poniedziałek, 22 maja 2017

20 nieznanych faktów o mnie

Przez kilka lat blogowania z pewnością zdążyliście całkiem dobrze mnie poznać. Same posty, które ukazują się na tej stronie, świadczą o tym jaką jestem osobą, co mnie interesuje i sprawia najwięcej radości. Są jednak rzeczy, o których wiele osób nie ma pojęcia i nawet znając mnie osobiście, ciężko byłoby im uwierzyć w kilka moich niedoskonałości.

Dziś uchylę Wam rąbek tajemnicy, przedstawiając 20 nieznanych faktów o mnie!

1) Jestem dobrą organizatorką

Szwajcaria nauczyła mnie, by zawsze mówić o swoich plusach, dlatego zaczniemy od pozytywnej cechy. Wszyscy dookoła uważają, że jestem świetnie zorganizowaną osobą. Nie lubię spontanicznych akcji, choć czasem zdarza mi się coś takiego inicjować. Większość wydarzeń w moim życiu była jednak zaplanowana. Moja organizacja najbardziej pomocna jest podczas naszych wyjazdów. Zawsze sama wytyczam trasy wycieczek i odnajduję miejsca, które warto zobaczyć, a mój mąż z uśmiechem mówi zawsze, że jestem jego najlepszym przewodnikiem. Całkiem sprawnie poszła mi również organizacja własnego ślubu.




2) Nie rozstaję się z aparatem

Podchodzi to już pod pewnego rodzaju zboczenie. Gdzie tylko byśmy się nie wybrali, muszę mieć przy sobie aparat (ewentualnie w grę wchodzi również telefon, ale i tak zawsze ubolewam nad tym, że aparat został w domu). Zaczęło się to chyba w momencie, gdy któregoś razu wybraliśmy się na zakupy do oddalonego o jakieś 50 km od nas miasta, a nie mając nic ciekawego do roboty, postanowiliśmy spontanicznie odwiedzić starówkę jednego z większych miast kantonu. Uwierzcie mi na słowo, że jest tam pięknie, ale nie miałam wtedy przy sobie aparatu i nie byłam w stanie tego sfotografować. Od kilku już lat obiecuję sobie, że tam wrócę, ale niestety nigdy nie nadarza się taka okazja. Teraz nie zobaczycie mnie już na żadnym wyjeździe czy spacerze bez aparatu.

3) Zbieram wspomnienia

Jestem okropnie sentymentalna. Nie chcę, by umknęło mi jakiekolwiek wspomnienie (stąd też ta potrzeba fotografowania wszystkiego). Tym samym w moim domu znajduje się mnóstwo pudełek pełnych rzeczy, które przypominają mi najważniejsze wydarzenia z mojego życia czy wyjazdów. Spokojnie mogę powiedzieć, że mam sporą kolekcję: pocztówek, map, biletów wstępu, biletów do kina i teatru czy suwenirów z podroży. Dodatkowo od zeszłego roku zapisuję wszystkie ciekawsze wydarzenia na kartkach i zbieram w pudełku wspomnień.




4) Wymyślam nowe nazwy rzeczy

Być może zabrzmi to głupio, ale czasami brakuje mi słów na rzecz, którą chcę nazwać. Nie należę do osób, które po 5 latach przebywania za granicą zapominają języka ojczystego (zdecydowanie NIE!), ale zdarza się tak, że jako pierwsze do głowy przychodzi mi określenie w innym języku, tudzież wiem, o co chodzi, ale nie potrafię znaleźć słowa określającego owy przedmiot. Wtedy w ruch wchodzi moja wrodzona wyobraźnia, która nadaje nową nazwę, która czasem jest na tyle zabawna, że przyjmuje się w mowie potocznej i cała rodzina zaczyna tak ją nazywać :P W taki sposób powstały np. szampinionsy na określenie pieczarek.

5) Nigdy nie gaszę światła

Gdy spytałam mojego męża, jakie fakty mogłabym zamieścić w tym poście, to bez chwili namysłu powiedział, że nigdy nie gaszę światła. Polemizowałabym ze słowem nigdy, bo czasem mi się zdarza :P Często łapię się niestety na tym, że zauważam włączone światło w pomieszczeniu, z którego wyszłam godzinę temu. Wiem, wiem. Z oszczędnością nie ma to nic wspólnego, ale nie jestem w stanie wyuczyć w sobie nawyku gaszenia światła, mimo że sama jestem za każdym razem na siebie wściekła.




6) Jestem paskudnie uparta i zawsze mam rację

Prawdziwy ze mnie zodiakalny byk. Mój upór objawiał się od małego i tak mi już pozostało. W dodatku, gdy wydaje mi się, że mam rację, będę dążyć do tego, żeby wyszło na moje. Nawet jeśli ktoś zdoła przedstawić argumenty, które będą tę rację podważać. Nie bez przyczyny otrzymałam kubek z napisem Pani, która zawsze ma rację.


7) Jako dziecko nie jadłam niczego co zielone

Awersja do zielonych warzyw pojawiła się znikąd i zniknęła dopiero, gdy zaczęłam samodzielnie gotować. Do tego czasu potrafiłam wybierać nawet natkę pietruszki z zupy pomidorowej, co doprowadzało moją mamę do szału.

8) Obecne nawyki żywieniowe


A obecnie... od kilku dobrych lat nie jem w ogóle masła, margaryny czy też innych smarowideł. Zrezygnowałam już dawno ze słodzenia kawy czy herbaty. Kawę piję tylko i wyłącznie czarną, bo nie spożywam również mleka, po którym zawsze źle się czuję.



9) Jestem fanką marcepanu

Uwielbiam wszystko, co zawiera w sobie marcepan i choć kiedyś unikałam tego składniku, to obecnie jest to moja ulubiona słodycz. Nic dziwnego, że zakochałam się w austriackich kuleczkach Mozarta.

10) Moja fobia to owady

Mam okropną fobię przed wszystkimi owadami. Moje mieszkanie jest z każdej możliwej strony zabezpieczone siatkami na owady, a bez nich nie otworzę nawet okna w upalny dzień. Paradoksalnie nie przerażają mnie tak bardzo pająki, jak np. pszczoły i szerszenie. Gdy tylko widzę te drugie, strach mnie wręcz paraliżuje. Nie jestem w stanie zasnąć, gdy w pomieszczeniu lata komar czy mucha. Niemile widziane są również biedronki. Potrafię nawet sprecyzować od czego zaczął się ten lęk: pewnego dnia podczas spaceru wplątała mi się we włosy pszczoła. Było to tak traumatyczne przeżycie, że odcisnęło piętno do dnia dzisiejszego.

11) Lubię styl rustykalny i drewno

Zdecydowanie przemawia do mnie drewniany wystrój wnętrza. Nigdy nie byłam zwolenniczką nowoczesnych wykończeń, białych mebli rodem z idealnego profilu z Instagrama. Od początku wiedziałam, że meblując moje mieszkanie znajdzie się w nim jak najwięcej drewnianych elementów. Kompletowanie wszystkich mebli w jasnym odcieniu nieobrobionego drewna zajęło nam dwa lata, ale było warto!



12) Moja pieta Achillesowa to paznokcie

Mogę wymienić całą listę rzeczy, które umiem robić i dobrze mi wychodzą, ale na pewno nie zaliczają się do tego paznokcie. Co do ich kondycji nie mogę narzekać, ale zupełnie nie wychodzi mi malowanie, robienie wzorków itp. Najzwyczajniej w świecie się do tego nie nadaję. Przy całej niechęci do robienia czegokolwiek z paznokciami, nie lubię też uczestniczyć w rozmowach na ten temat, pomijam tego typu posty na blogach. Ten temat ewidentnie mi nie leży i zupełnie mnie nie kręci siedzenie przez 3 godziny bez ruchu tylko po to, by mieć coś napaciane na paznokciach.

13) Polak głodny, Polak zły

To przysłowie zna chyba każdy, a ja jestem jego chodzącym potwierdzeniem. Granica pomiędzy stanem Chyba za niedługo muszę coś zjeść, a Ratunku! Zaraz umrę z głodu! jest u mnie krucha niczym wiosenna kra na rzece. Najbardziej cierpi na tym najczęściej mój mąż, któremu obrywa się w takich sytuacjach najbardziej. Nawet nie jestem wtedy zła – ja jestem chodzącym wulkanem, który wylewa tony lawy, dopóki jedzenia nie otrzyma.

14) Zawsze muszę być przykryta

Nieważne, czy na zewnątrz panuje paskudny ziąb czy też niemiłosierny upał, ja i tak muszę być podczas snu przykryta od stóp do głów. Latem wcale nie zmieniam kołdry na lżejszą, a jadąc do kogoś zabieram najgrubszy koc. Tak, jestem dziwna.

15) Jestem chodzącym pamiętnikiem

Pamiętam wszystkie wydarzenia z życia łącznie z ich datami i miejscem. To czasem zakrawa wręcz o jakąś nadprzyrodzoną moc. Możecie wyobrazić sobie miny znajomych, gdy siedząc na spotkaniu mój ukochany opowiada historię, która nam się przydarzyła i zastanawia się: „To było w maju? Nie, jakoś na jesień...”, po czym ja wypalam: 28 marca 2012 roku. Jednocześnie jestem też chodzącym paradoksem, bo np. dat urodzin i imienin nie pamiętam zupełnie.




16) Nie lubię długich włosów

Przez całe moje życie nosiłam długie włosy. Ich długość sięgała mniej więcej do pasa i (będąc jeszcze dzieckiem) co dzień rano mama robiła mi długiego kucyka, którego nienawidziłam ponad wszystko. Gdy w końcu dojrzałam do tej poważnej decyzji, poszłam do fryzjera i poprosiłam o ścięcie włosów z długości do pasa do długości sięgającej połowy szyi. Dwie panie absolutnie mi wtedy odmówiły, a trzecia wykonywała to ze łzami w oczach. Ja też płakałam, ale ze szczęścia. Tak bardzo cieszyłam się, że nie muszę już męczyć się z długimi włosami. Od tamtej pory pokochałam taką długość, choć ciężko jest mi ją na długo utrzymać, bo włosy rosną mi z zaskakującą prędkością i nim się obejrzę znowu sięgają do ramion. Obecnie marzę już tylko o tym, by je ściąć.




17) Dwie ulubione gry komputerowe

Nie mogę powiedzieć, bym była maniakiem komputerowym, który spędza (czy też spędzał) całe dnie przed komputerem, jednak dwie gry z mojego dzieciństwa tak bardzo mi się spodobały, ze do dnia dzisiejszego do nich powracam. Pierwsza gra, której humor jest absolutnie powalający (Drodzy rodzice, jak mogliście pozwolić grać w tę grę dziecku :P) to Simon the Sorcerer, a konkretniej jej druga część, którą posiadałam i byłam nią zachwycona. Typowa przygodówka, polegająca na zdobywaniu przedmiotów, które następnie trzeba było w odpowiedni sposób wykorzystywać, by przechodzić dalej. Genialny humor i dialogi czynią tę grę bardzo specyficzną. Drugą są kultowe Sims 2. Druga część jakoś najbardziej mi się spodobała i gram w nią do dziś, mając rodzinę, która liczy obecnie już 10 pokoleń.

18) Kiedy dopada mnie wena?

By rozpocząć pisanie posta potrzebuję weny, a ta nachodzi mnie zazwyczaj wczesnym rankiem. Nie ma dla mnie problemu, żeby wstać o 6 rano i zacząć pisać posta. Oczywiście w towarzystwie kubka z ulubioną kawą. Wielokrotnie próbowałam pisać w godzinach popołudniowych, czy też wieczornych, lecz zupełnie nie kleją mi się wtedy zdania. Wieczory zarezerwowane są zazwyczaj na obróbkę zdjęć.



19) Zdarza mi się mówić o sobie w trzeciej osobie

Oczywiście tylko w obecności najbliższych, których zawsze rozśmiesza mój infantylny ton i zazwyczaj wtedy, gdy czegoś chcę, bo nikt nie jest w stanie mi odmówić ;)

20) Nie róbcie mi zdjęć!

Mniej więcej od czasu ukończenia 10 lat weszłam w okres, w którym uciekałam od jakichkolwiek zdjęć. Nie lubiłam siebie na zdjęciach. Zawsze uważałam, że jestem niefotogeniczna i... teraz trochę żałuję, bo z okresu pomiędzy 10 a 20 rokiem życia nie mam prawie żadnych zdjęć. Później się to zmieniło i obecnie w moich archiwach znajdują się nawet mało korzystne zdjęcia, które jednak są swego rodzaju pamiątką, a zarezerwowane są jedynie dla najbliższych.

Czy któreś z tych faktów Was zaskoczyły? A może znaleźliście cechy, które łączą się z Waszymi?

sobota, 20 maja 2017

Damsko-męski haul modowy

Jeszcze przed ślubem wraz z przyszłym wtedy mężem udaliśmy się na szybki shopping. Już od dawna nie wybrałam się na zakupy tego typu, tym bardziej w męskim gronie, jednak okazały się one być całkiem owocne. Poszukiwania nowych ubrań nie trwały długo. Zazwyczaj wchodziliśmy do jednego sklepu, z którego wychodziliśmy z pełną torbą rzeczy. W sumie takie wypady były dwa: jeden jeszcze w Szwajcarii, drugi już w Polsce. Nowości z tych dwóch wyjść możecie zobaczyć w tym poście.


Zapraszam do przeglądnięcia naszych nowości!

1) Żakiet w prążki
Marka: Reserved
Materiał: 60% poliester, 35% wiskoza, 5% elastan
Rozmiar: 36
Kolor: szary
Cena: 79,99 zł



2) T-shirt z czaszką
Marka: Reserved
Materiał: 100% bawełna
Rozmiar: M
Kolor: czarny
Cena: 39,99 zł



3) T-shirt męski
Marka: Reserved
Materiał: 100% bawełna 
Rozmiar: S
Kolor: czarny
Cena: 49,99 zł 


4) Bluza w auta
Marka: Reserved
Materiał: 60% bawełna, 40% poliester
Rozmiar: S
Kolor: niebieski
Cena: 89,99 zł (obecnie przeceniony na 62,99 zł)



5) Skarpetki damskie
Marka: Reserved
Materiał: 70% bawełna, 27% poliester, 3% elastan
Ilość: 5 par
Rozmiar: 38-41
Kolor: czarny, biały
Cena: 34,99 zł 



6) Sweterek z kołnierzykiem
Marka: House
Materiał: 100% bawełna
Rozmiar: M/L
Kolor: szary z białymi elementami
Cena: 39,99 zł



7) T-shirt w serca
Marka: House
Materiał: 60% bawełna, 40% poliester
Rozmiar: M
Kolor: biały
Cena: 29,99 zł 


8) T-shirt z kieszonką
Marka: House
Materiał: 60% bawełna, 40% poliester
Rozmiar: M
Kolor: czarny
Cena: 19,99 zł



9) Sukienka koktajlowa
Marka: Modissa
Materiał: 100% poliester
Rozmiar: 36
Kolor: biały
Cena: 50 fr.


10) Spodnie męskie
Marka: Medicine
Materiał: 97% bawełna, 3% elastan
Rozmiar: M
Kolor: niebieski
Cena: 139,99 zł 



11) Spodenki krótkie
Marka: C&A
Materiał: 99% bawełna, 1% elastan
Rozmiar: 40
Kolor: ciemny dżins
Cena: 25 fr.


12) Botki
Marka: Cube
Materiał: eko-skóra 
Rozmiar: 38
Kolor: czarny
Cena: 10 fr.


13) Półbuty
Marka: Lasocki
Materiał: skóra-lico
Rozmiar: 38
Kolor: ciemnoniebieski
Cena: 149,99 zł 
























14) Buty na obcasie
Marka: Deichmann
Rozmiar: 38
Kolor: biały
Cena: 89,90 zł



15) Bandanka
Marka: 4F
Rozmiar: One size
Kolor: czarny, zielony
Cena: 28,49 zł 



Wypatrzyłyście coś z naszych nowości?

czwartek, 18 maja 2017

Post fotograficzny #21

Bardzo dawno na blogu nie pojawił się żaden post fotograficzny. Bardzo zmienna, szwajcarska pogoda spowodowała, że roślinność bardzo późno obudziła się w tym roku do życia, a nagminny deszcz nie zachęcał do wychodzenia z domu. W dodatku panujący ostatnio napięty czas nie pozwalał na zwykły spacer z obiektywem. Dziś przygotowałam jednak kilka zdjęć, które udało mi się uchwycić. Jak zawsze przyroda jest najpiękniejszym obiektem do fotografowania.


Seit langem habe ich kein Eintrag mit Fotos veröffentlicht. Sehr wechselhaftes, schweizerisches Wetter ist die Ursache und die Antwort auf die Frage: warum die Natur so spät zum Leben erwacht. Der häufige Regen hat kein Lust bekommen, um nach draussen zu gehen. Dazu kommt noch gespannte Zeit in meinem Leben. Heute ist aber endlich! Ich habe für euch ein paar Fotos. Auf dem ersten Plan ist die schöne Natur zu sehen.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć!





































Życzę Wam udanego dnia!

Wunderschönen Tag!

wtorek, 16 maja 2017

Projekt Denko w wykonaniu nieperfekcyjnej Pani Domu #4

Torba ze zużytymi opakowaniami pęka w szwach, a to zawsze dobry powód, by zamieścić kolejny post z serii Denko. Tym razem nie będą to jednak kosmetyki, a czwarta część użytych w ciągu ostatnich miesięcy środków czystości i szeroko pojętej chemii.

Zapraszam na post!

Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!

Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!

1) Mleczko do czyszczenia 4Max Lemon

To mleczko w butelce pojemności 1 l zakupiłam podczas standardowych zakupów w polskim Tesco. Było ono bardzo wydajne. Już odrobina pozwalała na dokładne wyczyszczenie całej powierzchni. Wbrew założeniom producenta nie używałam go jednak w kuchni. Mleczna konsystencja środków czyszczących o wiele lepiej sprawdza się u mnie podczas sprzątania łazienki i tym samym mleczko używane było do czyszczenia wanny, umywalki i armatury łazienkowej. Do tego celu nadawało się świetnie. Pozostawiało nie tylko świeży, cytrusowy zapach, ale także czyste, błyszczące powierzchnie.



2)Płyn do mycia powierzchni drewnianych Tesco Wooden Floor Cleaner Orange

Kolejny produkt zakupiony swego czasu w Tesco to ten płyn do podłóg. W moim wynajmowanym mieszkaniu położone są drewniane panele na całej jego długości, dlatego szukałam środka, który dodatkowo impregnowałby drewno. Plyn Wooden Floor Cleaner nie tylko czyścił, ale także pielęgnował. Z jego działania byłam bardzo zadowolona. Miał on lekko oleistą konsystencję, która z łatwością rozpuszczała się w wodzie, a po użyciu drewno pięknie odbijało promienie słońca wpadające przez okna. Używałam go również w stanie nierozcieńczonym na kilka bardzo uciążliwych plam, których nie dało się usunąć w inny sposób. Ten środek sobie jednak z nimi poradził. Ta litrowa butelka (według standardowego zużycia) powinna starczyć na około 15 użyć.


3) Środek czyszczący do kuchni Ajax Odtłuszczanie/usuwanie przypaleń

Kiedyś był to produkt, bez którego nie wyobrażałam sobie utrzymania czystości w kuchni. Należąca do koncernu Colgate marka Ajax to dobre środki czystości. Wersja do kuchni świetnie rozprawia się z tłuszczem i przypaleniami, jak i wszelkimi zabrudzeniami kuchenki. Obecnie używam innego środka, ale w przyszłości z pewnością powrócę do tej marki.


4) Żel do czyszczenia toalet Cillit Bang Hartnäckiger Schmutz

W promocyjnej cenie kupiłam dwa opakowania tego żelu po sukcesie, jaki odniosła u mnie inna wersja Cillit Bang. Tamten żel pozostawiał toaletę w nienagannej czystości. Co do tego miałam już pewne wątpliwości. To zupełnie tak, jak gdybym wylała obojętnie jaki płyn i próbowała nim umyć toaletę, mimo że nie nadaje się on do tego. Według producenta ten płyn ma moc Turbo, która czyści toaletę już w 1 minutę. Cóż, ta jedna minuta musi w sobie coś mieć, gdyż nie da się pozostawić go na dłużej na powierzchni toalety. Płyn tak mocno wżera się, że bardzo ciężko jest go później usunąć, a w toalecie widać niebieskie przebarwienia, które znikają dopiero po wielokrotnym spłukaniu wody.



5) Płyn do płukania tkanin Lenor Amethyst&Blütentraum

Bardzo lubię płyny do płukania Lenor, dlatego widząc serię nowych zapachów, nie mogłam przejść obok nich obojętnie. O ile same ich aromaty są przyjemne i intensywne w butelce, to już na ubraniach raczej ich nie czuć. Zdecydowanie nie zgodzę się, że nadają rzeczom 7 razy dłuższą świeżość. Drugi z najnowszych płynów Lenor utwierdził mnie również w przekonaniu, że to co oryginalne jest najlepsze, a wszelkie innowacje zazwyczaj nie spisują się najlepiej. Ten płyn miał bowiem pewne trudności z całkowitym rozpuszczeniem się. Mimo że nie dawałam dużej ilości płynu, po wyciągnięciu pozostawały czasem po nim plamy na ubraniach. Wersji klasycznej Lenora mówię zdecydowane tak. Do wszelkich limitowanych edycji i nowych zapachów podchodzę sceptycznie.


6) Odświeżacz do powietrza Charm Lily White Flower

Odświeżacze tej szkockiej marki bardzo przypadły mi do gustu. Jest to już któreś z kolei opakowanie i kolejny zapach, którym byłam oczarowana. Kwiatowy aromat był intensywny i długo utrzymywał się w pomieszczeniu. W zapachu silnie wyczuwalna była woń lilii. 



7) Dezodorant do obuwia Szczecin Ara

Kolejny regionalny produkt marki Ara, którą pokazywałam Wam już w poprzednich postach. Tym razem jest nim dezodorant do obuwia. Zapach miał on dość specyficzny, jednak eliminował nieprzyjemny zapach obuwia.



8) Płyn do mycia naczyń Palmolive Rosa Orchidee i Maracuja

Płyny do mycia naczyń Palmolive nie dorównują wydajnością markom Pril (Pur) czy Fairy. Biorąc jednak pod uwagę stosunkowo niższą cenę, ten zakup i tak się opłaca. W działaniu są one całkiem znośne, a w tym przypadku szczególnie upodobałam sobie zapach marakui. Ten rodzaj tak zachwycił mnie swoim aromatem, że tylko i wyłącznie z jego powodu jestem w stanie ponownie zdecydować się na zakup.


9) Wosk Yankee Candle Clean Cotton

Bardzo przyjemny, delikatny zapach, który kojarzył mi się z aromatem świeżo rozwieszonego prania. Przypominał mi on czasy, gdy jako dziecko chowałam się w suszącej się pościeli, rozkoszując się zapachem proszku do prania.



10) Płyn do mycia naczyń Pril Original - LINK


11) Chusteczki jednorazowe Kleenex The Original x 2 opak. - LINK


12) Kostki do toalety WC Frish - 3 opak - LINK


A jakich produktów Wy używacie do utrzymania czystości w domu?

niedziela, 14 maja 2017

Relacja z Czech #2 - Wiecznie pod górkę!

Nie chcąc marnować czasu, już pierwszego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy. Pogodę mieliśmy wyśmienitą. Świeciło piękne słońce, a temperatura sięgała ponad 20 stopni. Prognozy informowały jednak, że następnego dnia pogoda zmieni się diametralnie, więc był to jedyny dobry moment na wybranie się na punkt widokowy i obejrzenie miasta z góry.

Zacznijmy jednak od początku!



Mieszkanie, które opisywałam w poprzednim poście (LINK) było położone wręcz idealnie. Wystarczyło zejść ze stromej górki, by znaleźć się w ścisłym centrum miasta. Nasze pierwsze kroki powędrowały jednak w zupełnie inną stronę. Kierując się pod górkę, kręte ścieżki doprowadziły nas do położonej nieco na uboczu restauracji Kozel. Powiedziałabym raczej, że jest to coś w rodzaju pubu, który oferuje również pyszną regionalną kuchnię.




Byliśmy zachwyceni obsługującym nas panem, który biegle władał językiem niemieckim, rosyjskim oraz naturalnie czeskim, przechadzając się pomiędzy stolikami i dopytując, czy wszystko smakuje oraz czy niczego nam nie potrzeba. W karcie od razu zwróciliśmy uwagę na regionalne potrawy, spośród których mój ukochany zdecydował się na robiącą wrażenie golonkę, a ja wybrałam mięsny omlet ziemniaczany. Całość wraz z napojami kosztowała nas (w przeliczeniu na złotówki) około 100 zł, więc byliśmy bardzo zadowoleni, tym bardziej, że jedzenie było wyborne.

Po tak sytym posiłku z trudem zebraliśmy się w drogę. Ponownie wkroczyliśmy w ciąg uliczek. Ta okolica położona jest na wzgórzu, więc jest tam pełno stromych górek: pokonujesz podejście pod górę, by trafić na nachylenie 21% w dół, a tuż za rogiem czeka Cię kolejna góra. Jedno z takich podejść czekało nas pod samym domem i o ile schodziło się z niego bezproblemowo, to już po całym dniu wędrówki, była to droga przez mękę ;)



Jak już wspominałam, chcieliśmy koniecznie udać się tego dnia na punkt widokowy, znajdujący się na wieży o uroczym imieniu Diana. Można udać się na nią, wędrując przez las, bądź wjechać kolejką. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję. Przed wejściem znajduje się plansza z rozpisanym cennikiem oraz godziny odjazdu kolejki. W kwietniu była ona czynna do godziny 18:00, więc mieliśmy jeszcze wystarczająco dużo czasu, by spokojnie rozkoszować się widokiem z wieży. Ceny biletów są różne, istnieje wiele pakietów. Zapłacić należy także za psa czy rower. My za dwa bilety dla osób powyżej 15 roku życia w tę i z powrotem zapłaciliśmy 160 koron. Wejście na wieżę jest już bezpłatne.

























Jadąc od centrum miasta do wieży Diana, kolejka zatrzymuje się jeszcze przy przystanku Jeleni Skok. Zwróćcie na to uwagę, by wysiąść w dobrym miejscu. Na szczyt wieży wiedzie 150 stopni lub winda. Ta ponad stuletnia budowla jest słynnym w mieście punktem widokowym, z którego zobaczyć można okolicę kurortu, jak i góry położone w oddali.



Widok na okolicę




























Na wzgórzu znajduje się także restauracja. My byliśmy totalnie przepełnieni po wcześniejszym obiedzie, więc nie spojrzeliśmy nawet na ich ofertę. Naszą ciekawość (i zresztą nie tylko naszą) wzbudził jednak piękny, biały paw, który leżakował sobie na dachu budynku.


























Tuż za restauracją czekają dwie atrakcje dla najmłodszych. Jedną z nich jest mini zoo, gdzie dokarmiać można kucyki pony, kozy i świnki.



























Koniecznie zajrzeć chciałam jednak do Domu Motyli (Motyli Dum). Być może tego nie wiecie, jednak nienawidzę wszelkich owadów latających i pełzających. Do tego szanownego grona zaliczają się również motyle. Mimo że kolorowe i piękne, to czuję pewnego rodzaju lęk, gdy znajdują się w pobliżu. Stwierdziłam jednak, że takie miejsce będzie dla mnie sporym wyzwaniem i być może przekonam się, że nie są one tak groźne, jak rysuje je moja wyobraźnia.

W tym miejscu zapłaciliśmy również 160 koron za dwa bilety dla dorosłych. Jest ono czynne w tych samych godzinach co kolejka linowa. Temperatura w środku przypomina las tropikalny. Jest gorąco i występuje wysoka wilgotność powietrza, dlatego wchodząc tam zimą, zaleca się pozostawienie kurtek w sklepie z suwenirami.



Według strony internetowej wewnątrz specjalnego pokoju, który ma powierzchnię ponad 100 metrów kwadratowych, znajduje się około 400 motyli. Pochodzą one z Tajlandii, Filipin oraz lasów tropikalnych Ameryki Południowej i Meksyku.






Całość wygląda dość skromnie. Głównym elementem wystroju jest widoczny na zdjęciu wyżej staw. Osobiście mam bardzo mieszane uczucia do tego miejsca. Głównie ze względu na ogromne niebezpieczeństwo dla motyli. Zarówno na zewnątrz budynku, jak i w samym centrum widzieliśmy mnóstwo zdeptanych owadów. Sama wielokrotnie łapałam się na tym, że prawie nastąpiłam na skrzydło motyla, który akurat leżał na drewnianej kładce.






Faktem jest jednak to, że można zobaczyć tam piękne okazy motyli, które są bardzo fotogeniczne i towarzyskie. Owady upodobały sobie zwłaszcza mojego męża i cały czas siadały mu na plecach, głowie czy ramionach (ostatecznie to chyba on nabawił się większej fobii niż moja :P). 




























Miejsce, gdzie zaobserwować można, jak rodzi się nowe życie:


Wychodząc z Domu Motyli, mój ukochany nabrał ochoty, by pospacerować po lesie. W sumie aż żal było nie skorzystać z tak pięknej pogody. Widząc znak Jeleni Skok (jak pamiętacie, był to przystanek pomiędzy wieżą Diana a centrum miasta) postanowiliśmy udać się w jego kierunku i dopiero tam wsiąść w kolejkę. 




Zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, że krok za nami kroczyć będzie dzielnie biały paw, którego widzieliśmy już wcześniej. Dzielny kompan towarzyszył nam przez kawałek naszej drogi, później jednak zrezygnował z dalszej wędrówki, stając na jednym z kamieni i wydając donośne odgłosy. Niestety nie znam pawiego języka i nie wiem zupełnie, o co mu chodziło.

























Okolica, po której się poruszaliśmy, była naprawdę piękna i pozytywnie nastrajała do życia. Co prawda było stromo, a leśne ścieżki nie wyglądały na często uczęszczane, jednak przebywanie na łonie natury było bardzo kojące. Ostatnie promienie słońca przedzierały się przez konary drzew, a my żwawo pokonywaliśmy drogę, by ujrzeć znaną kozicę na wzgórzu.








Warto zaznaczyć, że po lesie poruszaliśmy się bez żadnej mapy czy planu. Była to totalnie spontaniczna wędrówka i nie byliśmy do niej przygotowani. Widzieliśmy wprawdzie jakieś oznaczenia na drzewach (namalowane farbami), jednak były one na tyle sprzeczne, że nie daliśmy rady odgadnąć, dokąd właściwie prowadziły. Nasze poszukiwania Jeleniego Skoku trwały nadal, a po drodze napotkaliśmy ciekawy obiekt.





W końcu natknęliśmy się na znak, który (wydawałoby się) doprowadzi nas do celu. Tak bardzo chciałam zobaczyć tę znaną kozicę na kamieniu, która spogląda na miasto (podgląd, jak wygląda – LINK). Po zobaczeniu tabliczki odżyły w nas chęci do dalszej wędrówki – znowu pod górkę!


Po wejściu na ten mały szczyt miałam już ochotę całować ziemię, po której stąpam..., ale ALE! Dlaczego nie ma tu kozicy tylko kolejna restauracja? Obeszliśmy ją dookoła, bo nawet po takim wysiłku nie byliśmy jeszcze głodni i podążyliśmy krokiem kilkorga ludzi, którzy wyglądali na takich co wiedzą, dokąd iść. Ta pogoń nie trwała zbyt długo, gdyż wszyscy oni kierowali się do skałki z krzyżem, która znajduje się tuż za budynkiem, a z niej roztacza się piękny (piękniejszy?) widok na miasto.

































W okolicy nie wypatrzyliśmy kozicy. Nie mieliśmy żadnego punktu odniesienia, a za kilka chwil miała odjeżdżać ostatnia kolejka do miasta. Na domiar złego zaczynało się chmurzyć, co zwiastowało nieuchronną zmianę pogody, a my mieliśmy na sobie letnie ubrania. Podjęliśmy męską decyzję! Z żalem odpuszczamy kozicę i wracamy na starówkę. Dopiero będąc w domu, okazało się, że od naszego celu dzieliło nas raptem 100 metrów, lecz nie było bezpośredniej drogi, która by nas tam poprowadziła. Musielibyśmy zejść piętro niżej i krążyć leśnymi ścieżkami po omacku.



Tego dnia obeszliśmy jeszcze okolicę w ramach spaceru i zrobiliśmy drobne zakupy. Wieczorem zaczął jednak padał paskudny deszcz, więc szybko zmyliśmy się do naszego mieszkanka, a pierwszej nocy towarzyszyła nam burza. Czy był to jakiś zwiastun?

W trzeciej części relacji pokażę Wam luksusowy hotel oraz opowiem, jakie wrażenia towarzyszyły nam podczas picia leczniczej wody ze źródeł.

Czy Wy również szukacie punktów widokowych podczas wyjazdów, by móc podziwiać okolicę z góry? 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...