sobota, 26 października 2019

Jak spędzić wakacje w październiku?

Wiem, że ostatnio rzadko się odzywam, ale moje życie stało się bardzo intensywne. Obecnie chciałabym skupić się na innej życiowej kwestii i muszę poświęcić jej mnóstwo czasu i energii. Doskonale jednak wiecie, że każdą najdrobniejszą chwilę staram się wykorzystać na podróżowanie i odkrywanie nowych miejsc. Tym samym na początku października udało mi się zorganizować wyjazd, podczas którego zawitaliśmy po raz pierwszy do dwóch nowych dla nas krajów.

A oto skrót naszego październikowego wyjazdu!



Muszę przyznać, że nasz wyjazd był intensywny, ale też niezwykle fascynujący i pod wieloma względami znakomity. Naszym pierwszym przystankiem była Wenecja, którą od dawna mieliśmy w planach. Niby znajduje się ona niedaleko, ale zawsze znajdowało się jakieś „ale”, by wyjechać w zupełnie innym kierunku. W końcu jednak dotarliśmy do tego miasta i możemy je śmiało odhaczyć z listy planowanych wyjazdów. Dość oryginalnie na miejsce noclegu wybraliśmy obrzeża Wenecji, a konkretniej mówiąc bungalow na placu kempingowym Jolly Camping. Pewnie część z Was łapie się w tym momencie za głowę, lecz był to najtańszy nocleg, jaki kiedykolwiek zarezerwowaliśmy, a niczym nie odchodził od standardowego pokoju w hotelu. Na miejscu do naszego użytku był basen, pralnia, restauracja, a nawet mały market, w którym można było zakupić produkty na śniadanie. Plusem był także bezpłatny parking.




Standardowo wykruszamy się także z wszelkich organizowanych akcji, więc nie skorzystaliśmy z oferty autobusowej JC, która proponowała dojazd do centrum Wenecji. Postanowiliśmy zatem wbić się w tłum i dostać się tam pociągiem. Było to kolejne świetne doświadczenie i challenge zakończony biegiem po peronach.

Pierwsze wrażenia o Wenecji były dość sprzeczne. Chyba nigdy nie doszło do sytuacji, w której moje zdanie o jakimś miejscu było totalnie różne od zdania mojego męża. Jak dla mnie Wenecja jest miastem absolutnie fotogenicznym i patrzyłam na nią właśnie przez pryzmat obiektywu aparatu. Każdy kącik w tym przypadku wprawiał w osłupienie. Przy tym miała ona niezwykły klimat, którego nie można doświadczyć nigdzie indziej. Wąskie uliczki kończące się w wielu przypadkach zejściem jedynie do wody i błądzenie bez celu nie będąc nawet w stanie odnaleźć drogi na mapie. Z tym bez dwóch zdań będzie kojarzyć mi się Wenecja. W czasie naszego pobytu trafiliśmy także na świetną, letnią pogodę, która dodatkowo podniosła atrakcyjność tego wyjazdu. Spacerując po Wenecji trzeba nastawić się na duuużo chodzenia! Inaczej nie można się tam poruszać. Nie zliczę nawet ilości mostów i schodów, które pokonaliśmy. Łydki zdecydowanie dawały o sobie znać.

























By jednak być nieco bardziej obiektywna, muszę wspomnieć także o wadach. Nikogo nie powinno dziwić, że ulice Wenecji przepełnione są turystami. I to do tego stopnia, że w wąskich korytarzach pomiędzy kolejnymi atrakcjami trzeba było stać „w kolejkach”, by w ogóle przejść dalej. Takie skupisko ludzi nie jest dla mnie zbyt komfortową sytuacją i nie czułam się przez to bezpiecznie. Wolę również nie myśleć, jak wygląda to w czasie sezonu letniego. Inną sprawą są same budynki. Wspominałam już o tym, że Wenecja należy do fotogenicznych miejsc, a jeśli ktoś tylko trochę bawił się aparatem to wie, że często na zdjęciach bardzo dobry efekt dają rzeczy stare czy zniszczone. Tak podsumować można właśnie domy leżące nad kanałami. O ile w aparacie robiły one bardzo dobre wrażenie, to na żywo byliśmy nieco skonfundowani ogromnym zaniedbaniem. Zupełnie jak gdyby tym miejscem od lat nikt się nie zajmował, a woda robiła co chciała.



Wspomnieć należy tutaj także o rozpowszechnionej opinii, mówiącej ze Wenecja śmierdzi. Nie wiem, jakie odczucia towarzyszą temu miastu latem. Podczas naszego pobytu kilkukrotnie zdarzyło się nam przytkać nosy, jednak niemiły zapach nie towarzyszył nam cały czas, a jedynie momentami. O wiele większym problemem (również pod względem zapachów) są jednak bezdomni. Na porządku dziennym okazał się widok załatwiających swe potrzeby fizjologiczne mężczyzn czy nawet przebieranie się pod główną atrakcją!

























Szybko wspomnę jeszcze o cenach. Co prawda na nocleg w centrum Wenecji bym się nie zdecydowała (stosunek jakości do ceny – bez komentarza), lecz spodziewałam się o wiele większych kwot. Okazało się jednak, że bez większego wysiłku można zjeść za normalne pieniądze i kupić tanio pamiątki. Będąc w Wenecji nie zdecydowaliśmy się na przepłynięcie tramwajem wodnym czy gondolą, co nie miało dla nas większego sensu, widząc tłumy gromadzące się w kolejkach i na wodnych pojazdach. Szczerze mówiąc, nie czuję, żeby mnie coś ominęło.

Słowem podsumowania, Wenecja jest jednym z tych miast, które trzeba raz w życiu zobaczyć, lecz drugi raz nie zdecydowałabym się tam pojechać. Ot, miejsce odhaczone z listy.





Z Wenecji jechaliśmy w stronę Chorwacji, po drodze przejeżdżając przez Słowenię, gdzie postanowiliśmy zrobić sobie mały przystanek. Niedaleko granicy położony jest bowiem imponujący kompleks jaskiń, wpisany na listę UNESCO. Gdy tylko o nim usłyszałam, postanowiłam dopisać go do naszego planu wycieczki. Tym samym wczesnym rankiem stawiliśmy się pod kasą biletową miejsca o nazwie Skocjanske Jame. Wejście na teren jaskini możliwe jest jedynie w wyznaczonych godzinach wraz z przewodnikiem. W tej okolicy obrać można trzy różne trasy, od czego uzależniona jest także cena biletu. My zdecydowaliśmy się jedynie na pierwszą z nich ze względu na goniący nas czas.


Niestety nie posiadam żadnych zdjęć z tego miejsca, ponieważ jest tam absolutny zakaz fotografowania i filmowania, jednak na słowo musicie mi uwierzyć, że warto tam być. Tak ogromnych grot jeszcze nie widziałam, a kilka jaskiń udało mi się już zobaczyć. Poza tym widoku oświetlonej drogi, mostów i rzeki płynącej w głębi jaskini nie zapomnę nigdy. Było to niezwykle fascynujące przeżycie. Niczym wędrówka ulicami podziemnego miasta.






Nie będę Wam przybliżać każdego zjedzonego posiłku podczas naszego urlopu, lecz o jednym zdecydowanie muszę wspomnieć. Absolutnym przypadkiem trafiliśmy do gospody o nazwie Gostilna Trije Lovci, gdzie zjedliśmy przepyszny, domowy obiad. Kuchnia słowiańska nie różni się wiele od polskiej, dlatego w podanych daniach odnaleźliśmy nutkę znanych nam smaków, a przy tym porcje były gigantyczne! Do dziś wspominam ich wersję puree ziemniaczanego podanego z boczkiem i cebulą, która w smaku przypominała nam farsz do pierogów ruskich.

Chwilę dłużej zatrzymaliśmy się w chorwackiej Puli. Śmiało mogę powiedzieć, że mieliśmy tam najlepszy nocleg, jaki kiedykolwiek udało nam się zarezerwować. Przemiły właściciel oddał nam nawet własne miejsce parkingowe, byśmy nie musieli zbankrutować na opłatach za postój. City Center Room znajdował się praktycznie w samym centrum, przy tym koszt dużego pokoju z małżeńskim łożem i dostępem do wspólnej kuchni był wręcz śmieszny.





Będąc tak blisko Morza Adriatyckiego, nie mogliśmy nie zobaczyć chorwackiej plaży. Tym samym w tym roku udało nam się zaliczyć pobyt nad trzema morzami (Morzem Śródziemnym, Bałtykiem i Adriatykiem). W ramach ciekawostki powiedzieć mogę tylko, że na wykąpanie pozwoliło nam jedynie te ostatnie, gdzie temperatura była przyjemnie ciepła. Podziwiać mogliśmy także piękny zachód słońca nad wodą.



Sama Pula zachwyciła nas także pod względem zabytków. Nie spodziewałam się, że tak mała mieścina może skrywać tyle imponujących rzymskich pozostałości. Wiele budynków zachowało się tam wręcz w idealnym stanie, a Arena zrobiła na mnie większe wrażenie niż najbardziej znane rzymskie Koloseum.

Odniosłam wrażenie, że to miejsce jest bardzo niedoceniane. Sama nie miałam pojęcia o jego istnieniu, a pojechaliśmy tam z polecenia naszego sąsiada. Na miejscu nie doświadczyliśmy także wielu turystów. Warto się tam jednak zatrzymać, nawet przejazdem. Polecam również spacer nocą i obejrzenie Areny w blasku księżyca.
























Głównym celem naszego wyjazdu był jednak Zagrzeb. To na tę stolicę przeznaczyłam najwięcej czasu do zwiedzania i byłam jej najbardziej ciekawa. Po wszystkich zachwytach, które wyczytałam w internecie spodziewałam się naprawdę wiele. Niestety od początku poczułam się rozczarowana. W Zagrzebiu wynajęliśmy mieszkanie na czas naszego przyjazdu. Sam sposób dostania się do niego wyglądał niczym gra w podchody: wskazówki przysyłane przez właścicielkę, klucze poukrywane w różnych miejscach. Najbardziej chaotyczną kwestią okazał się jednak parking, który miał być dostępny pod budynkiem. Owszem był, lecz nie można było zostawić na nim auta na dłużej niż 2 godziny.

System parkowania w Chorwacji uważam za coś absolutnie żenującego. Miasta podzielone są na trzy strefy, w których obowiązuje inna stawka za godzinę i limit stania w tym miejscu. Parkomat, który obowiązywał na „naszym” parkingu przyjmował maksymalną stawkę za 2 h postoju, po tym czasie powinniśmy zjawić się ponownie i dorzucić monety. Tylko że jak w takim przypadku swobodnie zwiedzać? Pytaliśmy przypadkowych przechodniów, co moglibyśmy zrobić, bo w pobliżu nie ma żadnego (!) parkingu, w którym moglibyśmy zostawić samochód na kilka dni. W każdym przypadku usłyszeliśmy tę samą odpowiedź: zostawić auto i poczekać na mandat, który kosztuje tyle samo, co dzienna karta postojowa, którą trzeba kupić na drugim końcu miasta. No i tak też zrobiliśmy. Pierwszego dnia się nam upiekło, a drugiego mieliśmy wystawiony nasz pierwszy chorwacki mandat.

PS. Nikogo nie powinien zatem dziwić widok aut pozostawionych na światłach awaryjnych na środku ruchliwej ulicy, bo kierowca musi kupić bułeczki w piekarni.





Pozostawmy jednak temat parkingu. Nastąpił ciąg dalszy gry w podchody mieszkaniowe. Poszukiwanie drzwi wejściowych, a nawet włącznika ciepłej wody. Na koniec jeszcze wypełnienie miliona formularzy, zrobienie zdjęć dokumentów i przesłanie ich, co oczywiście wiązało się z szukaniem kabli w torbach itp. To rozwiązanie było wygodne chyba tylko dla właścicielki. Po ogarnięciu tej całej papirologii ruszyliśmy w końcu na miasto. Był środek tygodnia, więc totalnie zdziwił nas tłum, jaki zastaliśmy na ulicach. Zdecydowanie odzwyczailiśmy się od takiego ruchu ulicznego.



Pierwsze wrażenie o Zagrzebiu utrzymało się do końca naszego pobytu. Wygląda ono identycznie jak duże miasto w Polsce. Gdzieniegdzie ładne kamieniczki i ciekawe atrakcje, lecz wystarczy zboczyć w boczną drogę i wchodzi się w typowe slamsy. Obok zabytkowych budynków stoją oszklone wieżowce. W mieście dominuje atmosfera miejskiej imprezy. Zagrzeb nigdy nie śpi. Im później, tym więcej ludzi znajduje się na ulicach, otwiera się coraz więcej knajp, barów i dyskotek. I jeśli dla kogoś tak wygląda urlop, to jak najbardziej odnajdzie się w chorwackiej stolicy. My niestety byliśmy tym za bardzo przytłoczeni.

























Co zatem zobaczyliśmy w Zagrzebiu? Pospacerowaliśmy po centralnych uliczkach, zainteresowaliśmy się remontowaną katedrą, a na zdjęciach uwieczniliśmy kilkanaście pomników. Kilka uliczek wpadło nam w oko. Do tego grona zaliczyć można restauracyjną ul. Ivana Tkalcica czy totalnie oderwaną od rzeczywistości Promenadę Strossmayera. Wpadliśmy także na słynny market Dolac, spojrzeliśmy na miasto z pewnej wysokości i … byliśmy uczestnikami strajku! Akurat w trakcie trwania naszej wycieczki odbywały się tam strajki, a my natrafialiśmy na tę grupę na każdym kroku wyznaczonej trasy, którą podążaliśmy. Tym samym nie doszliśmy nawet do wnętrza Kościoła św. Marka, a z zewnątrz posiadam jedynie zdjęcie z tłumem ludzi.



Częścią, która w Zagrzebiu mnie absolutnie zachwyciła, była Podkowa Lenuzziego. Ze zgiełku tłocznego miasta trafiliśmy do miejsca, które emanowało spokojem i pozytywną energią. To tam udało nam się przysiąść na chwilę, podziwiać fontanny i okwiecone jeszcze trawniki i po prostu odpocząć. Wychodząc wieczorem na kolację, odkryliśmy Muzeum Iluzji, które otwarte było do późnych godzin wieczornych, więc pośmialiśmy się nieco sami z siebie i zagłębiliśmy w świat zagadek.

Gdyby nie opłacony nocleg, z Zagrzebia wyjechalibyśmy dużo wcześniej. Zdecydowaliśmy się zatem spontanicznie na znalezienie jakiegoś miejsca wypadowego i dotarliśmy w ten sposób do miasta Verezdin, byłej stolicy Chorwacji. Przyznam szczerze, że podobało mi się tam o wiele bardziej. Małe miasteczko z uroczą starówką i historycznie opisanymi budynkami. W centralnym punkcie położony jest także ciekawy zamek, który prezentuje się dość bajecznie.



Za ostatni cel obraliśmy Lubjubljanę, stolicę Słowenii. Już od pierwszych minut pobytu żałowałam, że nie przyjechaliśmy tutaj wcześniej. To miasto, mimo że o wiele mniejsze, oferowało na każdym kroku coś ciekawego. Wystarczyło się obrócić, by już wypatrzeć jakiś interesujący detal, wykończenie budynku czy fantazyjnie przygotowaną wystawę sklepową. Nawet ludzie wydawali się być jacyś tacy szczęśliwsi.



Nad słoweńską stolicą króluje zamek, do którego musieliśmy się dostać. Zachwyciły nas wystawy i świetna organizacja tego miejsca, a także sprytne połączenie nowego ze starym. Nie odwiedziłam jeszcze tak nowoczesnego muzeum, w którym np. wystawy podświetlały się w momencie przejścia obok nich, a wiele eksponatów wystawionych było do dotknięcia. Z górnej wieży mieliśmy także doskonały widok na miasto z góry.
























Cała starówka i centrum było tak urocze, że nie chcieliśmy stamtąd odchodzić, a ja co krok zatrzymywałam się na zrobienie kolejnego zdjęcia. Jest to doskonały przykład miasta, które chętnie zwiedzam. Na nocleg wybraliśmy w tym przypadku B&B By The Way, który zapewnił nam wszystko, co chcieliśmy. Po krótkim odpoczynku wybraliśmy się jeszcze na wieczorny spacer, który w tym przypadku był wręcz obowiązkowy. Ponownie zachwyciło nas oświetlone miasto, a także każde danie, którego spróbowaliśmy. Nie obyło się też bez niespodzianek w postacie latających nad rzeką nietoperzy!

W drodze powrotnej skręciliśmy jeszcze, by spojrzeć na najbardziej popularne jezioro na Słowenii – Bled.



W ten sposób zakończyliśmy nasz wyjazd pełen wrażeń i atrakcji. Po raz pierwszy spędziliśmy czas na Chorwacji i Słowenii. Można powiedzieć, że przetarliśmy szlaki prowadzące na wschód. Zwłaszcza drugie z przytoczonych państw podbiło moje serce swoją otwartością i pięknymi zielonymi terenami. Z tego wyjazdu powróciliśmy z mnóstwem wspomnień i przygodami, których byliśmy częścią.

Byliście w którymś z tych miejsc? Jakie były Wasze wrażenia?

sobota, 28 września 2019

Projekt Denko - sierpień i wrzesień 2019

Przede mną szybki, aczkolwiek bardzo intensywny wyjazd, ale zanim do niego dojdzie, postanowiłam jeszcze na szybko wyskrobać Projekt Denko. Jak zauważyliście już po tytule, po raz kolejny będzie to zestawienie zużytych kosmetyków w ciągu dwóch miesięcy. Podejrzewam, że będzie to nowa tradycja w mojej blogowej rzeczywistości.

Bez zbędnego przedłużania zapraszam na kolejny Projekt Denko!

Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!
Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!




1) Pianka pod prysznic Balea Hawaiian Dream

To druga pianka marki Balea, jaką wypróbowałam, i utwierdziła mnie ona w przekonaniu, że są to produkty godne polecenia i zakupu. Gęsta, sprężysta piana o przepięknym zapachu z łatwością rozsmarowywała się po ciele i pozostawiała przyjemne uczucie odprężenia. Idealna do domowego spa.



2) Szampon Garnier Fructis Cucumber Fresh

Szampony tej serii kupiłam w większej ilości, toteż systematycznie je zużywam. Kolejna butelka została wykończona. W moim przypadku szampony Fructis sprawdzają się bardzo dobrze i ten nie jest wyjątkiem. Włosy wyglądały po nim dobrze, były świeże i pachnące. Nie ucierpiała także moja wrażliwa skóra głowy.

3) Tonik do twarzy Nature

Jedno z bardziej udanych odkryć kosmetycznych w ostatnim czasie. W mojej pielęgnacji goszczą ostatnio przede wszystkim produkty sprawdzone, których działania jestem pewna. Po wykończeniu zapasów musiałam jednak zaopatrzyć się w nowy tonik, a na drogeryjnej półce ten był akurat w promocji. Dobra cena i delikatne opakowanie przyciągnęły mnie do zakupu. Ostatecznie byłam z niego bardzo zadowolona. Tonik działał bardzo dobrze. Był delikatny dla skóry, nie pozostawiał podrażnień i ładnie pachniał (niczym guma balonowa). Uwielbiałam poranny kontakt z nim, bo dawał niezwykle przyjemne odświeżenie i od razu budził do życia.



4) Płyn micelarny Bourjois Paris

Mój ulubieniec do oczyszczania twarzy z makijażu. Działa bezbłędnie.

5) Krem pod oczy Naturaline

Delikatny krem przeznaczony do pielęgnacji okolic oczu. Zawiera ekstrakt z alg i jest produktem wegańskim. Kupiłam go, nie znajdując nic innego. Nie zużyłam go jednak do końca ze względu na krótką datę ważności. Nie mam żadnych problemów z tą częścią mojej twarzy, toteż nie widziałam żadnych efektów jego używania, ale tak jest z każdym kremem tego rodzaju. Po prostu profilaktyka.



6-7) Maseczki w płachcie Berrisom

To już ostatnie z zestawu masek, który zakupiłam do testów. Okazało się, że najgorsze pozostawiłam sobie na koniec. Kolagenowa maska z wizerunkiem tygrysa mocno szczypała, a przy tym śmierdziała, jak gdybym wąchała czysty spirytus. Nie polecam. Druga z masek była nieco lepsza w użyciu, lecz nie rewelacyjna. Ot, poprawna maska.



8) Masełko do ust Labello

Pamiętam szał, jaki panował swego czasu na te masełka do ust w różnych smakach. W Polsce sprzedawane pod szyldem Nivea, a w Szwajcarii z kolei jako Labello. Produkt jednak ten sam. Po czasie zastanawiam się, co było faktycznym powodem fenomenu tego produktu, bo z całą pewnością nie działanie. W moim odczuciu było ono bardzo krótkotrwale. Odmówić nie można im jednak rozkosznych zapachów.



9) Pomadka ochronna Balea Intensiv

Jak widać zrobiłam małe czystki w łazienkowych szafkach, więc do Denka trafiła również pomadka Balea, którą kiedyś wyciągnęłam z kalendarza adwentowego. Leżała ona bez użytku od dobrego roku, a i pewnie tyle samo czasu jest już przeterminowana. Byl to kolejny produkt, który dawał jakieś działanie, lecz na krótką chwilę. By cieszyć się dobrze nawilżonymi ustami musiałabym nakładać ją chyba co 30 minut. Ostatecznie bez żalu żegnam się z nią.

10) Pianka do golenia Gillette Satin Care

Ogromnie polubiłam się z piankami Gillette i uważam, że są to zdecydowanie najlepsze produkty do golenia, jakie znaleźć można na rynku. Co dla mnie bardzo ważne: nie podrażniają skóry, a po goleniu pozostawiają ją gładką i miękką, na tyle że nie muszę nakładać dodatkowych kremów.



11) Balsam po przedawkowaniu słońca Lirene

Jak widać prawie nie używany. Kupiłam go wieki temu i użyłam może trzy razy. Obecnie nie doprowadzam mojej skóry do momentu przedawkowania słońca i nie narażam się na poparzenia słoneczne, więc nie był mi on więcej potrzebny.

12) Puder matujący Rimmel Stay Matte

Po niezbyt korzystnym pierwszym kontakcie z tym pudrem postanowiłam dać mu ponownie szansę. Za drugim razem szczerze go pokochałam. Puder świetnie matowił twarz, nie zapychał jej i dawał ładne wykończenie makijażu. Przy tym wyglądał bardzo naturalnie. Szczerze w nieszczęściu. Chętnie kupowałabym go częściej, lecz w Szwajcarii nie mogę już spotkać Rimmela stacjonarnie.


13) Płyn do płukania ust Dentofit

W tej kategorii zazwyczaj sięgam po dobrze znany płyn Colgate, lecz tym razem zrobiłam wyjątek (głównie z powodu mojego lenistwa). W tym przypadku wydać mogę pozytywną opinię. Płyn był delikatny, niedrażniący, a przy tym dobrze odświeżał. Będę częściej po niego sięgać.



14-15) Pasty do zębów: Elmex Kariesschutz i Sensitive Plus

16) Mydło w płynie I am Minty Cucumber

Klasyczne mydło w płynie o dobrym działaniu i odświeżającym zapachu mięty i ogórka.



17) Chusteczki nawilżające Hakle

Jak widać opakowanie zużyte mniej więcej do połowy. Zawsze mam problem z odklejającą się częścią do otwierania, przez co chusteczki wysychają i nie nadają się absolutnie do niczego.



18) Płatki kosmetyczne Elkos

19) Gumka sprężynka

Tylko tego rodzaju gumki są w stanie ujarzmić moje włosy i nie zsuwać się z nich.



20) Kosmetyczka Yves Rocher

Jak widać mocno już zużyta.

Kosmetyki męskie:



21) Żel pod prysznic I am Re-Charge 2 in 1 – Przyjemny żel o cudownym, męskim zapachu. Dobry w działaniu, fajnie się pieni.
22) Żel pod prysznic Isana Men Active Cool – Produkt z rodzimego podwórka. Pozostawił po sobie pozytywne wrażenia. Plus za charakterny zapach.
23) Antyperspirant w sprayu Nivea Men Silver Protect – Tradycyjne zużycie mojego męża. Pojawia się w każdym Denku.

Próbki


Zestaw tonik + krem Dado Sens – Poprawny duecik.
Plastry do oczyszczania nosa Dermo pHarma+ - Najlepsze plastry, jakich używałam.

Znacie te kosmetyki?

sobota, 21 września 2019

La Turbie - mała francuska perelka

Wraz z mężem uwielbiamy wycieczki typu objazdówki. Jest to zdecydowanie najlepsza dla nas forma podróżowania, przejeżdżając jakąś trasą zawsze sprawdzam, co ciekawego można zobaczyć „po drodze”. Tym samym nasze wycieczki często nie skupiają się na jednym celu, a my możemy cieszyć się odkrywaniem jeszcze większej ilości miejsc. Tak samo postąpiliśmy podczas zwiedzania Lazurowego Wybrzeża. W drodze powrotnej trafiliśmy zatem do uroczego miasteczka La Turbie.



La Turbie leży nad Monako na wysokości 1150 m po francuskiej stronie. Jest to przykład starego, kamiennego miasteczka z piękną starówką oraz pewnym symbolem, który przyciąga turystów.

























Ciekawa jest sama historia tej mieściny, która wybudowana została na chwałę Cesarza Augusta przez Rzymian. Późniejsza historia była już burzliwa. W czasach średniowiecza miejsce to służyło jako forteca, a następnie została rozebrana przez Ludwika XIV i zamieniona w kamieniołom.

Charakterystycznym punktem, który widać z każdej ulicy jest Trophee d'Augusta – pozostałość statuy, która obecnie wznosi się na wysokość 30 m. Pierwotnie mierzyła ona 49 m, a na jej szczycie ustawiona była statua przedstawiająca Cesarza.

























Całość składa się z ogromnej wieży kamiennej umieszczonej na kwadratowej platformie. Zdobią ją także doryckie kolumny.

By wejść na ten teren trzeba troszeczkę pobłądzić. Tym samym zanim zobaczyliśmy główną atrakcję zwiedziliśmy przy okazji połowę miasteczka, jak i trafiliśmy na zabytkowy cmentarz.

Idąc dalej przed siebie dotarliśmy do wzgórza, z którego rozciągał się widok na piękne Monako, które tak bardzo pokochaliśmy (LINK). Niestety słońce nie pozwoliło na zrobienie dobrego zdjęcia z tej perspektywy, ale nadal pamiętam to uczucie, które nam towarzyszyło.

























By dostać się bezpośrednio do kasy biletowej, należy wybrać na nawigacji adres: 2 Rue Capouane, 06320 La Turbie.

Godziny otwarcia:
od 2. stycznia do 18 maja i od 21. września do 31. grudnia
10:00-13:30 i 14:30-17:00

od 19. maja do 20. września
9:30-13:00 i 14:30-18:30

Bilety wstępu:
bilet normalny – 6 euro
bilet ulgowy – 5 euro


























Widok z wieży jest również imponujący.




Poza symbolem miasta zwiedzić można małe muzeum przybliżające historię tego miejsca. Można tam między innymi zobaczyć odwzorowanie pierwotnego wyglądu statuy.




Wracając do samego miasteczka, ma ono niebywały urok. Powoduje z pewnością uczucie cofnięcia się w czasie. Łączy w sobie styl barokowy, klasycystyczny i średniowieczny. Po przekroczeniu głównej bramy w zabytkowym murze obronnym, znajdziemy się w innym świecie.



























Małe brukowane uliczki wyłączone z ruchu ulicznego, piękne kamienne domy i mnóstwo roślinności. Ma to swój niepowtarzalny klimat.
























Lubicie zwiedzać takie małe miasteczka?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...