sobota, 14 października 2017

Z pamiętnika #3 - Historia mojej choroby

Dzisiejszy wpis jest dla mnie bardzo osobisty. Chyba nigdy jeszcze się tutaj aż tak nie otworzyłam. Jest niewiele osób, które wiedzą o tym, że zmagam się z chorobą. Nigdy nie był to dla mnie temat do rozmowy i mimo że ta przypadłość jest coraz bardziej znana, to nadal mam w głowie pytania szkolnych kolegów: „Czy to co masz na twarzy, jest zaraźliwe?”...

Jeśli tylko masz chwilę, wysłuchaj proszę mojej opowieści.

Moje problemy rozpoczęły się z dnia na dzień. Uczęszczałam wtedy do gimnazjum i pewnego dnia obudziłam się z dziwną wysypką na twarzy w okolicy nosa. W tamtym czasie byłam okropną alergiczką i alergizowało mnie dosłownie wszystko. Z tego też powodu nie przejęłam się tak bardzo. „Samo się pojawiło, samo zniknie” - myślałam. Faktycznie następnego dnia wszystkie objawy ustąpiły. Powód do zmartwień pojawił się ponownie po tygodniu. Zaczerwienienie na twarzy pojawiało się i znikało, a ja zaczęłam wiązać te symptomy z kosmetykami, których używałam, następnie z jedzeniem. Z moich obserwacji wynikało, że po spożyciu niektórych produktów spożywczych moja twarz wygląda zdecydowanie gorzej, co dodatkowo utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest to reakcja alergiczna.


Przestałam jeść wiele produktów, w tym chociażby Bogu ducha winne pomidory, unikałam musztardy i innych ostrych przypraw. Używanie kosmetyków ograniczyłam do absolutnego minimum, kończąc ostatecznie na stosowaniu jedynie szarego mydła. Mimo to od czasu do czasu w różnych sytuacjach pojawiało się u mnie zaczerwienienie, które oprócz okolic nosa zajęło również całe policzki. Początkowo wyglądało to jak gdybym była wiecznie zawstydzona. Z czasem jednak było coraz gorzej, a pojawiający się rumień przypominał paskudne liszaje.

Bywały lepsze i gorsze dni. Mając przed sobą ważny dzień, oczywiście starałam się zamaskować te zmiany przykrywając je pudrem, co również nie za dobrze służyło mojej skórze. Chyba najgorszy etap rozpoczął się w liceum. Sama zmiana szkoły i sposób, w jaki to się odbyło (szkoła nieźle namieszała z moimi papierami i było realne zagrożenie, że nie dostanę się do żadnego liceum) przysporzyło mi sporo stresu. W dodatku jako jedyna z „paczki znajomych” dostałam się do tej szkoły, więc w klasie nie znałam absolutnie nikogo. Z natury jestem skrytą i nieśmiałą osobą, a mój wygląd już wtedy przysparzał mi mnóstwo kompleksów. Skutek był okropny: już kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego pojawiło się moje znienawidzone zaczerwienienie na twarzy, które sięgało od płatków nosa do kości jarzmowych na kącikach ust kończąc. Byłam załamana. Moja twarz jeszcze nigdy nie wyglądała tak źle, a jako nastolatka chciałam oczywiście pokazać się nowym znajomym z jak najlepszej strony.

























Przez pierwsze tygodnie szkoły moje „plamy” nie ustępowały, a ja coraz bardziej skrywałam się w sobie. Moje życie towarzyskie praktycznie nie istniało. W końcu postanowiłam wybrać się do lekarza pierwszego kontaktu. Pech chciał, że akurat w dniu wizyty wszystkie objawy zniknęły – podczas późniejszego maratonu po lekarzach sytuacja ta nagminnie się powtarzała. Nie mogłam zatem „pokazać” mojego problemu, a jedynie o nim opowiedzieć. Usłyszałam wtedy, że to tylko jedna z postaci trądziku i otrzymałam alkoholowy płyn do przecierania twarzy. Jaki był tego efekt? Myślałam, że umrę od pieczenia, które spowodował u mnie ten „lek”. Szybko go odrzuciłam i rozpoczęłam serie wizyt u państwowych lekarzy-dermatologów.

Terminy wizyt były od siebie oddalone czasem nawet miesiącami, ale po kilku z nich (u różnych specjalistów) wiedziałam, że nikt mi nie pomoże. Diagnozy, które usłyszałam to: ponownie trądzik, alergia, „taka moja uroda”. Zdarzyła się nawet opinia: „Nie wiem”. 
























Objawy zdążyły przez ten czas bardzo się pogorszyć. Zaczęły obejmować całe policzki. Były one krwiście zaczerwienione, potwornie piekły i swędziały. Zdarzały się dni, gdy nie mogłam się wytrzymać, żeby się nie podrapać. Te „stany”, występujące najczęściej wieczorami, były najgorsze. Starałam się robić dosłownie wszystko, by pozbyć się swędzenia i nie drapać twarzy, łącznie z wiązaniem rąk! W nocy jednak nie kontrolowałam moich bezwarunkowych odruchów i budziłam się z otwartymi ranami na twarzy, z których sączyła się krew...

Widok był tak paskudny, jak tylko możecie sobie wyobrazić. A może nawet gorszy... Na mój stan psychiczny wpłynęło to jeszcze gorzej. Poznawanie nowych ludzi było dla mnie prawdziwą tragedią. Miałam wrażenie, że patrząc na mnie, każdy zauważa mój problem. Z biegiem czasu i pogarszającymi się objawami stawałam się coraz bardziej zamknięta w sobie. Mało wychodziłam. W szkole nawet podczas odpowiedzi ustnych nie skupiałam się na dobrym wypadnięciu przed nauczycielem. Martwiłam się tylko tym, że wszyscy na mnie patrzą. Znienawidziłam moje odbicie w lustrze i starałam się w ogóle w nie nie patrzeć. Przechodząc obok luster, zasłaniałam twarz ręką. Nie wspominając nawet o zdjęciach, których nie pozwalałam sobie robić. Podczas uroczystości, gdy musiałam stanąć przed obiektywem, zawsze wybierałam miejsce z tyłu, by nikt nie musiał mnie oglądać. Tylko ja wiem, ile razy zamykałam się w łazience i płakałam nad tym, jak wyglądam. Na moje nieszczęście łzy powodowały jeszcze bardziej zaognione plamy, więc płakałam jeszcze bardziej.

Pewnego dnia, gdy było już bardzo źle, moja mama postanowiła zapisać mnie do poleconego jej lekarza prywatnego. Czekałam na tę wizytę jak na zbawienie. Podczas wywiadu lekarskiego opowiedziałam wszystko, co zauważyłam na przestrzeni 6 lat zmagania się z tym paskudztwem. Nie obyło się oczywiście bez emocji. Pani Doktor jedynie uśmiechnęła się z politowaniem i powiedziała, że gdy tylko weszłam, gołym okiem widać było, co mi dolega. Po dokładnym obejrzeniu moich symptomów w powiększeniu nastąpiła diagnoza: Łojotokowe Zapalenie Skóry (ŁZS). W pewnym sensie nieco mi ulżyło, bo przynajmniej wiedziałam, co mi jest. Specjalistą w tej dziedzinie nie jestem, lecz chciałabym krótko wyjaśnić Wam, na czym polega ta choroba.

ŁZS to choroba skóry, która objawia się widocznym zaczerwienieniem na twarzy, które umiejscowione jest na policzkach, w dużej mierze wokół nosa, tworząc kształt motyla. Istnieją różne stadia choroby, które wiążą się również z intensywnością zaczerwienienia i miejscami występowania (choroba objąć może również skórę głowy, plecy, dekolt, uszy itp.). Owy stan zapalny charakteryzuje się także nadmiernym złuszczaniem naskórka. Choroba ta nie jest uleczalna. Jej objawy można jedynie zaleczyć i wprowadzić schorzenie w stan uśpienia. W każdym momencie może jednak nastąpić nawrót. 


Spytacie o przyczyny? Sama wielokrotnie pytałam, dlaczego akurat mnie to spotkało. Odpowiedź nie będzie satysfakcjonująca. Nie wiadomo, dlaczego właściwie się ona pojawia u pewnej grupy osób. Istnieją różne teorie: jedni twierdza, że odpowiedzialna jest za to wzmożona aktywności gruczołów łojowych, inni – nieprawidłowy skład łoju, a nawet zaburzenia układu odpornościowego. Może być to także wina drożdżaków – baterii, które wchodzą w skład naturalnej flory bakteryjnej zdrowego człowieka. U osób chorych wywołują one jednak tak okropne rumienie. Na spotkaniu z lekarzem zostałam poinformowana, jakie czynniki wzmagają objawy choroby. Zaliczają się do nich: nieprawidłowa dieta, palenie papierosów, alkohol, nadmierne eksponowanie twarzy na działanie promieni słonecznych, zanieczyszczenie środowiska i przede wszystkim stres, którego przecież nie jesteśmy w stanie wyeliminować.





















Gdy usłyszałam, że postać mojej choroby nie jest jeszcze najgorsza, a mój przypadek został zakwalifikowany jako lekki, prawie spadłam z krzesła. Została mi wyjaśniona dokładna procedura leczenia choroby. Miałam do wyboru leczenie tańsze i droższe. Pierwsza z przepisanych mi maści kosztowała zaledwie 10 zł (nazwy niestety nie pamiętam), ale zostałam uprzedzona, że może ona nie przynieść żadnego rezultatu. Mimo wszystko postanowiłam spróbować. Faktycznie, nie zadziałała. Drugi lek okazał się być moim wybawieniem. Zaczęłam używać maści Protopic 0,1% według zaleceń lekarki: odrobinę maści (wielkości grochu) rozsmarowywałam w chore miejsca na twarzy. Dodatkowo przyjmowałam kwasy Omega 3 i probiotyki. Już po tygodniu widziałam pierwsze efekty, a po miesiącu moja twarz wyglądała, jak gdyby nigdy nic mi nie dolegało.


Tak, jak wspominałam, tej choroby nie da się wyleczyć, więc od tamtej pory, już kilka razy zdarzył mi się jej nawrot. Objawy nie były jednak bardzo widoczne, a potraktowane odpowiednio szybko wymienioną maścią natychmiast znikały. Może wydać się to śmieszne, ale w walce z ŁZS najbardziej chyba pomogła mi przeprowadzka do Szwajcarii, gdzie prawie w ogóle nie występują u mnie żadne symptomy. Powracają one jednak, gdy bywam w Polsce i używam zwykłej wody z kranu czy jem lokalne jedzenie.

Póki co jestem w fazie uśpienia. Rumienie nie występują u mnie. Jedyny problem, jaki mam to nawracający łupież, który jest skutkiem występowania tej choroby na skórze głowy. Sytuacja na twarzy poprawiła się na tyle, że mogę używać większości kosmetyków, a moja skóra znosi je tak samo jak skóra zdrowego człowieka. I mam nadzieję, że tak pozostanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...