wtorek, 26 lutego 2019

Coś pysznego #54 - Gruszki w cieście

W moich planach na ten rok zamieściłam punkt o lepszym poznaniu kuchni szwajcarskiej. Jak wiecie uwielbiam piec, a zeszłoroczny projekt dotyczący wykonania 50 nowych przepisów zainspirował mnie do dalszych poczynań w tym kierunku. Do tej pory korzystałam w większości z polskich przepisów, nawet nie patrząc co mają do zaoferowania zagraniczne strony. Postanowiłam jednak zmienić moje nastawienie i otworzyć się na kuchnię szwajcarską. Jednym z pierwszych przepisów, który podbił moje serce był Einback (LINK) – rodzaj pysznego pieczywa śniadaniowego. Dziś chciałabym podzielić się kolejnym hitem, który odnalazłam na stronie Migusto. Kilkukrotnie wspominałam już, że w Szwajcarii nie mogę dostać dobrych gruszek. W większości są one twarde, kwaśne i nadają się jedynie do kompotu. W sezonie zimowym na rynku pojawiają się jednak owoce rodzaju Harrow Sweat, którym bliżej do naszych polskich gruszek. Był to zatem najlepszy czas na przygotowanie gruszek w cieście.

Gruszki w cieście


Składniki:

80 g ciastek/herbatników
150 g masła
100 g cukru
szczypta soli
4 jajka
220 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 gruszki (około 600 g)
połowa cytryny



Wykonanie:

Ciasteczka lub herbatniki rozdrobnić za pomocą blendera (do konsystencji piasku).

Tortownicę o średnicy 24 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Brzegi posmarować masłem. Na dno formy wysypać trochę przygotowanych ciastek.

Masło zmiksować z cukrem i szczyptą soli na puch. Jajka dodawać jedno po drugim i dalej miksować.

Pozostałe ciastka wymieszać z mąką i proszkiem do pieczenia i dodać do masy.

Ciasto przełożyć do przygotowanej formy. Piec w temperaturze 180 stopni przez 10 minut.



W tym czasie przygotować gruszki: pokroić na ćwiartki (lub cieniej wedle uznania), usunąć gniazda nasienne.

Wycisnąć sok z połowy cytryny i polać nim gruszki.

Ciasto wyjąć z piekarnika i włożyć do niego gruszki (szerszą częścią ku dołowi).

Piec jeszcze przez 60 minut w tej samej temperaturze.

piątek, 22 lutego 2019

Jedz, pij, żuj #14 - Ricola

Ostatnio zauważyłam, że Szwajcaria jest bardzo pomijanym krajem na mapie Europy, a produkty, które wywodzą się z tego kraju często wrzucane są do jednego worka o nazwie „Jakieś niemieckie”. Nie chcę się uważać za krzewiciela kultury szwajcarskiej wśród Polaków, ale jednocześnie czuję się w takich sytuacjach zobowiązana do wyjaśnienia sytuacji. Tak było między innymi z marka Ricola, której korzenie ściśle związane są ze szwajcarską ziemią, mimo że jej produkty sprzedawane są w wielu miejscach na świecie. Dzisiaj chciałabym przybliżyć Wam tę markę.



Ricola to szwajcarska marka, która głównie znana jest ze swych ziołowych produktów. Jej historia rozpoczęła się w roku 1930, kiedy to cukiernia Richterich skupiła się na tworzeniu jednego rodzaju produktów, specjalizując się w ich wykonaniu. Po latach firmę tę można śmiało nazwać jednym ze szwajcarskich symboli, a jej wyroby trafiają do klientów z 50 krajów na całym świecie.

Ricola to rodzinna firma, która znajduje się w rękach rodu Richterich od 3 pokoleń. Obecnie zatrudnia ona blisko 400 pracowników, a produkty przynoszą jej 300 milionów zysku rocznie. Składniki do produkcji wyrobów sprzedawanych pod nazwą Ricola pochodzą ze specjalnych gospodarstw górskich. Dostarczają one co roku 1400 ton ziół, z których tworzy się chociażby najbardziej znany produkt: szwajcarskie ziołowe cukierki. Obszary uprawne znajdują się w regionach: Wallis, Emmental, w Szwajcarii Centralnej, w dolinie Puschlav oraz na południu kantonu Jura.




Mieszanka ziół

Produkty tej marki mają proste składy i tworzą je głównie olejki oraz ekstrakty z alpejskich ziół. Do 13 głównych rodzajów zaliczają się: babka lancetowata, poślubnik, mięta pieprzowa, tymianek, szałwia, przywrotnik, bez, pierwiosnek, krwawnik, biedrzeniec, przetacznik, malwa i szanta zwyczajna. Hasłem reklamowym marki jest szwajcarskie słowo: „Chrüterchraft”, które tłumaczyć można jako „Siła ziół” (niem. Kräuterkraft).

Wygląd

Najbardziej znaną formą sprzedaży produktów Ricoli jest zamknięcie ziół w formie cukierków, które kupić można w małych pudełeczkach, paczkach lub (w niektórych przypadkach) puszkach. Wersje smakowe cukierków Ricola mają podłużny, owalny kształt. Na każdym z nich widnieje charakterystyczny znaczek litery R. Paczkowane torebki zawierają 75 g cukierków, z których każda sztuka zawinięta jest dodatkowo w osobny papierek. Cukierki do pudełek wrzucone są luzem, a ich ilość odpowiada 50 g.

Cukierki te polecane są jako odświeżenie, sposób na ból gardła lub kaszel i chrypkę. Najpopularniejszy rodzaj oryginalnych cukierków (widoczny na zdjęciu w puszce) produkowany jest według tej samej receptury od 1940 r. Cukierki te mają charakterystyczny, kanciasty kształt i kojący, ziołowy zapach. W składzie znaleźć można wszystkie 13 wcześniej wymienionych ziół. Patrząc na te cukierki pod światło, zauważyć można jak pięknie się mienią. Mi na myśl przywodzą one bursztyn.




Rodzaje cukierków

Poza oryginalnym produktem Ricola wypuściła na rynek wiele rodzajów swych cukierków. Godnymi uwagi i niezwykle smacznymi wariantami są: Melisa Cytrynowa, Mięta-Pomarańcza czy Żurawina. Zmiksowane Jagody zawierają połączenie borówek, malin i czarnej porzeczki. Powyższe pastylki są bezcukrowe i posiadają witaminę C. Bardzo odświeżającym wariantem jest Mięta Lodowcowa i Mięta Górska. Istnieją także wersje z szałwią, eukaliptusem, z dodatkiem miodu sprowadzanego z Gwatemali, karmelem bądź lukrecją. Do moich osobistych idoli należy z kolei Czarny Bez, który jest przepyszny w smaku. Odkąd go odkryłam zjadłam już kilkadziesiąt opakowań. Cukierki o nazwie Mięta-Jabłko są nieco łagodniejsze w smaku i słodsze.



Ricola wypuszcza co jakiś czas nowości na rynek. W ostatnim czasie pojawiły się podobne do powszechnie znanych kartoniki o nazwie Ziołowe Perełki, które zawierają małe, miękkie pastylki w kilku wariantach smakowych. Innym rodzajem produktów są herbaty. Wśród nich dostać można herbaty typu instant, które przeznaczone są do picia na ciepło lub zimno, tradycyjne herbaty w torebkach oraz w kapslach.

Asortyment produktów dostosowany jest ściśle do kraju, w którym są one sprzedawane. W Polsce oficjalnie dostępnych jest zaledwie 5 rodzajów smakowych cukierków. W USA z kolei dostać można zupełnie inne warianty i rzadkością jest wersja nie zawierająca cukru. W krajach Ameryki Południowej dostaniemy inny rodzaj opakowań (z możliwością wielokrotnego zamykania).



Cukierki a lekarstwa

Według producenta cukierki te pomagają przy kaszlu, chrypce i katarze, a w ramach ciekawostki dodać mogę tylko, że również lekarze polecają ich zażywanie w trakcie przeziębienia. Powiem nawet więcej: instytucja Swissmedic (szwajcarski organ regulujący kwestie pojawiających się na rynku leków i wyrobów medycznych) uznał cukierki (a może powinnam już nazwać je tabletkami) za naturalny, ogólnodostępny środek medyczny, który pomaga zwalczyć oznaki przeziębienia. Z tego też powodu na opakowaniach można znaleźć informację o możliwości ich przedawkowania. Warto wspomnieć również o tym, że szwajcarskie prawo w tej kwestii nie pokrywa się z zasadami obowiązującymi w innych krajach, stąd też w Polsce Ricola pozostaje w sprzedaży jako zwykle odświeżające, bezcukrowe cukierki.



Ri-co-la!

Z marką Ricola wszyscy Szwajcarzy kojarzą okrzyk, który stał się charakterystycznym punktem każdej reklamy jej produktów. Udział w takich reklamach biorą zawsze lokalni szwajcarscy górale, a sam okrzyk usłyszeć możecie poniżej.


A czy Wy próbowaliście już cukierków Ricola? Który smak jest Waszym ulubionym?

wtorek, 19 lutego 2019

Piramidy ziemne w Longomoso i symbol Południowego Tyrolu

Jak już wiecie podczas Świąt Bożego Narodzenia wybrałam się wraz z mężem do Południowego Tyrolu, gdzie spędziliśmy bardzo udane chwile. Chciałam bardzo zobaczyć sławne Dolomity, lecz to nie one były celem naszej wycieczki. W miejsce, w którym się zatrzymaliśmy miałam możliwość zobaczenia jedynie małego fragmentu, który absolutnie mnie zachwycił. Pojawiły się nawet myśli o porzuceniu naszych planów i wyjazd w głąb Dolomitów, lecz droga okazała się zbyt długa. Pocieszyliśmy się zatem widokiem tyrolskiego symbolu i ziemnych piramid.



Piramidy ziemne to niezwykle ciekawy wtór natury, który było mi dane zobaczyć po raz pierwszy. Wcześniej także nie spotkałam się z żadną wzmianką na ten temat. Tym większe było moje zainteresowanie nimi. Ten wyjątkowy rodzaj piramid występuje klasycznie na terenie centralnej Turcji, jednak można je podziwiać również w innych miejscach na świecie. My dostrzegliśmy je w miejscowości Longomoso, przy której mieszkaliśmy podczas naszego pobytu w regionie Ritten.

Piramidy ziemne to piaskowe wzniesienia w kształcie stożków, które powstają w wyniku erozyjnych procesów. Ciekawym aspektem jest występująca na każdym wzniesieniu „czapa”. Stanowią ją odłamki skalne, które pierwotnie znajdowały się w glebie. Ich występowanie na szczycie każdego wzniesienia chroni piramidę przed czynnikami zewnętrznymi, takimi jak deszcze.







Do piramid w Longomoso dostaliśmy się na pieszo z miejscowości Klobenstein (Collalbo). Tam właśnie znajdował się nasz pensjonat. Tuż za nim mieliśmy łatwe dojście do parkowej ścieżki, która świetnie nadawała się na spacer w promieniach słońca. Po drodze towarzyszyły nam wszechobecne wiewiórki.

Do piramid prowadzi bardzo dobrze oznaczona trasa i nie sposób do nich nie trafić. Zejście do nich znajduje się bezpośrednio przy głównej drodze. Mimo że to leśna ścieżka, droga jest szeroka i dość płaska, a tym samym łatwa do pokonania. Spokojnie można ją przejść nawet z wózkiem dziecięcym. Po kilku minutach drogi dotrzeć można do specjalnie zbudowanej platformy widokowej, z której jest nie tylko piękny widok na piramidy, ale także tyrolskie szczyty. Na platformie istnieje ciekawa możliwość: można wysłać bezpłatnie pocztówkę z widokiem piramid do najbliższych.





Twory te umieszczone są grupowo, opadając kaskadami. Na poniższej tablicy zaobserwować można rysunki, które przedstawiają proces ich tworzenia. Nie można dokładnie oszacować, ile czasu potrzeba do stworzenia takiego wzniesienia. Tym samym również nie można określić, jak stare są piramidy w Ritten. Mówi się jednak w ich przypadku o 10 tys. lat.




Okolica stanowi typowy przykład wiejskiego krajobrazu z górską panoramą w tle.



Tak jak wspominałam wyżej z platformy, a także wielu innych miejsc w okolicy można podziwiać tyrolskie szczyty górskie. Prawdziwą perełką, którą niewątpliwie jest najbardziej charakterystyczna góra w tym regionie, jest szczyt o nazwie Schlern (Sciliar). Po raz pierwszy zobaczyliśmy to wzniesienie podczas jazdy samochodem do pensjonatu. Miało to miejsce podczas zachodu słońca. Droga była początkowo słabo widoczna, mocno zalesiona i nagle ni stad ni zowąd naszym oczom okazał się Schlern.

Wielokrotnie zachwycałam się widokiem górskich szczytów, lecz patrząc na ten pejzaż, absolutnie oniemiałam i nie mogłam wydusić z siebie słowa. Nawet nie przyszło mi do głowy, by uchwycić tą panoramę na zdjęciu. Po prostu chciałam się napawać tą chwilą. Później jeszcze wielokrotnie mogłam cieszyć się tym górskich pejzażem, gdyż szczyt Schlern widzieliśmy z okna naszego pokoju, jak i również wybierając się na spacery co jakiś czas rozpościerał się rozległy widok na tę część Dolomitów. Szczęśliwcami mogą nazwać się Ci, którzy mogą budzić się z takim widokiem za oknem.




Schlern ma wysokość 2563 m i należy do grupy szczytów o nazwie Schlerngruppe. Na terenie tego charakterystycznego szczytu utworzono park krajobrazowy, który objęto ochroną. Ze względu na szeroki płaskowyż i ostre, szpiczaste wieże na przodzie traktowany jest jako prawdziwy symbol Południowego Tyrolu, który każdy mieszkaniec doskonale zna.

Z miejscem tym wiąże się także seria legend. Ta góra była bowiem mitycznym miejscem spotkań wiedźm. Tańcząc i latając na miotłach, doprowadzały one do pogorszenia warunków pogodowych, nawałnic i burz. Obszar ten był także zgodnie z wierzeniami miejscem zamieszkania krasnoludów i gigantów. W tej okolicy, a dokładniej mówiąc w zamku Prösels doszło do głośnego procesu czarownic w latach 1506 – 1510. Według postanowień sądu okręgowego na stosie spalono wówczas 9 kobiet posądzonych o posługiwanie się czarną magią. Do dziś postaci wiedźm i czarownic są w tej okolicy bardzo żywe. Wiele miejsc w nazwie ma słowo „czarownica” (niem. Hexe), po górach organizowane są wędrówki „Śladami czarownic”, a jedna z nich – Nix – jest uważana za maskotkę lokalnej szkoły narciarskiej. Co roku odbywa się tam także zimowy festiwal dla dzieci, który prowadzi czarownica.





W miejscowości Longomoso zjedliśmy także obiad w restauracji Sprögler. W tradycyjnym, drewnianym wnętrzu zostaliśmy bardzo miło obsłużeni przez kelnera, który znał kilka zwrotów po polsku. Zamówiliśmy tam duszone mięso w wersji „po cygańsku” oraz w sosie pieczarkowym. Do tego typowe dla tego regionu szpecle. Chcieliśmy też poznać tyrolskie smaki, więc dodatkowo na nasz talerz trafiły także dwa rodzaje tradycyjnych knedli: ze szpinakiem oraz serem. Zwieńczeniem obiadu był deser: strudel z bitą śmietaną i gałką lodów waniliowych, który jest chlubą Tyrolu. W tej restauracji kupiliśmy także zestaw regionalnych win o nazwie Sprögler, które było przepyszne i polecamy je równie bardzo jak i samą restaurację.















Czy słyszeliście wcześniej o ziemnych piramidach? Jakie wrażenia zrobiła na Was ta okolica?

piątek, 15 lutego 2019

Coś pysznego #53 - Torcik makowy

Całkiem niedawno pokazywałam Wam na blogu oraz Instagramie zdjęcie, którego bohaterem był torcik makowy mojego wykonania. Wzbudził on Wasze zainteresowanie i pojawiły się prośby o przepis, które postanowiłam dzisiaj spełnić. Sam przepis jest banalny, gdyż w połowie składa się z gotowego składnika, więc wykonać może go nawet osoba, która nie radzi sobie w kuchni. Muszę przyznać, że nie jestem dumna z wykorzystania „gotowca” w moim cieście. Zazwyczaj staram się przygotować każdą część samodzielnie. Nigdy nie używam kupnych blatów do tortów, kremów w proszku czy nawet ciasta francuskiego. Używanie tego typu składników zabija moim zdaniem radość z przygotowania. Mieszkając w Szwajcarii, nie mam dostępu do wielu produktów znanych w Polsce. Takim przykładem jest chociażby mak. Podczas jednych z zakupów w przygranicznym niemieckim markecie wypatrzyłam gotową masę makową przeznaczoną do pieczenia. Z czystej ciekawości kupiłam ją i okazała się być ona wyjątkowo smaczna. Dużym plusem jest dla mnie brak bakalii i rodzynków w środku. Teraz, gdy tylko marzy mi się poczuć smak dzieciństwa i mam możliwość robienia zakupów w Niemczech, sięgam w jej kierunku. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy popiera używanie „gotowców”, dlatego do zrobienia masy makowej można wykorzystać podstawowy przepis z użyciem suchego maku.

Torcik makowy


Składniki:

6 jajek
200 g cukru pudru
150 g masła
1 opak. budyniu waniliowego bez cukru
500 g masy makowej (użyłam gotowej masy Mohn Back Dr. Oetker)
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia



Wykonanie:

Oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę.
Żółtka utrzeć z cukrem pudrem i masłem na puszystą masę.
Po kolei dodawać pozostałe składniki: budyń, mąkę, proszek do pieczenia i masę makową.
Opcjonalnie można dodać rodzynki i/lub bakalie, jeśli ktoś lubi.
Na koniec dodać pianę z białek i delikatnie wymieszać.
Tortownicę (moja miała średnicę 26 cm) wyłożyć papierem do pieczenia i przelać do niej ciasto.
Piec w temperaturze 180 stopni przez około 45 min.
Po wystudzeniu można udekorować wierzch lukrem bądź polewą czekoladową (polecam tę drugą opcję).


Smak tego ciasta od razu przywiódł mi na myśl Święta, więc myślę, że będzie on fajną alternatywną na wielkanocnym stole dla tradycyjnej wersji makowca. A przynajmniej będzie mu godnie towarzyszył!


KOMUNIKAT

Pewnie do części z Was (osób korzystających z konta Google+) dotarła już informacja o usuwaniu wszystkich kont z tego miejsca. Wiem, że wiele z Was obserwuje moje wpisy właśnie poprzez to konto i w ten sposób dociera na bloga. Stąd moja gorąca prośba: jeśli chcecie być nadal na bieżąco z wpisami, zachęcam do kliknięcia przycisku Obserwuj z prawej strony. Informacje o nowych wpisach pojawiają się także na fanpage'u (LINK) oraz stronie ddob (LINK). W przyszłości postaram się także systematycznie informować Was na Instagramie. Jeśli żadna z opcji nie jest dla Ciebie optymalna, możesz zapisać adres strony w zakładkach. Będę ogromnie szczęśliwa, jeśli nasz kontakt nie ucierpi z powodu upadku Google+.

wtorek, 12 lutego 2019

Czy łatwo być bezrobotnym w Szwajcarii?

W Szwajcarii jestem już od 7 lat i mogę śmiało powiedzieć, że wiele tutaj przeżyłam. Nie zliczę sytuacji, w których musiałam dopasować się do panujących tu reguł, ile razy stawałam się bezsilna przed zasadami tu obowiązującymi czy zagłębiać się w ustawy i prawo szwajcarskie, by rozwiązać problem czy rozstrzygnąć sytuację na moją korzyść. W tym kraju przyszło mi także dwukrotnie szukać nowego zatrudnienia, co wiązało się dla mnie z noszeniem łatki „bezrobotnej”. W dzisiejszym poście chciałabym przybliżyć Wam funkcjonowanie tego systemu i opowiedzieć nieco o moich osobistych doświadczeniach.

Czy łatwo jest być bezrobotnym w Szwajcarii?



Mówiąc o bezrobociu, nie sposób nie wspomnieć o ważnej liczbie. Bezrobocie w Szwajcarii wynosiło w 2018 r. 2,6% i stanowiło najniższy wskaźnik od 10 lat. Co roku ilość bezrobotnych osób wzrasta jednak w okresie zimowym. Głównie związane jest to z czasowymi zleceniami (idealny przykład stanowi praca w budownictwie). Wtedy też największe oblężenie przeżywa RAV. Co to takiego?

Skrót RAV pochodzi od nazwy Regionales Arbeitsvermittlungszentrum (Regionalne centrum pośrednictwa pracy). Siedziby tej instytucji są rozmieszczone lokalnie w całej Szwajcarii, a osoba bezrobotna musi zgłosić się do miejsca, które przydzielone jest odgórnie dla jej miejscowości. Ogólne założenia RAV-u to: porady dla osób bezrobotnych i wsparcie przy szukaniu miejsca pracy. W niektórych sytuacjach organizowane są tam także kursy.

Wskazówka: Według RAV-u rozpoczęcie szukania pracy powinno odbyć się tuż po otrzymaniu wypowiedzenia. Wszystkie zgłoszenia (pisemne, ustne i telefoniczne) powinny zostać zapisane i przedstawione na pierwszym spotkaniu. Najlepiej mieć udokumentowane 3-miesięczne szukanie pracy, zanim stało się osobą bezrobotną.



Pierwsza wizyta

W siedzibie RAV-u znaleźć należy się najpóźniej w pierwszym dniu bycia bezrobotnym. Wtedy też odbywa się rejestracja. Językiem obowiązującym w tym miejscu jest język urzędowy kantonu (w moim przypadku jest to j. niemiecki). Jeśli zgłaszająca się osoba nie zna dość dobrze tego języka, powinna przyjść do urzędu z tłumaczem. Ważnym punktem jest dostarczenie dokumentów takich jak:

-> dowód tożsamości (paszport, dowód osobisty, dowód pozwalający na pobyt w przypadku cudzoziemców)
-> dowód ubezpieczenia socjalnego (karta AHV lub ubezpieczeniowa)
-> kopia wypowiedzenia, ostatniej umowy z pracodawcą
-> kompletny i aktualny zestaw dokumentów potrzebnych przy poszukiwaniu pracy (życiorys, list motywacyjny, świadectwa pracy, dyplomy).

Podczas pobytu przy stanowisku zostaje wypełniona dodatkowa ankieta. Poza wklepaniem podstawowych danych uzupełnione zostają jeszcze inne informacje np. jakimi językami i w jakim stopniu się posługujemy, czy posiadamy prawo jazdy, w jakim zawodzie szukamy pracy. W tym miejscu musimy także wybrać oddział kasy dla bezrobotnych (Öffentliche Arbeitslosenkasse), której temat poruszę później. Na koniec otrzymujemy przydział do osobistego doradcy, z którym odbywać będziemy cykliczne spotkania (minimum raz w miesiącu) oraz termin pierwszej rozmowy z nim.


Naturalnie okienko opuszczamy z całą masą dokumentów i broszur informacyjnych, jak i również formularzy do wypełnienia. Nowością jest również obowiązek przejścia przez internetowy kurs wiedzy o RAV-ie, który zawiera wszystkie informacje krążące wokół tematu bezrobocia oraz samego funkcjonowania instytucji. Trwa on około 35 – 40 minut i można wykonać go w domu, korzystając ze specjalnego linku. Zakończony jest on testem, którego wyniki przekierowane są do naszego doradcy.

Czy mam prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych?

Wróćmy do wspomnianej nazwy kasy dla bezrobotnych (Öffentliche Arbeitslosenkasse). Jest to instytucja, która decyduje o możliwości pobierania zasiłku przez osobę bezrobotną, a w następnym kroku wypłaca comiesięczne stawki, które zostały zasądzone na rzecz konkretnej osoby.

By pobierać pieniądze z tego miejsca, trzeba spełniać określone wymagania:
-> być bezrobotnym (całkowicie lub częściowo) zarejestrowanym w RAV-ie
-> mieszkać w Szwajcarii
-> udowodnić przepracowanie 12 miesięcy w ciągu ostatnich 2 lat przebywania w Szwajcarii.


Po kilku dniach od zgłoszenia się w RAV-ie powinien przyjść list od kasy, a w nim specjalny formularz do wypełnienia. Sam formularz to wyższa szkoła jazdy, napisana dwuznacznym językiem i wiele pytań jest na tyle podchwytliwych, że trzeba mocno zastanowić się nad odpowiedziami. Znam wiele osób, które po jego wypełnieniu musiały później wielokrotnie korespondować z urzędem i wyjaśniać zakreślenie konkretnej odpowiedzi, opisywać dokładniej sytuację czy warunki pracy. Często trwa to nawet dwa miesiące, a w ciągu tego czasu nadal nie wiadomo, czy należy się nam zasiłek.

Spotkanie z doradcą

W międzyczasie dochodzi jednak do pierwszego spotkania z doradcą, które jest typowym spotkaniem zapoznawczym. W tym miejscu powinniśmy wyspowiadać się z całego swojego życia: opowiedzieć o ostatniej pracy oraz powodzie wypowiedzenia, doświadczeniu zawodowym, ukończonych szkołach, zdolnościach, które posiadamy, swoich zaletach, wadach oraz jakiej posady szukamy. Jesteśmy wypytani również o nasze życie prywatne, zasoby pieniężne, które posiadamy, stan zdrowotny i przeszkody do wykonywania konkretnych zawodów. Spotkanie powinno zakończyć się ustaleniem wspólnego celu (np. szukanie pracy na konkretnym stanowisku, branży). Doradca przekazuje wtedy osobisty login do specjalnej strony internetowej, gdzie szukać można pracy.



 Zajęcie czasu osoby bezrobotnej

Pierwszym punktem dla cudzoziemców jest skierowanie na test z języka niemieckiego (lub innego obowiązującego w danym kantonie), by określić czy wymagane jest polepszenie znajomości w tym temacie. W przypadku osób z niską znajomością języka sytuacja jest bardzo prosta. Posyłani są oni na bezpłatny kurs językowy, który odbywa się kilka razy w tygodniu. Idealnym zakończeniem jest w tym przypadku test końcowy, który wykaże polepszenie zdolności komunikatywnych. Gorzej sprawa ma się w kwestii osób, które dobrze znają język (czytaj ja). Zazwyczaj nie ma się pomysłu na zajęcie im czasu. Za pierwszym razem zostałam wysłana na 7-dniowy kurs, o tym jak prawidłowo napisać CV (50 godzin gadania o niczym, z czego minimum połowa przesiedziana bezczynnie podczas „pisania” życiorysu, który już był stworzony według szwajcarskich standardów, a niedozwolone było opuszczenie sali przed czasem).

Czysto teoretycznie istnieje również szansa na otrzymanie przydatnego kursu lub wzięcia udziału w programie, który ma zwiększyć nasze umiejętności. Z mojego doświadczenia powiedzieć mogę jedynie, że to teoria, ponieważ mnie nie chciano wysłać na żadne potrzebne kursy, mimo że deklarowałam zawzięcie chęć ukończenia dodatkowych szkoleń. Usłyszałam nawet zapadające w pamięci zdanie, że oni „mają za zadanie znaleźć mi pracę, a nie szkolić mnie”. Jeśli jednak ktoś jakimś cudem zdobędzie pozwolenie na bezpłatny kurs, który trwa często kilka miesięcy, musi liczyć się z tym, że gdy w międzyczasie otrzyma posadę, będzie musiał przerwać kurs, nie otrzymując żadnego potwierdzenia uczestnictwa.


 Zasiłek dla bezrobotnych

W końcu doczekujemy się decyzji w sprawie zasiłku. Kilkustronicowy wywód opisuje rozpatrzenie naszej sprawy i przyznaje (praktycznie w każdym przypadku) dni karne. Głównym przewinieniem jest naturalnie zrezygnowanie z pracy na własną prośbę. Jeśli nie jest to udokumentowane lekarskimi zaświadczeniami, należy liczyć się ze wstrzymaniem zasiłku przez okres nawet 60 dni.

Zasiłek dla bezrobotnych liczony jest w stawkach: 5 stawek na tydzień. Jego wartość wyliczana jest indywidualnie dla każdego. Pod uwagę wzięte są zarobki z ostatniego roku i półrocza pracy. Z miesięcznych liczb wyliczana jest średnia i wybierana korzystniejsza finansowo opcja, która należeć będzie się bezrobotnemu. Średnia kwota pomniejszona jest do 70%* i w ten sposób powstaje miesięczna wartość zasiłku. Jeśli w danym miesiącu osoba zarejestrowana przepracuje dorywczo kilka dni, nie otrzyma za nie zasiłku.

!Zasiłek dla bezrobotnych można pobierać maksymalnie 2 lata!



*80% w przypadku rodzin z dziećmi, osób zarabiających w czasie zatrudnienia mniej niż 3797 fr miesięcznie.

Poszukiwanie pracy

Jednym z warunków otrzymywania zasiłku dla bezrobotnych jest intensywne szukanie pracy. Każdego miesiąca otrzymuje się formularz, który systematycznie wypełnia się wysłanymi zgłoszeniami do pracy. Należy na nim przedstawić następujące informacje: kiedy i gdzie wysłało się swoje zgłoszenie, na jakie stanowisko, w jakim wymiarze pracy i w jakiej formie: pisemnie, osobiście czy telefonicznie. Pod koniec każdego miesiąca uzupełnić należy także rezultat naszych starań. Przy każdym zgłoszeniu zaznaczyć należy zakończenie procesu zgłoszeniowego: rozmowa kwalifikacyjna, zatrudnienie, odmowa lub oferta jeszcze otwarta. W przypadku odmowy opisać należy podany powód. Doradca decyduje ile zgłoszeń powinno zostać wysłanych w miesiącu i w jakiej formie (u mnie było to 10 zgłoszeń, w tym 50% udokumentowanych pisemnie). Podpisany formularz doręczyć należy osobiście lub listownie do siedziby RAV do 5. dnia każdego miesiąca.

Będąc zarejestrowanym w RAV-ie, osoba bezrobotna deklaruje, że będzie dostępna 24 godziny na dobę, będzie gotowa przyjąć każde stanowisko pracy od zaraz, a także sprawdzać codzienne e-mail i skrzynkę pocztową.


 Ciąg dalszy formularzy

Również kasa dla bezrobotnych przesyła co miesiąc formularz do wypełnienia. Tutaj jednak uwaga skupiona jest głównie na finansach. W tym miejscu należy poinformować o każdym zarobku i przepracowanym czasie w ciągu konkretnego miesiąca. Jest to podstawa do otrzymania kolejnych stawek zasiłku.

Praca konieczna

Podczas spotkania z doradcą możemy otrzymać również oferty pracy, które musimy przyjąć, względnie do których musimy się zgłosić. Nie możemy odmówić przyjęcia danej oferty, chyba że:
-> nie odpowiada wyuczonemu zawodowi, który posiadamy (często nie dotyczy to cudzoziemców)
-> nie pokrywa się z pracą, którą wykonywaliśmy do tej pory (nie dotyczy osób poniżej 30 r.ż.)
-> ma bezpośredni wpływ na pogorszenie warunków zdrowotnych, rodzinnych.
-> droga do pracy jest dłuższa niż 4 godziny.




Urlop

Szukanie pracy może być stresujące i meczące, dlatego trzeba czasem od niego odpocząć. Po przekroczeniu 60 dni kontrolowanego bezrobocia przysługuje 5 dni urlopu od poszukiwania pracy. W tym czasie bezrobotny nie musi wysyłać swoich zgłoszeń, wypełniać formularzy czy przychodzić na spotkania. Jego urlop pozostaje płatny. Chęć wykorzystania urlopu należy zgłosić minimum 2 tygodnie wcześniej.

Nieprzestrzeganie któregokolwiek z opisanych wyżej punktów skutkuje wstrzymaniem zasiłku i/lub wyrzuceniem z instytucji.

Z moich osobistych doświadczeń, a także doświadczeń znanych mi osób mogę powiedzieć, że pobyty w RAV-ie nie należą do przyjemnych. Zwłaszcza cudzoziemcy traktowani są z góry jako siła robocza i przydziela się ich do najgorszych prac. Nic nie jest również usprawiedliwieniem dla samodzielnego zrezygnowania z pracy. W ten sposób pożegnałam się z jednym z miejsc pracy, a następnie byłam w RAV-ie traktowana co najmniej jak morderca. Ilość początkowych formularzy do wypełnienia i korespondencji, w którą wdajemy się z urzędami, jest absolutnie przytłaczająca. Świadomość odpowiedzialności karnej za każdy postawiony krzyżyk w przypadku tak zagmatwanego języka wręcz przeraża. Pierwsze tygodnie wiążą się zawsze z tonięciem w papierach i wystawaniem w kolejkach na poczcie oraz krążeniem pomiędzy RAV-em, a miejscami, do których jesteśmy skierowani (test językowy, doradztwo zawodowe itp.). Niestety nikt nie bierze pod uwagę generowanych w ten sposób kosztów osoby bezrobotnej, której pierwszy miesiąc zazwyczaj jest bezpłatny. Naturalnie koszty dojazdów do RAV-u nie zostają zwrócone. Jeśli interesują Was liczby, to podczas drugiego zameldowania w tym miejscu, dojazdy kosztowały mnie 100 fr w ciągu 3 tygodni (dla przybliżenia dokładnie tyle wydajemy tygodniowo na jedzenie dla dwóch osób).


Teoria to jedno, a praktyka drugie. To określenie doskonale opisuje wspominaną już sytuację z kursami i szkoleniami. Poza tym RAV nie jest nastawiony na znalezienie pracy, a jedynie kontroluje, czy bezrobotny robi to wystarczająco dobrze. Jedyna oferta, którą otrzymałam od RAV-u w ciągu całej nieprzyjemności obcowania z nimi, była praca, która w 100% pokrywała się z powodem mojego wypowiedzenia poprzedniego stanowiska.

Naturalnie nie powinno narzekać się na instytucję, która wypłaca pieniądze. Moim skromnym zdaniem przebywanie w tym miejscu opłaca się jedynie osobom, które zarabiały bardzo dobrze w ostatniej pracy. W przypadku osób, które wykazywały zarobki na poziomie 1,5 – 2 tys. fr miesięcznie, szkoda na to wszystko nerwów, bo (tu dochodzimy do sedna sprawy) jeśli ktoś chce faktycznie znaleźć pracę, to ją znajdzie w oka mgnieniu. Ile już razy słyszałam, że w obecnych czasach tak ciężko jest znaleźć pracę. Nie w Szwajcarii. Podzielić mogę się moimi własnymi doświadczeniami: pierwszą pracę znalazłam tu po 2 tygodniach, drugą po miesiącu, a trzecia po trzech dniach. Tak, dobrze myślicie: byłam dwukrotnie zarejestrowana w RAV-ie, przeszłam przez ciąg formularzy i dokumentów, wydałam sporo gotówki na dojazdy i listy, po czym … znajdowałam pracę, gdzie zaczynałam zarabiać więcej niż oferowała mi ALK i nie było sensu pozostawać tam zarejestrowanym. Dla osób, które pracują dorywczo, jest to jednak na tyle korzystne rozwiązanie, że czasem pozostają zarejestrowani w RAV-ie przez wiele lat.

Co sądzicie o tym systemie?

sobota, 9 lutego 2019

Śnieżny Tyrol, czyli szczyt Rittner Horn

Styczeń przyniósł mnóstwo śniegu w mojej okolicy. Z pięknymi śnieżnymi zaspami miałam już jednak do czynienia podczas pobytu w Tyrolu. Święta bez śniegu to nijakie Święta, więc śmiało mogę powiedzieć, że nasze świętowanie pomimo braku 12 potraw i Kevina było wspaniałe. Następnego dnia naszej wycieczki wybraliśmy się na szczyt Rittner Horn.

Zobaczcie jak piękne widoki czekały tam na nas!



Na wstępie zaznaczyć muszę, że większość pensjonatów i hoteli prezentuje swoim gościom RittenCard. Jest to karta, dzięki której można skorzystać z całej masy atrakcji. Jej posiadacz może wejść bezpłatnie nie tylko do blisko 90 muzeów i zamków na tym terenie, ale także może poruszać się wszelkimi środkami komunikacji miejskiej. W tym np. wjechać kolejką na Rittner Horn. My z chęcią skorzystaliśmy z tej oferty i dzięki temu podziwiać mogliśmy piękną, górską panoramę.

Na ten wyjątkowy tyrolski szczyt prowadzi górska kolejka Rittner Horn.

Godziny otwarcia:

15. grudnia 2018 – 24. marca 2019 - 8:30 – 16:30

25. maja 2019– 6. października 2019 - 8:30 – 17:30

7. października 2019– 3. listopada 2019 - 8:30 – 16:30



Sama kolejka składa się z wagoników (gondoli), które podjeżdżają jeden za drugim, więc praktycznie nie trzeba czekać na swoją kolej. W jednym wagoniku zmieścić może się nawet 8 osób. Jest też wystarczająco dużo miejsca, by przetransportować swój sprzęt, np. narty, sanki itp. Muszę powiedzieć, że była to najprzyjemniejsza kolejka, jaką wjeżdżałam w góry. Była niezwykle stabilna i nie odczułam na niej żadnych symptomów choroby lokomocyjnej. Wagoniki nie bujały się na wszystkie strony i nie czuć było przeciążeń. Powiem nawet więcej, ta przejażdżka sprawiła mi dużą frajdę.

Wjazd kolejką górską trwa około 10 minut. W tym czasie zmieniamy wysokość z 1530 m na 2070 m. Stacja, na której wysiedliśmy, nosi nazwę Schwarzseespitze i jest drugim przystankiem na tej trasie. Przed startem otrzymaliśmy również mapkę. Dzięki niej mogliśmy poznać doskonale widoczne górskie szczyty. Zapoznać mogliśmy się także ze szlakami narciarskimi oraz trasami wędrownymi.



Sama stacja oferuje możliwość skorzystania z restauracji oraz placu zabaw dla dzieci. Jest to punkt wypadowy dla szlaków. Kilka kroków dalej narciarze mogą oddać się zimowym szaleństwom.


























Z tego miejsca podziwiać można panoramę 360o tyrolskich szczytów. Wchodzą one w skład Dolomitów położonych w Alpach Wapiennych, które wpisane zostały na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Więcej na ich temat opowiem w kolejnej relacji.


Nasz spacer odbył się w godzinach porannych, co zresztą doskonale obrazują zdjęcia. Słońce nadal wznosiło się ku górze pięknie oświetlając okolicę, w której centralnym punkcie znajdowały się majestatyczne góry.

Wszechobecne zaspy śnieżne dodawały temu miejscu dodatkowej tajemniczości. Gdy tylko zeszło się z ubitej drogi wpadało się w śnieżny puch aż po kolana. 


























Na naszej drodze odnaleźliśmy także ciekawe miejsce: labirynt kosodrzewiny. Ponoć ma on charakter kuracyjny. Kosodrzewina osiągająca do 3 metrów wysokości w wieku 5 – 10 lat wytwarza lecznicze olejki, które wykorzystać można następnie do produkcji olejków do masaży i aromatyzujących wosków zapachowych. Substancja ta pomaga również przy przeziębieniach.





Spacer wzdłuż labiryntu zalecany jest zwłaszcza wiosną, gdy kosodrzewina wytwarza intensywny, żywiczny zapach, który sam w sobie ma także lecznicze właściwości. W centralnym punkcie znajduje się również zbiornik wodny, gdzie w cieplejsze dni można zamoczyć stopy.



























Ośnieżone szczyty i górskie doliny robią piorunujące wrażenie.


























Zagłębiając się w wędrowne ścieżki natrafić można na wyjątkowy punkt widokowy. Jest nim okrągły stół z obracanymi drewnianymi krzesłami. Dookoła niego znajduje się metalowy półokrąg, na którym wypisane są nazwy szczytów, które dostrzec można z tego miejsca, patrząc się w określonym kierunku.



























Widok jest nieziemski! Przyjeżdżając do Szwajcarii, zakochałam się w szwajcarskich górach. Jednak to tyrolskie Dolomity spowodowały, że zaniemówiłam z wrażenia. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy.






























A czy Wy byliście kiedyś w Południowym Tyrolu?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...