, wyciągając kolejne opakowanie z kosmetykiem o męskim zapachu. Przez głowę przeszła mi myśl: „A co jeśli nie miałabym męża ani innego mężczyzny w rodzinie? Komu miałabym to sprezentować?”. Ba! Nawet obecność męża nie sprzyja zużyciu tych produktów, bo mój mąż jest antykosmetyczny i nie mogę się doprosić. A już wyduszenie z niego opinii? Można zapomnieć. Takim sposobem aż 3 z 24 kosmetyków okazały się być bezużyteczne.




























Próbka serum nie została w ogóle otwarta. Krem został użyty kilkukrotnie pod groźbą niezjedzenia obiadu, ale ciężko jest mi określić jego działanie. Jak to mój mąż stwierdził: „Nie zabił, więc ujdzie”. Jako tako w użyciu jest jedynie kostka mydła peelingującego. Produkt ten ma bardzo charakterystyczny męski zapach i widoczne drobinki. Chcąc uzyskać jakąś miarodajną opinię, sama użyłam go jednorazowo i muszę przyznać, że zdziera on naskórek do najgłębszej warstwy. Dla mnie był zdecydowanie za mocny, jednak faceci są gruboskórni to wiadomo nie od dziś.

Creamy Eye Treatment, Rare Earth Deep Pore Cleansing Masque
Midnight Recovery Botanical Cleansing Oil

Do zużycia pozostały mi jeszcze trzy produkty, których nawet nie otworzyłam. Wśród nich jeden z najbardziej znanych kosmetyków tej marki, jakim jest krem pod oczy. Czy nie ciągnie mnie, by ich spróbować? Po tak wielu niewypałach nie mam absolutnej ochoty. Głównym powodem jest jednak to, że mam otwarte kremy pod oczy i maski oczyszczające, a nie lubię otwierać wielu produktów tego samego rodzaju, bo wiem, że prędzej czy później będę musiała je wyrzucić z powodu przeterminowania. W próbkach zawieruszył się także olejek do twarzy, o którym po prostu zapomniałam.































Przed kupieniem kalendarza adwentowego nie miałam żadnego kontaktu z marką Kiehl's. Naturalnie wiele słyszałam o ich kosmetykach, ale nie miałam chęci eksperymentowania z ich produktami, głównie za sprawą wysokich cen. Stąd też idealnym wyjściem było zakupienie kalendarza, dzięki któremu mogłam poznać przekrój kosmetyków, a tym samym całą markę. Z pewnością Kiehl's posiada w ofercie jakieś dobre produkty. Najbardziej zadowolona byłam z szamponu i odżywki, koncentratu do twarzy na noc (żałowałam, że to tylko próbka) oraz kremu z jaśminem. Wśród testowanych produktów znalazły się jednak opakowania, których zawartość spowodowała u mnie ogromne problemy i nie chcę nawet o nich myśleć. Część kosmetyków przeszła również bez echa, a ich cena wywołała u mnie wręcz atak śmiechu politowania: zupełnie nieadekwatna do działania. Kupując kosmetyki Kiehl's trzeba mieć świadomość ich paskudnych zapachów i tego, że po użyciu nie będzie można pokazać się publicznie, bo zostanie się oskarżonym o spożycie pewnej substancji. Moja twarz jest wrażliwa na alkohol w kosmetykach i gdybym wiedziała, że praktycznie wszystkie produkty tej marki go posiadają, nie zdecydowałabym się na kupno kalendarza.

Co do samego kalendarza i mojej opinii o nim: niestety nie byłam z niego zadowolona i osobiście bym go nie poleciła. Tak jak wspomniałam chodziło mi o poznanie marki, z którą wcześniej nie miałam do czynienia, lecz z pomocą próbek jest to raczej trudne. Poza tym na kalendarz wydałam 89 fr, a podobny efekt uzyskałabym, idąc do drogerii i prosząc o próbki konkretnych kosmetyków. Jak na markę, która tak bardzo się ceni, wygląda mi to na zwykłe zdzierstwo (polecam zobaczyć wpis poświęcony marce Rituals, która miała podobny początek, a efekt zupełnie inny. Swoją drogą do dziś wracam do ich kosmetyków - LINK). Nie będę już przytaczać przykrego tematu męskich produktów. Ten kalendarz zniechęcił mnie do kontaktu z marką, a wiedząc ze na 70% mogłabym trafić na okropny produkt i zapłacić za niego pełną cenę, wolę nie zbliżać się do ich półek.

Znacie produkty marki Kiehl's? Jak się u Was sprawdziły?

środa, 24 kwietnia 2019

Coś pysznego #56 - Najlepsze kajzerki

Być może cześć z Was zauważyła moją nieobecność na blogu. Śpieszę jednak wyjaśnić, że była ona spowodowana samymi przyjemnymi wydarzeniami. Wszystko to z powodu mojego wyczekanego urlopu, który wraz z mężem zdecydowaliśmy się spędzić na Lazurowym Wybrzeżu. Nie tylko Święta Wielkanocne, ale także naszą rocznicę spędziliśmy w tak cudownej atmosferze. Odrobinę smaczków z tej wyprawy obejrzeć możecie na moim instagramowym koncie, więc z przyjemnością Was tam odsyłam. Zanim jednak opowiem o naszej podróży, muszę nieco wdrążyć się w ponowne używanie klawiatury. Idealnym wpisem na rozgrzewkę będzie zatem szybki przepis na idealne bułeczki na śniadanie.

Idealne kajzerki




Składniki:
500 g mąki pszennej
250 ml ciepłej wody
1,5 łyżeczki cukru
1 łyżeczka soli
1 jajko
30 g świeżych drożdży
2 łyżki roztopionego masła




Wykonanie:
Do miski przesiać mąkę i sól.
W ciepłej (ale niegorącej) wodzie rozpuścić drożdże i pozostawić na kilkanaście minut do wrośnięcia.
Do mąki dodać jajko, roztopione masło, cukier i wyrośnięte drożdże.
Wyrobić ciasto ręcznie lub z pomocą miksera z hakiem.
Jeśli ciasto będzie zbyt twarde, dodać odrobinę wody.




Ciasto przełożyć do miski wysmarowanej oliwą. Przykryć wilgotnym ręcznikiem i odstawić do wyrośnięcia na godzinę.
Po tym czasie krótko wyrobić ciasto i uformować z niego wałek.
Pokroić na równe części (mi wyszło 8, ale patrzyłam głównie, by każda z nich była równa i mogły równomiernie się upiec).
Z każdego wykrojonego kawałka uformować okrągłą, lekko spłaszczoną bułkę.
Bułeczki położyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ścierką i odstawić do wyrośnięcia na około 30 minut.
Przed pieczeniem każdą bułkę naciąć nożem.
Wierzch kajzerek można posmarować roztrzepanym jajkiem.
Bułki piec w temperaturze 220 stopni przez 17 – 20 minut.

środa, 10 kwietnia 2019

Top/Flop 5 - Co działo się od października do marca?

Kwiecień to dla mnie w tym roku miesiąc pełen wrażeń. Ledwie się zaczął, a już miałam mnóstwo atrakcji, zarówno tych dobrych jak i złych. Na ten temat będę się jednak rozwodzić w podsumowaniu miesiąca, a dziś pragnę podsumować moje półroczne dokonania na blogu. Pora zatem na wpis pojawiający się jedynie dwa razy do roku z najlepszymi i najgorszymi wpisami, opublikowanymi w ciągu ostatnich 6 miesięcy. W tym zestawieniu zamieszczam także TOP instagramowych zdjęć, więc zachęcam do zapoznania się z tymi wyróżnionymi treściami (nie tylko tymi najlepszymi!).

W podanym przedziale czasu największe zainteresowanie wpisami przypadło na październik. To w tym miesiącu zanotowałam największą ilość ogólnych wyświetleń oraz wpisów, które od razu wskoczyły na pierwsze miejsca TOP 5. Bezapelacyjny zwycięzca w krótkim czasie osiągnął 1600 wyświetleń, co dla mnie jest dużą liczbą godną pochwały i podziękowań. Patrząc na te listy, nasuwa się pewien wniosek. Okres od października do grudnia przysporzył zarówno posty z największą ilością kliknięć, jak i te najsłabsze. Z kolei wpisy udostępniane od stycznia do marca są po prostu poprawne, nie wybijające się pod tym względem w żadną stronę. W poprzednim poście tego typu dziwiłam się z upadku wpisów z Projektem Denko, które zawsze znajdowały się na pierwszym miejscu. W tamtym momencie wyświetlenia pozwalały na umieszczenie ich na trzeciej pozycji. Obecnie w ogóle nie ma ich w zestawieniu!

TOP 5


Zwycięzcą, który zmiótł konkurencję z powierzchni ziemi, był wpis poświęcony jednemu z piękniejszych miejsc w Szwajcarii. Co ciekawe musiał on czekać cały rok, by ujrzeć światło dzienne, lecz gdy już się to stało wprowadził istny zamęt w statystyki. Sam wyjazd był dość przypadkowy, ale uważam go za niezwykle udany. Z całą pewnością jest to jedna z topowych atrakcji Szwajcarii, którą mogę śmiało polecić.


Dwa przepisy, które umieściłam na drugim miejscu, pochwalić mogą się podobną ilością wyświetleń. Jak wiecie pieczenie to moja pasja i uwielbiam dzielić się sprawdzonymi przepisami, które są proste, a jednocześnie pyszne. To główna zasada, którą się kieruje. Nie wykorzystuję wymyślnych składników, które ciężko jest dostać. By wykonać polecany przeze mnie przysmak, nie trzeba spędzić dwóch dni w kuchni i posiadać wybitnych kulinarnych umiejętności. Ma być przede wszystkim smacznie. I może właśnie to jest przepis na wpis, do którego będzie się powracać.



Trzecie miejsce zajął wpis poświęcony mojej pielęgnacji na zimę oraz kosmetykom, których w tym okresie używałam. Przyznam, że tworząc pierwszy wpis z tej serii, byłam nastawiona do niej dość obojętnie. Myślałam nawet, że będzie to jednorazowy post na zasadzie „Zapchajdziury”. Okazało się jednak, że nie tylko Wy macie chęć jego czytania, ale ja także odnajduję w nim mnóstwo pozytywów, a to już poważny powód, by kontynuować moje poczynania.



W październiku wystartowałam z kolejną serią wpisów, dzięki której chcę przybliżyć Wam szwajcarskie smaki. Na pierwszy ogień poszło 10 najbardziej charakterystycznych dań z tego kraju, które wiele osób kojarzy nawet jeśli w Szwajcarii nigdy nie było. Od tamtego czasu pojawiły się jeszcze dwa wpisy tego rodzaju, lecz pionier nie miał sobie równych w ilości wyświetleń.



Zamieszczenie relacji z zamku w Habsburgu na liście wygranych było dla mnie sporym zaskoczeniem. Naturalnie przy jego tworzeniu dawałam z siebie jak zawsze wszystko, jednak nie byłam do końca z niego zadowolona. Sam zamek odwiedziliśmy także jesienną porą, więc na zdjęciach prezentuje się on dość mrocznie i ponuro. Mimo małej ilości atrakcji w tym miejscu uznaliście jednak, że warto zapoznać się z jego historią, co może mnie tylko cieszyć.
























FLOP 5


Zdecydowanie najrzadziej czytanym wpisem w ciągu ostatnich 6 miesięcy jest moja foto-relacja z kontrowersyjnego parku, do którego wstęp jest płatny. Sam temat spotkał się z różnymi opiniami: dla jednych natura jest zawsze w cenie, inni nie wyobrażają sobie za to płacić. Ogromna większość chyba jednak nie chciała wypowiadać się w tej kwestii i ominęła post, co skutkowało małą ilością wyświetleń.


Tego samego miesiąca podzieliłam się z Wami nowościami, które znalazły miejsce w moim pudełku z pocztówkami. Jak powszechnie wiadomo, z wyjazdów przywożę najczęściej pocztówki, które są dla mnie najlepszą pamiątką i chętnie wspominam chwile spędzone w danym miejsce, przeglądając moje zdobycze. Kupując je, zwracam dużą uwagę na widoczek, który nie tylko powinien być ładny, ale także jak najbardziej zbliżony do naszych przeżyć, np. pocztówkę ze zdjęciami nocnymi kupuję, gdy zaliczamy wieczorny spacer po mieście. Ostatni pobyt we Wrocławiu skupiał się głównie na szukaniu krasnali, toteż na pocztówce nie mogło ich zabraknąć. Na zdjęciach w tym poście zamieściłam dodatkowo pamiątkowe monety z wrocławskiego zoo, polodowcowy kamień z Aletschgletscher i książkę, z której czerpię inspiracje do wyjazdów. Mimo to wpis nie cieszył się dużym zainteresowaniem. Być może temat pocztówek i ich zbierania nieco już przygasł?


Na miejscu trzecim muszę zamieścić wpisy dotyczące Instagrama. Ex aequo uplasowały się na nim: podsumowanie listopada i top 10 najlepszych zdjęć na tym portalu. Temat skrajności comiesięcznego mixu zdjęć już poruszałam i w tym zestawieniu mamy kolejny przykład takiego paradoksu: chętnie komentowany (zdaniem niektórych nawet świetny(!?), a mimo to niewyświetlany zbyt często. W tym miesiącu jednak winę zwalić mogę na zbyt dużą ilość tekstu, która chyba przyćmiła same zdjęcia. Z kolei wpis o 10 najlepszych zdjęciach opublikowanych do tej pory na Instagramie był moim zdaniem ciekawym pomysłem. Pojawiała się tam spora różnorodność tematyczna z dominacją jedzenia, a także kilka totalnych zaskoczeń. Zwycięzca mógł być jednak tylko jeden! (Z premedytacją nie zdradzę, kto lub co nim zostało). Spora aktywność w komentarzach również nie przełożyła się na ilość wyświetleń.













Trzecia odsłona mojego projektu zakładającego wykonanie 50 nowych przepisów w rok także nie wydała się Wam zbyt interesująca. A może co za dużo, to nie zdrowo? W tym wpisie dominowały przede wszystkim ciasta, więc osoby na diecie są zwolnione z klikania w ten link ;)

















Mixy zdjęć w moim wykonaniu chyba nie wychodzą zbyt dobrze. Kolejny przykład znalazł się na piątym miejscu w rankingu. W tym poście chciałam przybliżyć Wam niepublikowane wcześniej zdjęcia wykonane w czasie zeszłorocznych Świąt Bożego Narodzenia i uroczyć Was śniegiem, którego na próżno szukać było za oknem. Niestety nie udało mi się wprowadzić magii Świąt.


TOP 5 na Instagramie


Mój Instagram został opanowany przez zdjęcia jedzenia. Wszystkie „topki” przedstawiają pyszności, których miałam okazję spróbować, bądź sama przygotowałam. Na pierwszym miejscu znajduje się gyros w formie zapiekanej z naszej ulubionej greckiej knajpki. Na następnym talerzu widać tradycyjny wiedeński sznycel zajmujący pół stołu, który został nam zaserwowany we Franziskaner Stube w Bozen, gdzie byliśmy w ramach przerwy bożonarodzeniowej. Z tego samego wyjazdu pochodzi kolejne zdjęcie mięska w sosie pieczarkowym, które było główną częścią naszego obiadu połączonego z lokalnymi specjałami do spróbowania.



Poza podium znalazły się moje wypieki. Pierwszym z nich jest płatek makowego kwiatu, który jest nie tylko pysznym, ale także spektakularnie wyglądającym dziełem (swoją drogą idealnie sprawdzi się na stole wielkanocnym). Kawałek wuzetki na talerzu również spowodował ślinotok u wielu oglądaczy, dlatego zamyka on zestawienie najlepszych.



















No i standardowo chciałabym Was spytać, czy pamiętacie wszystkie wpisy zamieszczone powyżej? Jaka tematykę najchętniej przeglądacie na tym blogu?

sobota, 6 kwietnia 2019

Projekt Denko - marzec 2019: Czas zatroszczyć się o włosy.

Po skromniutkim lutowym Denku pora na powrót do standardowego rozmiaru mojej torby ze zużyciami. Wśród nich znalazło się sporo produktów do włosów. Produkty, których używałam bardzo długo, sięgnęły w końcu dna. W moją pielęgnację mogła zatem wkroczyć wiosna. Mam nadzieję, że z przyjemnością zapoznacie się z moją opinią o poniższych kosmetykach.



Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!
Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!

1) Żel pod prysznic Fa Fuji Dream

Nigdy wcześniej nie pałałam jakąś nadmierną sympatią do marki Fa i jej żelów pod prysznic. Jednak od jakiegoś czasu często pojawiają się one w mojej łazience. Kolejną butelką, po która sięgnęłam, jest seria Fuji Dream. To opakowanie przywodzące na myśl lato zawiera produkt o zapachu arbuza i ylang ylang, który pachniał bardzo przyjemnie. W działaniu żele Fa również spełniają swoje zadanie. Dobrze się pienią i myją ciało, a przy tym są wystarczająco wydajne. Dla mnie same plusy.

Produkt nie zawiera olejów mineralnych i jest neutralny dla skóry.



2) Szampon normalizujący Pharmaceris H-Sebopurin

Jest to jeden z lepszych szamponów, po które sięgałam. Idealnie wpasowuje się on w potrzeby mojej skóry głowy. Przeznaczony jest także do włosów szybko przetłuszczających się. Kosmetyk miał dość specyficzny zapach, do którego można się jednak przyzwyczaić. Jego działanie było bardzo zadowalające. Dobrze domywał włosy i pozostawiał je na dłużej świeże. Skóra głowy była z jego pomocą poprawnie oczyszczona i nie powodował on łupieżu. Nie zmagałam się także z żadnymi podrażnieniami. Minusem może być dla kogoś jego wyższa cena, lecz przy tak dobrym działaniu warto się skusić.

Produkt hipoalergiczny. Nie zawiera SLS, SLES i parabenów.



3) Szampon przeciwłupieżowy Head&Shoulders

Po szampon Head&Shoulders sięgam od wielu, wielu lat. Jest to taki standard, który zawsze dobrze się sprawdza. Wiem, że nie wszyscy są zadowoleni z jego używania, więc trzeba po prostu wypróbować go na sobie i wyrobić własną opinię. Na moją skórę głowy działa on bardzo dobrze. Widocznie redukuje łupież i nie powoduje jego nawrotów. Przy tym włosy wyglądają na wypielęgnowane, nie są przesuszone. Wersję z cytryną uwielbiam za odświeżający zapach i odprężające uczycie podczas mycia. Na plus działa również fakt, że marka zaczęła produkować butelki nadające się do recyklingu.



4) Pianka zwiększająca objętość L'oreal Studioline Volum'Max

Przy tym produkcie powinnam wręcz wykrzyczał „w końcu!”. Ile to lat ta pianka spędziła na mojej łazienkowej szafce! I to wcale nie ze względu na to, że była zła. Wręcz przeciwnie. Uważam ją za wyjątkowo dobry kosmetyk, jednak opornie szło mi jej zużywanie. Stylizacja włosów to zdecydowanie nie mój konik. Przejdźmy jednak do samej pianki. Miała ona „fryzjerski” zapach, a butelka wzbogacona została w specjalny dozownik, który działał bez zarzutu. Wydobywał on kosmetyk w formie elastycznej, gęstej pianki, która już na dłoni powiększała się. Przy kontakcie z wilgotnymi włosami szybko się wchłaniała. Włosy stawały się po jej użyciu bardziej lekkie, uniesione od nasady. Idealnie powiększały swoją objętość. Jeśli ktoś lubi bawić się takimi kosmetykami, to serdecznie polecam.



5) Balsam regenerujący do włosów Seboradin

Balsam regenerujący od Seboradin nieco mnie zmęczył. Czekałam tylko aż się skończy. W rzeczywistości chciałam szampon tej marki, lecz został mi podarowany ten produkt. W założeniu jest to kosmetyk przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych. Być może dlatego nie widziałam na moich włosach żadnych efektów jego działania. Do tego sama butelka doprowadzała mnie do szaleństwa. Była twarda i z trudnością można było ją ścisnąć, by wydobyć produkt. Nakrętka również kiepsko się sprawdzała. Najczęściej pozbywam się jej zupełnie i wylewałam substancję prosto na rękę. Nie zdecydowałabym się na niego ponownie.



6) Mydło w płynie Yope Figowe

Również do mnie dotarła moda na te mydełka. Postanowiłam kupić jedno opakowanie na wypróbowanie. Miałam nadzieję uzyskać odpowiedź na pytanie, co takiego widzą w nim ludzie (powinnam napisać kobiety?), że tak je zachwalają. Ku nieuciesze mojego męża (cena za zwykłe mydło? Dość oporowa) wystawiłam je w łazience i zaczęłam używać. Faktem niezaprzeczalnym jest, że starczyło ono na bardzo długo. Używałam go jednak samotnie, gdyż mojemu mężowi zupełnie nie podpasowało. Zarówno zapach podpadający pod ziołowy, jak i konsystencja (jak on to stwierdził „śliska”) nie wzbudziły jego sympatii. Dla mnie był to dość zwyczajny produkt. Nie zauważyłam jakiś nadmiernych korzyści z jego używania, poza standardowym myciem. Nie zabijał też mocnych zapachów (np. ryby). Wysoka cena za pozbycie się ze składu określanych przez wszystkich „świństw”. Czy skuszę się ponownie? Nie wiem.

Produkt nie zawiera SLS, SLES, PEG, silikonów i parabenów.



7) Kremowe mydło w płynie Wel! Cherry Blossom

Inwestując w końcu w dozownik do mydła, skończyłam z kupowaniem osobnych butelek tego produktu i przeszłam na opakowania uzupełniające, co o wiele lepiej się u mnie sprawdza. Pierwsze półlitrowe mydło pochodziło od marki Wel! Dostępnej w znanym szwajcarskim markecie. Miało ono przyjemną, kremową konsystencję i spełniało poprawnie swoje działanie. Cieszyło również swoim kwiatowym zapachem (kwiat wiśni). W moim odczuciu mydło ma myć i ten produkt wykonał swoje działanie z nawiązką.



8) Maska w płachcie Berrisom Animal Mask Vitamin C + Arbutin

Ostatnio skusiłam się na zakup zestawu masek-zwierząt tej koreańskiej marki. Na pierwszy ogień poszła maseczka z wizerunkiem barana. Sama płachta nie była idealnie dopasowana do mojej twarzy, przez co częściowo pokrywała pewne miejsca, w innych odstawało sporo materiału. Całość nasączona była dość mocno esencją z witaminą C. Po ściągnięciu płachty widoczny był delikatny efekt odżywienia. Twarz była nieco jaśniejsza i wyglądała dobrze, lecz nie był to jakiś nadzwyczajny efekt. Po prostu poprawny produkt.



9) Maska na usta Sugu Beauty Hydrating Gel Lip Mask

Kolejną przygodę z koreańskim kosmetykiem zaliczyłam podczas kontaktu z maseczką na usta. Byłam niezwykle ciekawa tego specyfiku, bo nigdy jeszcze nie używałam takiej maski. Bardzo szybko zostałam jednak sprowadzona na Ziemię. Silikonowa nakładka nie trzymała się zupełnie ust. Nie dało się jej przykleić, więc musiałam trzymać ją obiema rękami, by w ogóle dotykała ust. Sam proces jej aplikacji był więc bardzo nieprzyjemny. Po jej ściągnięciu zniknęły suche skórki z ust, skóra wokół wyglądała na nawilżoną. Co jednak z tego, gdy po kilku minutach efekt powrócił do pierwotnego stanu sprzed użycia. Niestety w tym przypadku muszę odradzić jej zakup.



10) Gąbka do podkładu Beauty Fashion

Z góry przepraszam za pokazywanie brudnej gąbki, ale czy ktoś myje takie akcesoria przed wyrzuceniem? Szczerze wątpię. Wraz z kupieniem tej gąbki trafiłam na mojego ulubieńca w bardzo przyzwoitej cenie. Gąbeczka ta miała bardzo fajny kształt i uwielbiałam nakładać nią podkład. Węższa część idealnie nadawała się do rozprowadzania korektora i na okolice wokół oczu. Gąbka z łatwością napełniała się wodą i powiększała swoją objętość. Przy tym nie wpijała ani kropli podkładu. Nakładanie nią produktu było wręcz przyjemnością. Cena jak na produkt tego typu jest zadowalająca (7.90 fr). Pozbywam się jej z powodu standardowego zużycia, lecz już zaopatrzyłam się w kolejną.



11) Perfumy Pull&Bear Paris

Od czasu do czasu sięgam w stronę tych perfum, bo bardzo podoba mi się ich zapach, a przy tym są fajne do używania w torebce. Niestety firma ta popełniła straszny błąd, który absolutnie mnie do nich zraził. Jest nim sam flakon, który zyskał drewnianą nakrętkę (a przez to większą cenę). Niestety ta część zupełnie nie nadaje się do zamykania buteleczki i po kilku pociągnięciach przestaje ją domykać. Poprzednie opakowanie zbiłam właśnie przez złapanie za nakrętkę. Temu nic się nie stało, lecz niesmak związany z tą zmianą designu pozostał i nie wiem, czy chce mi się kupować produkt, na który muszę uważać bardziej niż na jajko kręcące się na stole.


-> Próbka perfum Trussardi


12) Maskara Covergirl Last Blash Volume

Po tę maskarę zdarza mi się często sięgać. Kolejne opakowanie zużyłam w dość szybkim tempie. Jeśli miałabym ją opisać, to daje ona bardzo naturalny rezultat. Nie oczekiwałabym po niej efektu sztucznych rzęs drag queen. W związku z tym, że nie należę do osób, które mocno się malują i nie oczekuję wyrazistego make-upu, dla mnie jest to efekt wystarczający. Lubię to naturalne wykończenie makijażu oka i chętnie powracam.



13-14) Płatki kosmetyczne Elkos Duo-Pads i Maxi-Pads



15) Pasta do zębów Elmex Sensitive Plus



16) Antyperspirant w sprayu Nivea Men Protect & Care

Mój mąż skusił się na użycie innego rodzaju antyperspirantu od Nivea, lecz nadal jest on wierny swojemu ulubieńcowi. W innych produktach zawsze znajdzie jakieś „ale”.

-> Suplementy diety: Skrzyp polny, Multiwitamina, Calcium + Vit. D



-> Próbka kremu Nivea Care



Marcowe Denko powróciło do swoich standardowych rozmiarów. Zużycie kilku kosmetyków doprowadziło do zmian w pielęgnacji. Żel pod prysznic z Fa zamieniłam na pierwszy z testowanych kosmetyków Elkos o zapachu mango i ananasa. Do mycia włosów służy mi obecnie szampon kofeinowy Alpecin. W kwestii ich pielęgnacji z kolei w ruch poszła maska Garniera z granatem oraz odżywka w sprayu Gliss Kur, która zadziwiająco dobrze się sprawdza. Tak jak wspominałam gąbeczkę wymieniłam na ten sam nowy produkt, a maskarę zamieniłam na znany kosmetyk Maybelline. Kwota wydana na kosmetyki w marcu wynosi 274, 83 zł.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Instagramowy Mix Zdjęć - marzec 2019

W marcu jak w garncu – mówi znane przysłowie. Idealnie w ten sposób opisać mogę ten miniony miesiąc. I to nie tylko pod względem pogody, która panowała w moim regionie. Przez pierwszą połowę marca nie dało się wręcz wyjść z domu. Problemem były zarówno ulewy trwające przez całą dobę, jak i silne wiatry. Końcówka miesiąca przyniosła z kolei prawdziwie wiosenne temperatury i pozytywne nastawienie do życia. Pod tym ostatnim kątem marzec był także zróżnicowany. Mój nastrój zmieniał się podobnie jak pogoda za oknem. W końcu jednak weszła we mnie taka energia, dzięki której mogłam góry przenosić.

Miesiąc na blogu był dość tradycyjny. Ponownie udało mi się opublikować 9 wpisów, co było niemałym wyczynem. W marcu moim zdecydowanym przeciwnikiem był czas. Najchętniej przeglądanym postem, przygotowanym przeze mnie w ciągu ostatnich 30 dni, był przepis na makowy kwiat, który wygląda niezwykle pięknie (LINK). W ogólnej statystyce czytelnicy powracali często do wcześniejszych wpisów, wśród nich znalazło się 10 miejsc, które należy zobaczyć w Szwajcarii (LINK). Ten post nawet mnie zainspirował do poczynienia pewnych kroków i myślę, że w tym roku będę mogła się pochwalić moimi poczynaniami. Oczywiście zmuszona byłam do przejścia z profilu Google+ na tradycyjne konto Bloggera i z niepokojem spoglądam w stronę pierwszego z nich i konsekwencji zamknięcia tej opcji. 

W ostatnim czasie jestem częstym gościem miasteczka Baden, które ma bardzo ładną starówkę. Po załatwieniu naglących spraw znalazłam czas na spacer w tak uroczej okolicy.













Brak czasu odbija się w moim życiu w różnych aspektach. Jednym z nich jest na pewno czytanie. Zdecydowanie rzadko sięgam w kierunku książek. Rozpoczęłam lekturkę wspomnień szoferki arabskiej rodziny królewskiej. Jej czytanie idzie mi jednak dość opornie. Chyba oczekiwałam czegoś innego.


Jedną z moich ulubionych wersji ciasta z jabłkami jest jabłecznik sypany. Szybki w wykonaniu i mało skomplikowany, a pyszny. Nie mając jednak jabłek w kuchni, a widząc ukryte w szafce gruszki w syropie, postanowiłam podmienić ten główny składnik. Tym samym powstał sypany … grusznik (?).


Kinowe detale: stojące M&M'sy z przekąskami przed wejściem na salę.


Od początku roku w mojej pielęgnacji pojawiają się kosmetyki marki Kiehl's, która testuję. Na zdjęciu pojawiło się kilka produktów, które już wykorzystałam. Wiem, że wiele z Was czeka na ich test na blogu. Mogę obiecać, że w kwietniu pojawi się na 100%!


Co może bardziej poprawić humor niż domowe drożdżoweczki? W Szwajcarii zdecydowanie brakuję mi wyboru w tej kategorii, dlatego w wolnej chwili przygotowuję je samodzielnie. Drożdżowe bułeczki w mojej wersji zawierały budyń śmietankowy (także przygotowany własnoręcznie) i odrobinę dżemu z kruszonką. Na zdjęciu widzicie wersję z dżemem morelowym. Drożdżówki z dżemem malinowym nie przetrwały 15 minut.


















Projekt Denko z lutego było najmniejszym w historii zamieszczania tego typu wpisów na blogu – LINK.


Wakacyjne wspomnienia: uroczy zakątek w pobliżu portu przy Jeziorze Zuryskim. Środek największej metropolii w Szwajcarii, który napawa spokojem i harmonią.


Ciekawym pomysłem na danie obiadowe jest faszerowana papryka. W środku znalazł się ryż, mięso mielone, pieczarki oraz ser. Kompletne danie w małym formacie.


Wygrzebany widoczek z Neuchatel. Wspomnienia sprzed roku.


Brak czasu – z tym głównie kojarzyć będzie mi się marzec!


Świeże pieczywko to podstawa w mojej kuchni. W końcu odkryłam przepis na idealne kajzerki, które same w sobie smakują nieziemsko.


















Absolutnym zaskoczeniem była dla mnie paczuszka od Vichy, która zawierała najnowszy produkt z serii Normaderm. Należę do klubu tej marki, stąd zaproszenie do testu. Od wielu miesięcy nie otrzymałam żadnego kosmetyku, a moja podstawowa pielęgnacja opierała się o sprawdzone produkty. Tym bardziej cieszyłam się z zobaczenia nowości Vichy i z chęcią będę jej używać. 


Lindtowe cukierki to ten rodzaj słodkości, który mogłabym jeść na okrągło. Gdybym miała wybrać jedną słodycz, po którą miałabym sięgać w ciągu całego mojego życia, to bez wątpienia wskazałabym je.


Marzec w końcu przyniósł prawdziwie wiosenną aurę i mogłam podziwiać piękne kolory na niebie podczas zachodu słońca.


A co powiecie na jabłkowy chlebek z cynamonem? Dla mnie była to kolejna nietypowa potrawa, która trafiła na stół. Oryginalny smak i wygląd.


W marcu dopadło mnie również pierwsze przeziębienie w tym roku. Całe szczęście jednak wszystkie objawy minęły po dwóch dniach, a we mnie wstąpiła nowa energia i pozytywny nastawienie.


Uwielbiam przemycać szwajcarskie smaki na mój Instagram. Tym razem była to słodka przekąska o nazwie Ragusa w wersji karmelowej Blond. Pycha!














A jak przebiegał Wasz marzec?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...