niedziela, 14 maja 2017

Relacja z Czech #2 - Wiecznie pod górkę!

Nie chcąc marnować czasu, już pierwszego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie okolicy. Pogodę mieliśmy wyśmienitą. Świeciło piękne słońce, a temperatura sięgała ponad 20 stopni. Prognozy informowały jednak, że następnego dnia pogoda zmieni się diametralnie, więc był to jedyny dobry moment na wybranie się na punkt widokowy i obejrzenie miasta z góry.

Zacznijmy jednak od początku!



Mieszkanie, które opisywałam w poprzednim poście (LINK) było położone wręcz idealnie. Wystarczyło zejść ze stromej górki, by znaleźć się w ścisłym centrum miasta. Nasze pierwsze kroki powędrowały jednak w zupełnie inną stronę. Kierując się pod górkę, kręte ścieżki doprowadziły nas do położonej nieco na uboczu restauracji Kozel. Powiedziałabym raczej, że jest to coś w rodzaju pubu, który oferuje również pyszną regionalną kuchnię.




Byliśmy zachwyceni obsługującym nas panem, który biegle władał językiem niemieckim, rosyjskim oraz naturalnie czeskim, przechadzając się pomiędzy stolikami i dopytując, czy wszystko smakuje oraz czy niczego nam nie potrzeba. W karcie od razu zwróciliśmy uwagę na regionalne potrawy, spośród których mój ukochany zdecydował się na robiącą wrażenie golonkę, a ja wybrałam mięsny omlet ziemniaczany. Całość wraz z napojami kosztowała nas (w przeliczeniu na złotówki) około 100 zł, więc byliśmy bardzo zadowoleni, tym bardziej, że jedzenie było wyborne.

Po tak sytym posiłku z trudem zebraliśmy się w drogę. Ponownie wkroczyliśmy w ciąg uliczek. Ta okolica położona jest na wzgórzu, więc jest tam pełno stromych górek: pokonujesz podejście pod górę, by trafić na nachylenie 21% w dół, a tuż za rogiem czeka Cię kolejna góra. Jedno z takich podejść czekało nas pod samym domem i o ile schodziło się z niego bezproblemowo, to już po całym dniu wędrówki, była to droga przez mękę ;)



Jak już wspominałam, chcieliśmy koniecznie udać się tego dnia na punkt widokowy, znajdujący się na wieży o uroczym imieniu Diana. Można udać się na nią, wędrując przez las, bądź wjechać kolejką. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję. Przed wejściem znajduje się plansza z rozpisanym cennikiem oraz godziny odjazdu kolejki. W kwietniu była ona czynna do godziny 18:00, więc mieliśmy jeszcze wystarczająco dużo czasu, by spokojnie rozkoszować się widokiem z wieży. Ceny biletów są różne, istnieje wiele pakietów. Zapłacić należy także za psa czy rower. My za dwa bilety dla osób powyżej 15 roku życia w tę i z powrotem zapłaciliśmy 160 koron. Wejście na wieżę jest już bezpłatne.

























Jadąc od centrum miasta do wieży Diana, kolejka zatrzymuje się jeszcze przy przystanku Jeleni Skok. Zwróćcie na to uwagę, by wysiąść w dobrym miejscu. Na szczyt wieży wiedzie 150 stopni lub winda. Ta ponad stuletnia budowla jest słynnym w mieście punktem widokowym, z którego zobaczyć można okolicę kurortu, jak i góry położone w oddali.



Widok na okolicę




























Na wzgórzu znajduje się także restauracja. My byliśmy totalnie przepełnieni po wcześniejszym obiedzie, więc nie spojrzeliśmy nawet na ich ofertę. Naszą ciekawość (i zresztą nie tylko naszą) wzbudził jednak piękny, biały paw, który leżakował sobie na dachu budynku.


























Tuż za restauracją czekają dwie atrakcje dla najmłodszych. Jedną z nich jest mini zoo, gdzie dokarmiać można kucyki pony, kozy i świnki.



























Koniecznie zajrzeć chciałam jednak do Domu Motyli (Motyli Dum). Być może tego nie wiecie, jednak nienawidzę wszelkich owadów latających i pełzających. Do tego szanownego grona zaliczają się również motyle. Mimo że kolorowe i piękne, to czuję pewnego rodzaju lęk, gdy znajdują się w pobliżu. Stwierdziłam jednak, że takie miejsce będzie dla mnie sporym wyzwaniem i być może przekonam się, że nie są one tak groźne, jak rysuje je moja wyobraźnia.

W tym miejscu zapłaciliśmy również 160 koron za dwa bilety dla dorosłych. Jest ono czynne w tych samych godzinach co kolejka linowa. Temperatura w środku przypomina las tropikalny. Jest gorąco i występuje wysoka wilgotność powietrza, dlatego wchodząc tam zimą, zaleca się pozostawienie kurtek w sklepie z suwenirami.



Według strony internetowej wewnątrz specjalnego pokoju, który ma powierzchnię ponad 100 metrów kwadratowych, znajduje się około 400 motyli. Pochodzą one z Tajlandii, Filipin oraz lasów tropikalnych Ameryki Południowej i Meksyku.






Całość wygląda dość skromnie. Głównym elementem wystroju jest widoczny na zdjęciu wyżej staw. Osobiście mam bardzo mieszane uczucia do tego miejsca. Głównie ze względu na ogromne niebezpieczeństwo dla motyli. Zarówno na zewnątrz budynku, jak i w samym centrum widzieliśmy mnóstwo zdeptanych owadów. Sama wielokrotnie łapałam się na tym, że prawie nastąpiłam na skrzydło motyla, który akurat leżał na drewnianej kładce.






Faktem jest jednak to, że można zobaczyć tam piękne okazy motyli, które są bardzo fotogeniczne i towarzyskie. Owady upodobały sobie zwłaszcza mojego męża i cały czas siadały mu na plecach, głowie czy ramionach (ostatecznie to chyba on nabawił się większej fobii niż moja :P). 




























Miejsce, gdzie zaobserwować można, jak rodzi się nowe życie:


Wychodząc z Domu Motyli, mój ukochany nabrał ochoty, by pospacerować po lesie. W sumie aż żal było nie skorzystać z tak pięknej pogody. Widząc znak Jeleni Skok (jak pamiętacie, był to przystanek pomiędzy wieżą Diana a centrum miasta) postanowiliśmy udać się w jego kierunku i dopiero tam wsiąść w kolejkę. 




Zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, że krok za nami kroczyć będzie dzielnie biały paw, którego widzieliśmy już wcześniej. Dzielny kompan towarzyszył nam przez kawałek naszej drogi, później jednak zrezygnował z dalszej wędrówki, stając na jednym z kamieni i wydając donośne odgłosy. Niestety nie znam pawiego języka i nie wiem zupełnie, o co mu chodziło.

























Okolica, po której się poruszaliśmy, była naprawdę piękna i pozytywnie nastrajała do życia. Co prawda było stromo, a leśne ścieżki nie wyglądały na często uczęszczane, jednak przebywanie na łonie natury było bardzo kojące. Ostatnie promienie słońca przedzierały się przez konary drzew, a my żwawo pokonywaliśmy drogę, by ujrzeć znaną kozicę na wzgórzu.








Warto zaznaczyć, że po lesie poruszaliśmy się bez żadnej mapy czy planu. Była to totalnie spontaniczna wędrówka i nie byliśmy do niej przygotowani. Widzieliśmy wprawdzie jakieś oznaczenia na drzewach (namalowane farbami), jednak były one na tyle sprzeczne, że nie daliśmy rady odgadnąć, dokąd właściwie prowadziły. Nasze poszukiwania Jeleniego Skoku trwały nadal, a po drodze napotkaliśmy ciekawy obiekt.





W końcu natknęliśmy się na znak, który (wydawałoby się) doprowadzi nas do celu. Tak bardzo chciałam zobaczyć tę znaną kozicę na kamieniu, która spogląda na miasto (podgląd, jak wygląda – LINK). Po zobaczeniu tabliczki odżyły w nas chęci do dalszej wędrówki – znowu pod górkę!


Po wejściu na ten mały szczyt miałam już ochotę całować ziemię, po której stąpam..., ale ALE! Dlaczego nie ma tu kozicy tylko kolejna restauracja? Obeszliśmy ją dookoła, bo nawet po takim wysiłku nie byliśmy jeszcze głodni i podążyliśmy krokiem kilkorga ludzi, którzy wyglądali na takich co wiedzą, dokąd iść. Ta pogoń nie trwała zbyt długo, gdyż wszyscy oni kierowali się do skałki z krzyżem, która znajduje się tuż za budynkiem, a z niej roztacza się piękny (piękniejszy?) widok na miasto.

































W okolicy nie wypatrzyliśmy kozicy. Nie mieliśmy żadnego punktu odniesienia, a za kilka chwil miała odjeżdżać ostatnia kolejka do miasta. Na domiar złego zaczynało się chmurzyć, co zwiastowało nieuchronną zmianę pogody, a my mieliśmy na sobie letnie ubrania. Podjęliśmy męską decyzję! Z żalem odpuszczamy kozicę i wracamy na starówkę. Dopiero będąc w domu, okazało się, że od naszego celu dzieliło nas raptem 100 metrów, lecz nie było bezpośredniej drogi, która by nas tam poprowadziła. Musielibyśmy zejść piętro niżej i krążyć leśnymi ścieżkami po omacku.



Tego dnia obeszliśmy jeszcze okolicę w ramach spaceru i zrobiliśmy drobne zakupy. Wieczorem zaczął jednak padał paskudny deszcz, więc szybko zmyliśmy się do naszego mieszkanka, a pierwszej nocy towarzyszyła nam burza. Czy był to jakiś zwiastun?

W trzeciej części relacji pokażę Wam luksusowy hotel oraz opowiem, jakie wrażenia towarzyszyły nam podczas picia leczniczej wody ze źródeł.

Czy Wy również szukacie punktów widokowych podczas wyjazdów, by móc podziwiać okolicę z góry? 


12 komentarzy:

  1. Chętnie bym się tam wybrała ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie wygląda ten Dom Motyli :) miłej niedzieli!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy post, aż chce się odwiedzić Czechy:) Piękne zdjęcia:)
    http://www.ladymademoiselle.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam w Czechach w ostatniej klasie podstawówki,obudziłaś moje wspomnienia :) Cudne zdjęcia,super wycieczka ❤

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniałe miejsce wybraliście na Wasza podróż. Karlowe Wary zwiedzałam, ale tylko chodząc po uliczkach jego. Wy wybraliście świetną opcję udając się w górę. Domem motyli byłabym zachwycona, ja uwielbiam takie miejsca i cudownie się tam czuję. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetne miejsce! Bardzo spodobał mi się Dom Motyli! W Luala Lumpur widziałam siedzącego na ulicy motyla ogromnego jak ręka. Obiecałam sobie,że przy nadarzającej się okazji udam się właśnie do takiego miejsca, gdzie można podziwiać motyle. <3
    świetna wycieczka ;)

    OdpowiedzUsuń

  8. Dom motyli bardzo chętnie bym odwiedziła :)
    Sandicious

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne zdjęcia:)
    Zapraszam do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Punkty widokowe to zawsze świetna sprawa :)
    Super wycieczka, bardzo ładnie tam ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Do domu motyli to bym się przeszła :) ogólnie cały wypad był udany :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że przyczyniasz się do istnienia tego bloga! ♥

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...