czwartek, 30 sierpnia 2018

Co (nie) warto przeczytać? - Z innej epoki

Już trzy miesiące minęły od mojego ostatniego wpisu z szybkimi recenzjami książkowymi. Naturalnie w tym czasie nie rezygnowałam z lektur i sięgałam w miarę możliwości do kolejnych pozycji literackich. Nie znalazłam jednak czasu na opisanie ich na blogu, co postaram się dziś nadrobić. Dzisiejsze zestawienie doskonale pokazuje moją fascynację historią i odległymi (mniej lub bardziej) czasami. Każda z książek ma w sobie coś z innej epoki.

Czy są one warte przeczytania?


Rebeka
Autorka: Daphne du Maurier
Wydawnictwo: Iskry Warszawa
Liczba stron: 359
Cena: Prezent. Na tyle widnieje jednak cena: 19000 zł ;)


Rebeka to książka, którą otrzymałam kiedyś od pewnej starszej pani, która pozbywała się swojej kolekcji i sprezentowała mi jedną pozycję do czytania. Przez długi czas nie byłam w ogóle do niej przekonana i dopiero niedawno wygrzebałam ją z zakurzonych pudeł. Z jednej strony fascynowało mnie wejście w świat innej epoki (uwielbiam również wszelkie filmy kostiumowe, a moim marzeniem jest cofnięcie do zaprzeszłych epok i przeżycie w takich warunkach choć jednego dnia), z drugiej jednak strony powieść wydana w 1938 roku, powodowała obawę, że literacko nie będzie to utwór „aktualny“.

Rebeka to powieść, która łączy ze sobą różne gatunki literackie. Można nazwać ją dramatem romantycznym, osadzonym w XIX-wiecznym thrillerem czy w końcu psychologiczną literaturą grozy. Główną bohaterką oraz narratorką jest uboga dziewczyna, która pracuje jako dama do towarzystwa bogatej Amerykanki. Podczas jednego z wyjazdów ze swoją pracodawczynią poznaje tajemniczego wdowca Maxima de Wintera, którego szybko poślubia i zamieszkuje w jego okazałej posiadłości. Na miejscu jednak nie jest ona należycie przyjęta, a służba i cały klimat dworku Manderley przypomina jej o istnieniu „prawdziwej pani de Winter”, która mimo śmierci nadal dzieży władzę w domu.



Powieść ta jest podzielona na 27 rozbudowanych rozdziałów, w których przeczytać możemy głównie odczucia i zachowania młodej mężatki. Ja z chęcią podzieliłabym ją na dwie główne części, z którym w pierwszej dominują właśnie przemyślenia narratorki i obszerne opisy jej przeżyć. Druga część posuwa już akcję mocno naprzód i górę biorą wydarzenia, które szybko nabierają tempa. Staram się posługiwać ogólnikami, gdyby ktoś chciał sięgnąć po tę starą książkę. Ciężko mi nie zdradzić przy tym szczegółów, bo opis książki w zupełności nie zdradza tego, co w rzeczywistości czeka na nas na kartkach.

Przyznam szczerze, że (zachowując mój podział tej lektury) pierwsza część mnie nieźle znudziła. Zawiłe opisy nie sprawiały mi przyjemności w czytaniu i miałam często odruch „przewracania oczami”. Dało się odczuć, że główna bohaterka mówi (a raczej myśli) w kółko to samo. Dwa razy nawet porzucałam jej przeczytanie, szło mi więc bardzo opornie. Po około 250 stronach pojawiła się jednak petarda! Zwrot akcji, który wywołał u mnie głośny okrzyk: „Że co?!”. Nawet trzy razy przeczytałam to, co właściwie się wydarzyło. Od tamtej pory tak wciągnęłam się w fabułę, że nie byłam w stanie się oderwać i przeczytałam ją do końca w jeden wieczór. Akcja stała się wartka, szybka, a ja – jako zwykły czytelnik – czułam to napięcie i zdenerwowanie towarzyszące bohaterom.

Gdybym nie dała tej książce szansy pewnie oceniłabym ją bardzo nisko i nie poleciła do niej zaglądać. Ze względu jednak na świetny punkt zwrotny i odbicie piłeczki w zupełnie nieoczekiwaną stronę jestem bardzo zadowolona, że doczytałam ją do końca, a końcowe wydarzenia były dla mnie niezwykle ciekawe. Na uwagę zasługuje również klimat angielskiej posiadłości z epoki.

Niedyskretnik
Autorka: Therese Oneill
Wydawnictwo: MUZA
Liczba stron: 318
Cena: 39,90 zł


Niedyskretnik to dość popularna lekturka luźno nawiązująca do literatury popularno-naukowej. Kilkukrotnie pojawiała mi się ona przed oczami podczas przeglądania również stron, a że jej tematyka ściśle związana jest z epoką wiktoriańską, która stanowi obiekt mojego szczerego zainteresowania, postanowiłam wrzucić ją do koszyka podczas mojego książkowego zamówienia. Nie ukrywam również, że miałam co do niej spore oczekiwania.

Jak sam opis książki informuje, jest to luźny przewodnik po epoce wiktoriańskiej, gdzie w przeciwieństwie do panujących wtedy konwenansów, nie znajdziemy tematów tabu. We wnętrzu lektury poruszane są tematy wstydliwe, tematy, „o których się nie mówi”. Można zatem w niej przeczytać o drażliwych kwestiach higieny ludzi żyjących w przytoczonej epoce, codziennych problemach kobiet, kwestii ich roli w społeczeństwie, a nawet o tym, jak kobiety radziły sobie z menstruacją.

Całość podzielona jest na 14 rozdziałów, z których każdy porusza inne zagadnienie, lecz tworzą one spójną jedność. Kolejne strony książki opatrzone są również w ilustracje, zdjęcia i plakaty, będące kopią oryginalnych. O ile samo ich pojawienie się uważam za świetny dodatek do treści, to już ich opisy wprawiały mnie wręcz w konsternację i zakłopotanie. Tę część zdecydowanie usunęłabym z książki, ale do tego powrócę za moment.


Sama konstrukcja książki jest bardzo przyjemna. Widocznie rozdzielone są w niej kolejne rozdziały oraz podrozdziały. Każdej zmianie tematu towarzyszy osobny tytuł, a ten zabieg zdecydowanie ułatwia przyswajanie treści lektury. Cytaty również oddzielone są od reszty wywodu autorki. Wraz z nimi przytaczane są źródła owego tekstu oraz ich autor, co zwiększa dodatkowo autentyczność wypowiedzi i pozwala na późniejsze pogłębienie tematu. 

Tematykę książki można byłoby śmiało określić jako pozycję popularno-naukową, która opisuje bez skrupułów problemy i myślenie ludzi, żyjących w XIX wieku. Można byłoby, gdyby nie język, którym napisana jest książka, a który powoduje, że jako czytelnik miałam wrażenie, jakby autorka wyszydzała i kpiła z tematów, które porusza. Pisarka zwraca się w swoim dziele do czytelnika (a raczej czytelniczki, bo forma wypowiedzi ewidentnie skierowana jest do kobiet) per Ty: „Dziękuję, że się zjawiłaś”, „usiądź”, „powiem Ci” itp. Być może komuś odpowiada taki styl wypowiedzi, lecz ja po kilku kartkach czułam się zmęczona takimi przerywnikami. Co innego gdybym słuchała jakiegoś wykładu. W wersji pisanej było to dla mnie meczące. Równie nieprzyjemnie robiło mi się czytając zdania typu: „Z pewnością uważasz, że …”, które zupełnie nie pokrywały się z tym, co faktycznie myślę. A ja nienawidzę, gdy mi się coś wmawia! W pewnym momencie pomyślałam nawet, że nie jestem faktycznym odbiorcą tej książki, bo autorka zakładała z góry, że nie tylko czyta ją kobieta, ale także że nie ma ona pojęcia o epoce wiktoriańskiej czy ogólnej historii i nie wie na przykład, że nie od zawsze istnieje toaleta, a ta epoka wiąże się jedynie z pięknymi sukniami.

Na ponad 300 stronach tylko kilka z nich przedstawia rzeczywiste fakty. Reszta stanowi luźne przytaczanie cytatów i komentowanie ich przez autorkę, od której bije nienawiść do męskiej rasy, a jej zdania zdecydowanie mogłyby znaleźć się na plakatach zawziętych feministek. Czasem przytaczała ona zdania, a już parę linijek dalej zaprzeczała sama sobie, wprowadzając kąśliwe komentarze. Jednym słowem tak szyderczy i kpiący sposób wypowiedzi zupełnie mi nie pasował. Chciałam przeczytać rzeczową lekturę, a nie prześmiewczą opinię feministki na temat mężczyzn i ich postawy wobec kobiet w XIX wieku. Autorka zdawała się nie brać pod uwagę, że ludzie w tamtym okresie posiadali mniejszą wiedzę w różnych dziedzinach i zupełnie nie szanowała konwenansów i zwyczajów, które wtedy panowały. Jak dla mnie powinna darować sobie komentarze w stylu „Olaboga! Śmiejmy się z tego, bo oni byli tacy głupi!”. W końcu to oni wynaleźli tę cholerną toaletę, na której teraz możesz siedzieć!

Podsumowując, książka przytacza kilka ciekawostek z życia codziennego ludzi z epoki wiktoriańskiej. Jeśli komuś nie przeszkadza prześmiewczy humor autorki i fakt, że jej książka stała się poniekąd parodią, może po nią sięgnąć. Również dla osób, które nie mają absolutnie żadnego pojęcia o tych czasach, może być to źródło pewnej szczątkowej wiedzy na ten temat (z zaznaczeniem, że po lekturze sięgnie się do źródeł historycznych i poszerzy swoją wiedzę, a nie oprze się na opiniach pisarki). Ja oczekiwałam od tej książki czegoś innego.

Muzyka żab
Autorka: Emma Donoghue
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 423
Cena: 39 zł


Muzyka żab to powieść, której akcja osadzona jest w końcówce wieku XIX. Już na pierwszych kartkach książki dowiadujemy się o morderstwie barwnej postaci o bujnej przeszłości. Główną bohaterką książki jest jednak Blanche, jej przyjaciółka, która zajmuje się tańcem burleskowym oraz trudni się najstarszym zawodem świata. To o jej życiu możemy przeczytać w fabule tej książki.

Powieść pani Donoghue podzielona jest na 8 głównych rozdziałów, w których akcja przenosi się często z czasu teraźniejszego do przeszłości. Książka ta ma bardzo kontrowersyjny charakter. Nie tylko zawód głównej bohaterki, ale także jej stosunek do kwestii seksualnych czy swojego własnego dziecka wydał mi się dość dziwny. Choć próbowałam zachować duży dystans i patrzeć na bohaterkę bez uprzedzeń, to jednak nie zapałałam do niej sympatią, a wręcz przeciwnie. Wiele jej zachowań wzbudzało raczej u mnie odrazę.


Jak na powieść, która reklamuje się mianem thrillera i opisuje swoją fabulę jako książkę o morderstwie, znajduje się w niej raczej mało na jego temat. Był to w moim odczuciu wątek poboczny, a w głównym świetle stała zawsze Blanche i jej dziwne zachowanie. Autorka starała się odzwierciedlić klimat epoki wiktoriańskiej, co udawało jej się z większym lub mniejszym skutkiem. Samo zakończenie nie powaliło mnie na kolana. Określić mogłabym je jako słabe, a wyjaśnienie zagadki morderstwa to pójście po najmniejszej linii oporu.

Przyznam szczerze, że była to kolejna książka, którą męczyłam. Dwukrotnie nawet przestawałam ją czytać, lecz nie potrafię zostawiać niedokończonych spraw. Książka posiada kilka stron Posłowia, które w całej lekturze wydało mi się najciekawsze. To stamtąd dowiedzieć można się, że książka bazuje na autentycznych wydarzeniach i odwzorowuje rzeczywiste postacie. Można w tym miejscu przeczytać o faktach z życia prawdziwych bohaterów i o ich dalszej historii. Na podstawie tych kilku stron można wywnioskować, że autorka wykonała ogrom pracy, gromadząc materiał do napisania powieści, która mogłaby być naprawdę dobrą książką. Ja o wiele chętniej przeczytałabym historię tego morderstwa i osób z nim związanych bez zbędnej fikcji literacki i dewiacyjnych scen erotycznych. Prawda zawsze obroni się sama.


A czy Wy czytałyście którąś z tych książek? A może znacie wartą polecenia książkę o epoce wiktoriańskiej?

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Szwajcaria w podróży: Furkapass i lodowa grota Belvédère

Pora na kolejną relację z podróży! Mam nadzieję, że cieszycie się na ten wpis tak samo jak ja, tym bardziej, że ponownie mam do zaserwowania dawkę pięknych widoków i ciekawych miejsc ze Szwajcarii. Dziś przejedziemy się szwajcarską przełęczą i zajrzymy do lodowej groty.

Zapraszam na relację!

























Furkapass (włos. Passo della Furka) to nazwa przełęczy położonej pomiędzy kantonami Wallis i Uri w południowej części Szwajcarii. Jest to jedna z bardziej znanych i piękniejszych tras, której przejechanie przyprawić może o zawrót głowy.

























Cała trasa ma długość 29 km, a przebiega z miejscowości Realp do Oberwald. Maksymalny kąt nachylenia powierzchni to 11%. Przełęcz Furkapass otwarta jest zazwyczaj od maja do października. W sezonie zimowym nie ma możliwości jej przejechania ze względów bezpieczeństwa. Sama droga jest praktycznie na całej długości pokryta asfaltem. Istnieją dwa pasy ruchu, którymi poruszają się zarówno samochody, jak i motocykle, rowery i autobusy. Miejscami występują dość wąskie zakręty, więc na tej trasie trzeba uważać.



























Furkapass to czwarta największa przełęcz alpejska. Jej nazwa furca w języku łacińskim oznacza dwuzębny widelec, którego dopatrywać można się w widocznych z góry górskich serpentynach. Rocznie trasą tą przejeżdża 250 tys. osób!


Najwyższy punkt trasy położony jest na wysokości 2436 m. n.p.m, skąd rozciąga się wyjątkowa panorama.


























Na przełęczy kręcono sceny z udziałem Jamesa Bonda w filmie Goldfinger. To wydarzenie upamiętnia nazwa ulicy.



Piękny widok na przejechaną przełęcz z okna samochodu: te kamienne zygzaki to właśnie nasza droga.

























Dla wrażliwców i osób, które pokonują tę trasę w okresie zimowym istnieje dodatkowe udogodnienie: można przejechać ją pociągiem wraz ze swoim środkiem transportu.

Na szczycie przełęczy znajduje się hotel i restauracja Belvédère. Budynek jest niezwykle charakterystyczny, a patrząc na niego miałam przed oczami elegancki bankiet sprzed niemal 100 lat. Położony jest on na samym zakręcie jednej z serpentyn. W momencie gdy piszę tego posta hotel jest zamknięty do odwołania.





























W tym niepozornym miejscu znajduje się również bardzo ciekawa atrakcja, o której wcześniej nie wiedziałam i trafiliśmy do niej zupełnym przypadkiem. Po drugiej stronie hotelu ustawiono kolejny budynek, a w nim sklep z pamiątkami. Obok znajduje się także miejsce do zjedzenia małej przekąski. Obiekty te zwinnie zasłaniają atrakcję, jaką jest lodowiec Rodanu. Czy warto zapłacić, by zobaczyć go na własne oczy?



Lodowiec Rodanu (niem. Rhonegletscher) położony jest w Alpach Urneńskich i ma niemal 8 kilometrów długości. Lata jego świetności przypadły na wiek XIX i początek XX, gdy „język” lodowca sięgał głęboko w dół doliny. Od tego czasu wiele się zmieniło. Lodowiec topnieje ze sporą szybkością i szacuje się, że w roku 2100 może całkowicie zniknąć.


 
W wyniku cofania się lodowca w latach 2006/2007 rozpoczęło się kształtować małe jeziorko na jego przodzie. Dziś prezentuje się ono wyjątkowo okazale i przykuwa wzrok swym ciekawym odcieniem.




Na terenie obiektu znajduje się jedna trasa, którą należy się poruszać. Jest ona specjalnie oznaczona i pokryta śniegiem, więc warto zaopatrzyć się w odpowiednie obuwie. Wspominam o tym nie bez przyczyny, bo widzieliśmy tam kobiety w letnich sandałach, które wielokrotnie ślizgały się i upadały na drodze, a chyba nikt nie chciałby powrócić z urlopu ze złamaną nogą.


Wyznaczona droga prowadzi do lodowej groty, która jest niewątpliwie bardzo ciekawym przeżyciem. Przejście lodowymi tunelami było dla nas tak fascynujące niczym wejście do najlepszego lunaparku dla ośmiolatka. Lodowy tunel ma 100 metrów długości i prowadzi do kilku lodowych komór.


Niezwykle ciekawym faktem jest to, że lodowiec Rodanu ciągle żyje (!), a jego ruchy powodują zmiany w wysokości nawet o 10 cm na dzień. Wszystko to oznacza, że lodowa grota musi być co roku tworzona na nowo! Wspominałam o 100-metrowej długości tunelu – tyle mierzył on na początku czerwca w momencie otwarcia. Szacuje się, że do drugiej połowy października (wtedy przypada koniec letniego sezonu i zamknięcie groty) zmaleje on o 30 m.





Warto również zaznaczyć, że w żadnym innym miejscu w Europie nie ma możliwości wejścia do wnętrza lodowca. Do lodowca, który dodatkowo zamieszkany jest przez skoczogonki, które dostrzec można w postaci małych czarnych ruszających się punkcików w środku lodowca. 
 

Ceny:

dorośli – 9 fr
dzieci od 5 – 16 lat – 5 fr
dzieci do 5 lat – gratis

Na zwiedzanie lodowca warto przeznaczyć od 30 do 45 minut.



Czy poleciłabym zobaczenie lodowca Rodanu oraz lodowego tunelu? Jak najbardziej! Jest to jedna z tych atrakcji, które robią wrażenie niezależnie od wieku i preferencji. Ja byłam absolutnie zachwycona tymi widokami i tak bliską obecnością lodowca w lecie. Uśmiech i zachwyt wręcz nie schodził mi z twarzy. Gorąco polecam!


 A czy Wy widzieliście podobne atrakcje na żywo?

czwartek, 23 sierpnia 2018

Wakacyjne wspomnienia, czyli co się u mnie działo.

Na moim blogu, jak i na instagramowym koncie często pojawiają się jakieś przebitki z wakacji, które w tym roku wyjątkowo mi się udały. Okres wakacyjny w moim przypadku przypadł na czerwiec i lipiec, więc nie powinno Was dziwić moje stwierdzenie, że z wakacji pozostały mi już tylko wspomnienia. Śmiało mogę powiedzieć, że ten okres wykorzystałam tak dobrze, jak tylko się dało. Zdecydowanie nadrobiłam ostatnie miesiące, w których brak czasu zmusił mnie do rezygnacji z wyjazdów. Jeśli chodzi o nasze wycieczki po Szwajcarii, to zdołaliśmy już w niej zobaczyć większość turystycznych miejsc, toteż ten rok postanowiliśmy wykorzystać na wędrówki i trasy w otoczeniu pięknej natury.

Zapraszam do lektury!

Nasze tegoroczne wędrówki rozpoczęliśmy niezbyt udanie. Pierwsza trasa przebiegała przez miejscowość Burgdorf, niedaleko Berna. Tam też mieliśmy zwiedzić zarówno miasteczko, jak i przejść się bardziej leśnymi ścieżkami. Z tego wyjazdu powróciliśmy jednak ze wspomnieniem najbardziej traumatycznego przeżycia w moim życiu i … trzema kleszczami.


























Kolejny tydzień wiązał się z odwiedzinami wiejskich stron, w których rozpoczęła się nasza przygoda ze Szwajcarią.


Mimo niezbyt sprzyjającej pogody postanowiliśmy nie rezygnować ze zdobycia małego szczytu Morgartenberg. Góra ta położona jest na 1244 m. wysokości, a pokonanie jej w strugach deszczu było niezłym wyczynem. Na tej trasie czuliśmy się jak ostatni ludzie na Ziemi – praktycznie przez całą jej długość nie spotkaliśmy nikogo oprócz krów. Na odludnym terenie nie było nawet miejsca do przeczekania deszczu, więc zbawieniem było dla nas odnalezienie małej stodoły, gdzie mogliśmy się posilić i nieco przeschnąć.


W tej samej miejscowości zupełnym przypadkiem odkryliśmy pomnik upamiętniający bitwę z roku 1315. Ciekawe było przede wszystkim to, że na górce posłuchać mogliśmy nagrania z rekonstrukcji tego wydarzenia.


Po 5 latach ponownie zjawiliśmy się na spotkaniu wielbicieli marki Audi. Audi Treff to zjazd, który odbywa się cyklicznie w miejscowości Grüsch. W tym roku zabrakło jednak wyjątkowych, przykuwających oko samochodów i detali. Widać było chęć pochwalenia się, ile pieniędzy wsadziło się w kupno i montaż nieprzydatnych gadżetów.


Vilan podbił moje serce! Jeśli miałabym wybrać miejsce, które najbardziej mi się podobało, to zdecydowanie padło by na tę trasę. Przepiękne, kwiatowe wzgórza, śnieg latem i zdobycie 2376 m! Ile razy na tej trasie wypowiedziałam, że przejście jest niemożliwe, a mimo to pokonałam ją. Najwspanialszą nagrodą były te piękne widoki.




Na przełomie czerwca i lipca postanowiliśmy udać się do kantonu Wallis, w którym do tej pory nie byliśmy. Zawsze było nam nie po drodze i za daleko. Tym razem zorganizowaliśmy sobie jednak wyjazd pod namiot, a naszym głównym celem był największy alpejski lodowiec Aletschgletscher, którego już od lat chciałam zobaczyć. By jednak tam dojechać musieliśmy pokonać Furkapass, sieć górskich serpentyn, które zdawały się nie mieć końca. Widok z drogi jest nie do opisania słowami, lecz dla osób z chorobą lokomocyjną to wręcz walka o przetrwanie.



Na szczycie drogi zauważyliśmy jakąś restaurację i lodową grotę. Pewnie nie zatrzymalibyśmy się tam, gdyby nie fakt, że już wtedy okropnie się czułam. Postanowiliśmy zatem zrobić tam przerwę i spontanicznie kupiliśmy bilet do groty. Była to jedna z lepszych decyzji, bo przeżycie okazało się być świetne. Pierwszy raz znaleźliśmy się tak blisko lodowca, a nawet w jego wnętrzu! To absolutnie niesamowite, przechadzać się lodowym tunelem. Lodowiec w Bélvèdere jest zdecydowanie warty zobaczenia (póki jeszcze istnieje).


Nasze namioty rozbiliśmy na polu kempingowym w Fiesch, skąd mieliśmy parę kroków do kolejki górskiej zawożącej bezpośrednio na punkt widokowy Eggishorn, z którego można było oglądać przepiękną panoramę górską i główną atrakcję, czyli lodowiec Aletschgletscher. Ogrom lodu w tym miejscu robi spore wrażenie, lecz po lodowej grocie ta największa atrakcja Szwajcarii wydała mi się jakaś taka przereklamowana. Warto zaznaczyć, że lodowiec wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

























W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w górskiej mieścinie Fiescheralp, głównie nastawionej na wynajmowanie domków letniskowych turystom. Widoki z niej również robiły nie lada wrażenie, a i domki wyglądały bajecznie w tej górskiej scenerii. No i co najważniejsze po raz pierwszy widzieliśmy na żywo szarotkę alpejską, narodowy kwiat Szwajcarii!



W kantonie Wallis odwiedziliśmy również miejscowość Brigg. Przeszliśmy się po ulicach włosko wyglądającej starówki i dotarliśmy do charakterystycznego zamku. U jego podnóża znajduje się również zamkowy, geometryczny park. Stamtąd mieliśmy najlepszy widok na budowle, która na tle gór prezentuje się wyjątkowo okazale.


Z kantonu Wallis postanowiliśmy spontanicznie wybrać się do Thun. W drodze czekała na nas kolejna atrakcja. By przedostać się na drugi koniec góry, musieliśmy wjechać autem do pociągu! Pierwszy raz przeżyliśmy coś takiego i nie powiem, było to całkiem ciekawe doświadczenie.

Pod koniec naszej wyprawy wybraliśmy się nad Jezioro Thun, gdzie miło spędziliśmy czas po prostu odpoczywając i relaksując się. 
 

Kolejny kontakt z naturą zaliczyliśmy, odwiedzając Park Seleger Moor. To wyjątkowe miejsce, które stworzone zostało przez osoby kochające naturę, dla osób, które uwielbiają wśród niej przebywać. Znajduje się tam mnóstwo pięknych okazów oraz naturalnych ekosystemów. Można tam obserwować ptaki, żaby, ważki i inne zwierzaki.


Już w towarzystwie naszego przyjaciela, który zdecydował się przyjechać do nas na urlop, pojechaliśmy ponownie do Berna. Naturalnie popatrzeć musieliśmy na symbol miasta, czyli towarzyskie niedźwiadki oraz podziwialiśmy niezwykły odcień rzeki Aare, która zawsze przykuwa mój wzrok. Spacer Starym Miastem, zobaczenie katedry, która w końcu nie była w remoncie i przyglądanie się z bliska licznym fontannom – to główne zajęcia, którym się oddaliśmy.



W to lato trafiliśmy również do miejscowości Grindelwald, gdzie położony jest wąwóz polodowcowy Gletscherschlucht. To miejsce opisywałam niedawno na blogu, więc wiecie z pewnością, że oprócz walorów estetycznych jest tam także kilka wartych uwagi atrakcji. To w tym miejscu miałam szansę pokonania mojego leku przed głęboką wodą.



Na odpoczynek wybraliśmy fragment jeziora Brienzersee, które położone jest niezwykle malowniczo.


Pierwszy raz od dawna odwiedziliśmy Zurych. Przyznam szczerze, że osobiście nie przepadam za tym miastem i mimo że mieszkam bardzo blisko niego, zupełnie tam nie bywam. Jakoś nie znajduje piękna w tej metropolii. Jeśli jednak mielibyście ochotę na wpis jemu poświęcony, to koniecznie dajcie znać. Podczas naszej wizyty skupiliśmy się na okolicy Jeziora Zuryskiego.

























Tego samego dnia mój mąż miał uroczystość rozdania dyplomów, która przebiegła bardzo wyjątkowo. Pochwalić mogę się, że ukochany zebrał dużo nagród jako piąty najlepszy uczeń w kantonie, a mnie rozpierała prawdziwa duma. Część oficjalną zamykała uroczysta kolacja.


Niezapomniana wyprawa na szczyt Rigi, a potem schodzenie z góry to bardzo przyjemna trasa, której długo nie zapomnę. Zwłaszcza widoki ze szczytu napawały mnóstwem pozytywnej energii. Z punktu widokowego Känzerli rozciąga się piękna panorama na okoliczne jeziora.


























W ciągu tych wakacji wielokrotnie bywaliśmy nad szwajcarskimi jeziorami. Kolejnym przykładem było spotkanie ze znajomymi nad Walensee. Jezioro to jest położone w pięknej dolinie, a wieńczące je dookoła wzgórza, powodują, że aż chce się tam siedzieć godzinami.




























W połowie lipca rozpoczynał się nasz oficjalny urlop, a my wybieraliśmy się do Polski. Niestety pogoda, jaka nas przywitała we Wrocławiu, wolała o pomstę do nieba, a cały pobyt w tym mieście nie był zupełnie udany. Ze względu na brak pogody musieliśmy organizować sobie na szybko inne atrakcje, a ostatecznie skończyło się na tym, że przesiedzieliśmy ten czas w restauracjach i kinie. Naturalnie znalazła się chwila na spacer po dobrze znanej starówce, odnajdywanie kolejnych krasnali, przejście Galerią Neonów czy odwiedzenie Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego. Byliśmy również we wrocławskim zoo, gdzie za kulisami oprowadzał nas mój szwagier i mogliśmy poznać jego podopiecznych z drugiej strony.


Następnie pojechaliśmy do Krakowa, gdzie pierwszego dnia udaliśmy się na Szlak Podziemny pod ulicami krakowskiego rynku. Podczas tego pobytu jedliśmy również najpyszniejszy, typowo polski obiad, który chodził za nami już od kilku miesięcy. Zajrzeliśmy do Muzeum przy ulicy Pomorskiej, które wywołało u nas ogromną falę smutku i melancholii. Spacery po Rynku nie miały końca. Z ciekawością przyglądaliśmy się po raz setny tym samym budynkom, co chwile odnajdując nowe detale. Dotarliśmy również pod Wawel, jednak nie zaglądaliśmy do środka.

























Pierwszy raz pojechaliśmy do Kopalni Soli w Wieliczce, co również wspominam bardzo przyjemnie. Zwłaszcza, że mieliśmy cudowną panią przewodnik, która sprawiała wrażenie takiej dobrej cioci, która zawsze przytuli i pocieszy. Pospacerowaliśmy sobie również uliczkami Wieliczki.


W Krakowie znaleźliśmy się nieprzypadkowo. To tam, w Bazylice Mariackiej, moja dobra koleżanka wychodziła za mąż, a my zjawiliśmy się na ich uroczystości. Całość przebiegła idealnie, a sam ślub wyglądał niczym ślub pary królewskiej. Obiad weselny odbył się z kolei w pięknej, zabytkowej restauracji Wierzynek.


W Polsce odwiedziłam również moje rodzinne miasto, lecz jak to zazwyczaj bywa musiałam skupić się jedynie na rzeczach do załatwienia i zobaczyć się z najbliższymi. Udało nam się jedynak wyskoczyć nad jezioro Lubikowo, które jest idealnym miejscem na wypoczynek z dziećmi, a woda jest nieskazitelnie czysta.


Po powrocie do Szwajcarii chcieliśmy nadal podtrzymać nasze opalenizny, więc korzystając z upałów pojechaliśmy nad pobliskie Katzensee, gdzie obcowaliśmy z towarzyskimi kaczkami, które kradły ludziom zapasy.


Ostatnim wypadem była nasza wędrówka z miejscowości Forch do Küsnacht, nazywana Tobelwääg. Jest to leśno-parkowa ścieżka prowadząca wzdłuż strumyka, który momentami przybiera postać mniejszych lub większych wodospadów. Na trasie są też inne atrakcje, takie jak kamień Alexandra czy ruiny zamku.


Jak widzicie sporo działo się u mnie w ostatnim czasie, a niewiele relacji pojawiło się na blogu. Chyba od tego przesytu zdjęć nie jestem w stanie się zdecydować, co Wam pokazać. Pomóżcie mi zatem w tej decyzji i napiszcie w komentarzach, które miejsca wydają się Wam najciekawsze i chcielibyście przeczytać o nich więcej!

A czy Wasze wakacje były udane?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...