piątek, 16 listopada 2018

Park Seleger Moor, czyli czy warto zapłacić za kontakt z naturą?

Nasze lato było pełne wyjazdów i praktycznie bez odpoczynku. Co chwilę gdzieś wyjeżdżaliśmy i cieszyliśmy się wyjątkowo piękną pogodą. Jednym z miejsc, które zobaczyliśmy był Park Seleger Moor, który jest chętnie odwiedzanym miejscem w naszej okolicy. Nam jednak wydał się on dość kontrowersyjny. Dlaczego?

Zachęcam do zapoznania się z postem!


Park Seleger Moor znajduje się w miejscowości Rifferswil w kantonie Zürich. Jego historia sięga roku 1953, gdy pochodzący z Adliswil Robert Seleger stworzył na terenie największego w okolicy torfowiska ogród. W 1978 r. założono fundację i wtedy też ogród został udostępniony do publicznego zwiedzania.



Same początki nie były jednak proste. Okazało się, że pierwsze rododendrony nie były odporne na warunki, które panowały w tym regionie i większość roślin nie przetrwała zimy. Właściciel rozpoczął zatem swe poszukiwania i sprowadził rośliny z najdalszych zakątków świata, by odnaleźć te, które przystosują się do tego klimatu. Dodatkowo krzyżował on je między sobą i ostatecznie stworzył nowe gatunki roślin, których nie tylko nie można spotkać nigdzie indziej, ale również mają inne właściwości: między innymi są bardziej trwałe na zimno. Ogólna powierzchnia parku zajmuje obecnie 120 tys. m2.



 Sezon trwa od 1. kwietnia do 31. października

Godziny otwarcia:
od poniedziałku do niedzieli: 8 – 18

Bilety wstępu:
dorośli: 15 fr
młodzież od 16 lat: 10 fr
dzieci i młodzież (do 15 lat): gratis
psy: gratis



W parku stworzono 3-kilometrowy odcinek drogi dostosowany do przejazdu osób na wózkach inwalidzkich.

Przy parku znajduje się parking na kilka aut. Jest on dodatkowo płatny (4 fr).

Cyklicznie organizowane są w parku różne wydarzenia kulturowe i wycieczki powiązane z oprowadzaniem. Pojawiają się także wystawy czasowe. W tym roku można było zobaczyć wystawę kryształów. 

Od razu po wejściu napotkać można mnóstwo małych domków z przedmiotami do zakupu.







Alejki są oznaczone drewnianymi znakami. Przy wejściu otrzymuje się również mapkę, więc nie sposób się zgubić.





To miejsce oferuje również sprzedaż kwiatów, krzaków i drzew, co śmiało można przyrównać do szkółki leśnej. Pani z kasy mocno zachęcała nas byśmy przeszli się drogą, z której będziemy mieć widok na Alpy. Jednak w rzeczywistości nie było tam co podziwiać, a to polecenie wiązało się chyba tylko z ustawionymi po drodze roślinami na sprzedaż.




Rocznie Park Seleger Moor odwiedzany jest przez ponad 40 tys. osób, a nie zapominajmy, że wstęp do niego nie jest możliwy w okresie zimowym. Nie tylko mieszkańcy Szwajcarii, ale także turyści zwiedzają chętnie parkowe ścieżki i podziwiają tysiące rododendronów i azalii we wszystkich kolorach.

Najważniejszymi zasadami parku są: pozostawienie wolnej woli naturze i nie ingerowanie w nią oraz utrzymanie pierwotnego charakteru tamtejszego terenu.





W centralnym punkcie parku znajduje się staw, na którym ustawiono mały domek. Tafla wody pokryta była mnóstwem lilii wodnych. Pod nimi dostrzec można było ogromne złote rybki, a w powietrzu unosił się rechot żab.








Ponad stawem przebiega biały mostek, który nosi imię Karina.




W Seleger Moor dominującymi gatunkami roślin są wspominane już rododendrony i azalie. Ich rozkwit przypada na maj. Właśnie wtedy najwięcej osób zjawia się, by je podziwiać. Atrakcją parku są również piwonie, których krzewy sięgają nawet 2 metrów wysokości.



W tym miejscu spotkać można największy zbiór paproci w Szwajcarii. W parku rosną zarówno paprocie standardowej wielkości, jak i miniaturki czy paprocie drzewiaste.




Największą dumą parku są z kolei lilie wodne. Strumienie biegnące wzdłuż parku zamieniają się w aleje stawów, które zadziwiają swą różnorodnością flory i fauny. 






Taka różnorodność roślin oferuje schronienie i pożywienie dla wielu mniejszych i większych gatunków zwierząt i owadów. Na drzewach dostrzec można wiewiórki, w stawach skaczące żaby. Warto spoglądać pod nogi, by wypatrzeć jaszczurki, jeże czy krety. W powietrzu latają owady, wśród których dominują pszczoły i ważki. Przy odrobinie szczęścia można ponoć spotkać zające, sarny oraz jelenie.



Aleja z drzewami była pełna miejsc, które idealnie pasowały do obserwacji ptaków. Dostępne były tam także lunety, które umożliwiały zaglądniecie w korony drzew. Miejsce to odznaczone zostało przez Szwajcarskie Stowarzyszenie Ornitologów (VSV), które zajmuje się klasyfikacją zagrożonych gatunków ptaków, które zamieszkują ten teren.





Nie jestem ogromnym znawcą roślin, więc nie zamierzam tu przytaczać nazw, by nie strzelić gafy. Jednak miniaturowe iglaki wydały mi się przeurocze.



Osobiście zachwycił mnie również widok tego puchowo-liściastego dywanu nad ziemią.




























Pośród liści dostrzec można było nie tylko kwiaty, ale także owoce.









Ścieżki pomiędzy alejkami były momentami szerokie niczym autostrady pomiędzy zielonymi pasmami. Innym razem trzeba było przeciskać się przez dzikie chaszcze.




Jedna z alejek o nazwie Feenwald prezentuje drewniane rzeźby artystyczne.





Miejsce, gdzie można wyżyć się, układając stosiki kamyków :)





Zwróćcie uwagę, że zamiast brzydkich koszy na śmieci w wielu miejscach porozkładane zostały wiklinowe kosze.


Gdzieniegdzie widać było jeszcze ślady po wielkiej burzy, która przyszła do Szwajcarii wraz z początkiem roku. 



























To miejsce odwiedziliśmy w czerwcu tego roku, gdy naszła nas ochota na spacer wśród zieleni. Niestety nie mogłam tam zaspokoić mojej chęci fotografowania ze względu na ostre promienie słoneczne, ale przynajmniej zażyliśmy odrobinę odpoczynku. W okolicy, w której mieszkam, najbardziej brakuje mi właśnie takich zielonych skwerków. Na próżno szukać tu parku czy alejki, gdzie wśród szumu wiatru i śpiewu ptaków można usiąść z książką na ławce.





O ile cieszę się, że takie miejsca jak ten park istnieją, to jednocześnie wydaje mi się dość kontrowersyjna kwestia płacenia za spacer pośród zieleni. Wejście (nawet jak na szwajcarskie standardy) jest kosztowne, a na terenie parku nie spotkamy jakiś zadziwiających atrakcji. Czy zatem opłaca się wyskrobać taką kwotę za kontakt z naturą?



























Z jednej strony utrzymanie tak dużego terenu powinno być kosztowne. Z drugiej jednak: jeśli głównym założeniem jest pozostawienie naturze wolnej ręki i nieingerowanie w nią, to czy faktycznie pierwszy argument ma rację bytu? Przykro było patrzeć chociażby na nieuprzątnięte miejsca po burzy. 15 franków to cena, za którą można wejść do niektórych zamków czy muzeów. Poza tym miejsce to z pewnością mogłoby utrzymać się ze sprzedaży roślin, których ceny są równie … ciekawe.



























Waszej opinii pozostawiam zatem, czy za wejście do takiego rodzaju atrakcji powinno pobierać się opłatę. Czy cena biletu wstępu jest dla Was przesadą? Dla mnie przesadą jest rozkładanie po całym parku kolejnych miejsc „zrzutek pieniędzy” na sponsorowanie nie wiadomo czego. Spacerując po alejkach zastanawialiśmy się z mężem, czy właśnie nie do tego dąży świat. Wycinki lasów, niszczenie parków pod budowę autostrady. My już mieszkamy w okolicy, gdzie nie sposób wyjść do parku. Być może za kilkadziesiąt lat ludzie będą płacić krocie, by zobaczyć rośliny w naturalnym środowisku i powdychać świeże powietrze?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...