czwartek, 31 maja 2018

Nowości książkowe

Całe szczęście nadszedł nasz wyjazd do Polski! Zapasy nieprzeczytanych książek malały w tak szybkim tempie, że obawiałam się, że wkrótce nie będę mieć niczego do czytania. Byłam w połowie ostatniej książki, gdy nadszedł kwiecień i mogłam zakupić kilka literackich pozycji. Do tego w czasie mojego przyjazdu miała miejsce blogowa wymiana książek, na którą się załapałam i udało mi się dogadać w sprawie kilku nowych dla mnie tytułów.

Spójrzcie tylko, jakie książkowe nowości trafiły w moje ręce!




























Należę do dość nielicznej grupy osób, które lubią książki historyczne. Co ciekawe nigdy nie pociągała mnie szkolna historia i mogę śmiało powiedzieć, że z lekcji nie wyciągnęłam zupełnie nic. Daleko jest mi również od sprowadzania historii do dat, które w moim odczuciu nie są mało istotne. Któż z nas nie miał w szkole sprawdzianów z dat?! A pewnie niewiele z absolwentów szkoły jest w stanie wymienić przyczyny czy skutki konkretnego wydarzenia, którego przecież datę znamy. Dopiero w życiu prywatnym zaczęłam zgłębiać historię (początkowo okres II wojny światowej, do której w mojej edukacji nie doszłam, potem już całej ojczyzny i świata). Zaczęłam odkrywać smaczki, których żaden nauczyciel nie przedstawiał, a które wpłynęły poważnie na moje postrzeganie pewnych faktów czy nawet obecnego funkcjonowania Polski. W tym moim wywodzie prowadzę do tego, że książki historyczne są w moim domu bardzo miło widziane i tym razem również skusiłam się na takie nowości.

1) Borgiowie. Historia nieznana
Autor: Meyer G.J
Wydawnictwo: Astra
Okładka: twarda
Data premiery: 29.11.2013
Liczba stron: 520
Cena: 59,99 zł 

Krótki opis: Poruszająca opowieść powstała dzięki analizie materiałów historycznych i dokładnych badań. Rzuca nowe światło na ród Borgiów, obalając mity i legendy, które powstały dookoła tej mało znanej rodziny.



2) Tajemnice historii. Niewyjaśnione zagadki wszech czasów
Autor: Praca zbiorowa
Wydawnictwo: Olesiejuk
Okładka: twarda
Data premiery: 15.01.2016
Liczba stron: 254
Cena: 26,99 zł


Krótki opis: Pięknie wydane opracowanie zbiorowe przybliżające czytelnikowi 20 tajemniczych historii, które miały swoje miejsce na przestrzeni lat istnienia Ziemi.

3) Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna...
Autor: Therese Oneill
Wydawnictwo: Muza
Okładka: miękka
Data premiery: 28.02.2018
Liczba stron: 318
Cena: 39,99 zł

Krótki opis: Przewodnik po czasach wiktoriańskich, odsłaniający tajemnice naszych prababek. Książka, która porusza tematy wstydliwe i uważane w tamtych czasach za nieprzyzwoite. Tematy, „o których się nie mówi”.



4) Błędy, które zmieniły bieg historii
Autor: Romuald Romański
Wydawnictwo:Bellona
Okładka: twarda
Data premiery: 1.01.2007
Liczba stron: 280

Krótki opis: Zbiór opracowań na temat błędów, które znacząco wpłynęły na funkcjonowanie Państwa Polskiego na przestrzeni lat, a których skutki czasem odczuwamy jeszcze dziś.

5) Make Photography Easier
Autor: Katarzyna Tusk
Wydawnictwo: Muza
Okładka: miękka
Data premiery: 27.09.2017
Liczba stron: 190
Cena: 34,99 zł

Krótki opis: Znana książka-poradnik, stworzona przez Katarzynę Tusk, która pomóc ma blogowym fotografom w udoskonaleniu ich umiejętności. Autorka zamieściła w książce szereg trików i sekretów, jak wykonać idealne zdjęcia.



6) Pokolenie Ikea. Kobiety
Autor: Piotr C.
Wydawnictwo: Novae Res
Okładka: miękka
Data premiery: 23.10.2013
Liczba stron: 344
Cena: 34 zł

Krótki opis: Prowokująca opowieść pełna czarnego humoru, która wśród czytelników wywołała swego czasu skrajne emocje. Wybrałam ją z ciekawości podczas książkowej wymiany.

7) Muzyka żab
Autor: Emma Donoghue
Wydawnictwo: Sonia Draga
Okładka: zintegrowana
Data premiery: 12.09.2016
Liczba stron: 424
Cena: 32 zł

Krótki opis: Literacki thriller przenoszący czytelnika w drugą połowę XIX wieku. Popełnione na pierwszych kartkach książki morderstwo odwraca o 180 stopni życie Blanche i jest powodem rozpoczęcia jej życiowej podroży. Książka z wymiany.






























8) Lekcje francuskiego
Autor: Hilary Reyl
Wydawnictwo: Albatros
Okładka: zintegrowana
Data premiery: 4.02.2015
Liczba stron: 416
Cena: 34,50 zł

Krótki opis: Amerykanka Kate otrzymuje propozycję pracy w Paryżu w charakterze asystentki. Książka ta jest opowieścią o młodej kobiecie, która szuka siebie i kształtuje swoją moralność. Wiem, że miałam już nie sięgać po lektury z Francją w tle, lecz była to kolejna pozycja z wymiany. Nic lepszego tam nie znalazłam.

9) Pakiet 3 tomów: Alicja w krainie czasów
Autor: Ałbena Grabowska
Wydawnictwo: Zwierciadło
Okładka: miękka
Data premiery pierwszego tomu: 18.05.2016

Krótki opis: Zafascynowała mnie saga Stulecie Winnych tej samej autorki, toteż postanowiłam przeczytać kolejną trylogię jej autorstwa. Tytułowa Alicja to owoc miłość hrabiego z służącą. Książka przedstawia jej życie, na które wpływ miały czary.



10) Marzenia Joy
Autor: Lisa See
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: twarda
Data premiery: 9.05.2009
Liczba stron: 400

Krótki opis: Joy wyrusza w podróż do Chin, by odnaleźć swojego prawdziwego ojca. Niedługo później jej siostra podaża jej śladem. Chiny nie są jednak odzwierciedleniem sielankowego życia dla młodych dziewczyn, które zderzają się z polityką gospodarczą Mao.

11) Siostry
Autor: Danielle Steel
Wydawnictwo: Świat Książki
Okładka: twarda
Data premiery: 2015
Liczba stron: 335

Krótki opis: Opowieść o czterech siostrach, na które spada tragedia, która odmienia ich życie.































12) Sekrety sióstr
Autor: Clare Dowling
Wydawnictwo: Remi
Okładka: miękka
Data premiery: 23.08.2013
Liczba stron: 376

Krótki opis: Ali po latach życia za granicą powraca do rodzinnego domu. Niestety nie zostaje miło przyjęta przez rodziców i siostrę, którzy zmagają się z własnymi problemami. Książki o tematyce siostrzanej otrzymałam od mojej siostry.

Czy kojarzycie te książki? A może miałyście okazję je czytać?

wtorek, 29 maja 2018

Projekt Denko w wykonaniu nieperfekcyjnej Pani Domu #7

Starym dobrym zwyczajem wypada mi stworzyć kolejny wpis z prezentacją moich opinii o zużytych produktami. Tym razem nie kosmetycznych, a środków czyszczących i artykułów z kategorii: chemia gospodarcza. Otwarcie przyznać muszę, że taki post miał pojawić się już tak dawno temu, że w międzyczasie moja torba przeznaczona do tego celu ponownie wypełniła się po same brzegi. Poprzednim razem, gdy widziałam, że jest już pełna, zrobiłam bowiem zdjęcia produktów i powyrzucałam wszystkie opakowania. A jak to ze zdjęciami bywa, czasem zostają one zapomniane. Naprawmy więc ten błąd i przejdźmy do dzisiejszego wpisu.

Zapraszam na ten nietypowy rodzaj Projektu Denko!

Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!
Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!

1) Odkamieniacz Dix

Być może nie jest to firma znana i nie należy do sieci narodowych mocarstw, które wypuszczają na rynek środki czyszczące, lecz zdecydowanie jest ona godna uwagi. Odkamieniacz w butelce o pojemności 1 l bardzo dobrze sprawdził się podczas usuwania kamienia. Sam środek miał okropnie drażniący zapach, ale w kwestii tych produktów jest to dla mnie uzasadnione. W kontakcie z kamieniem od razu zaczynał silnie musować, a po jednorazowym przetarciu wszelki osad i kamień znikał. Problematyczne było dla mnie jedynie jego dozowanie, gdyż niektóre miejsca, które muszę w domu odkamieniać nie są poziomą powierzchnią, a ja mam w zwyczaju rozlewać płyn na elementy łazienkowe i pozostawiać go na jakąś chwilę. W tym przypadku było to utrudnione, lecz samo działanie oceniam na plus. Jest to preparat ekologiczny, który kupić można za niewielką cenę, więc polecam wypróbować, jeśli gdzieś go dorwiecie.


2) Odkamieniacz Antikal

Drugim odkamieniaczem, który zużyłam, był Antikal. Widziałam, że dość licznie pojawia się on w Polsce na stronach, gdzie oferowane są środki czyszczące z Niemiec, dlatego chciałabym przestrzec Was, by nie wyrzucać pieniędzy w błoto. U mnie ten produkt pojawił się już parę razy i cały czas obiecuję sobie, że już więcej po niego nie sięgnę, po czym kusi mnie jego cena i brak wyboru w tej kategorii. Działanie tego artykułu jest bardzo słabe, praktycznie żadne, a do tego na usunięcie jednej plamy czy osadu wylać trzeba połowę opakowania. Nie polecam.


3) Kremowe mleczko Cif

Tego produktu popularnej w Polsce marki raczej przedstawiać nie trzeba. W moim domu mleczko czyszczące służy mi najczęściej do utrzymania porządku w łazience. Lubię używać takiej formuły do sprzątania wanny czy umywalki. Mleczko Cif w wersji Lemon sprawdziło się do tego celu bardzo dobrze. Po jego zastosowaniu widać było błysk na umytej powierzchni, a ja miałam pewność, że jest ona dobrze wyczyszczona. Produkt nie wymagał ode mnie dużego nakładu wysiłku. Dawał się z łatwością zmyć.


4) Płyn do czyszczenia łazienki Meister Proper

Wydaje mi się, że jest to jeden z bardziej znanych niemieckich środków czyszczących. Czy jednak warty swojej ceny? Jak dla mnie był to płyn dość średniej jakości. Niby czyścił łazienkę, ale nie nadawał jej aż tak dobrego wyglądu. Nie powodował błysku na armaturze, który tak bardzo lubię i który przekonuje mnie o tym, że wnętrze jest nieskazitelnie czyste. Ot średni płyn, który można użyć od czasu do czasu, lecz do gruntowniejszych porządków używam innych produktów.


5) Płyn do czyszczenia kuchni Sipuro

Kolejnym mniej znanym produktem, który się u mnie pojawił, był płyn marki Sipuro. Za wiele na jego temat nie powinnam się rozwodzić, bo był to produkt bardzo kiepski i nie spełniający należycie swojego zadania. Sięgałam po niego rzadko, bo najzwyczajniej w świecie miałam zawsze pod ręką coś lepszego. W końcu pozbyłam się go w zupełności i nie zamierzam wracać do tego zakupu.


6) Płyn do mycia naczyń Pril Doppel Entkruster Grapefruit & Kirsche

W tym miejscu warto wspomnieć, że Pril to niemiecki odpowiednik znanego w Polsce Pura, którego ja używam praktycznie od początku mojego samodzielnego życia. Tym razem skusiłam się na zakup trzech promocyjnych opakowań w nowej wersji zapachowej: grejpfruta i wiśni i niestety mocno się rozczarowałam. Ten rodzaj był okropnie niewydajny i musiałam używać dwa a nawet trzy razy więcej płynu do umycia talerzy niż w przypadku innych wersji zapachowych tego produktu. Z usuwaniem resztek czy tłuszczu również radził sobie dość średnio. Ogólnie zużyłam trzy opakowania w ekspresowym tempie. Tej wersji już nie kupię.


7) Płyn do mycia naczyń Palmolive Maracuja

Płyny marki Palmolive nie należą do najlepszych, ale zapach marakui jest tak rozkoszny, że tylko ze względu na niego wrzucam je co jakiś czas do koszyka. Te produkty w działaniu są przede wszystkim mało wydajne, co widać po zużyciu dwóch butelek w jakieś 2 tygodnie. Jeśli jednak mam spędzić kilkanaście minut przy zlewie, to z chęcią spędzę je w towarzystwie przyjemnego zapachu. PS. Tak. W dzisiejszych czasach jeszcze istnieją ludzie nie posiadający zmywarki do naczyń.


8) Płyn do płukania tkanin Lenor Aprilfrisch

Bez wątpienia moimi ulubionymi płynami do płukania tkanin są płyny Lenor, toteż głównie one pojawiają się w użyciu w moim domu. Tym razem końca sięgnęła prawie litrowa butelka o zapachu Aprilfrisch (w Polsce bardziej znana jako Spring Awakening). Ubrania uprane z dodatkiem tego płynu były miękkie w dotyku i utrzymywały delikatny, kwiatowy zapach przez długi czas. Ten Lenor pachnie kwiatami białego cedru i paczuli. Zdecydowanie jeszcze do niego powrócę.


9) Kostki do toalety WC Frisch Lemon

Wystarczy zajrzeć do jednego z wcześniejszych wpisów tego typu, by zorientować się, że te kostki pojawiają się u mnie nagminnie. Są one idealnym odpowiednikiem kostek toaletowych Bref na niemieckojęzycznym obszarze. Bardzo cenię je ze względu na dobre oczyszczanie i przyjemny zapach, jaki uwalnia się przy każdym spłukaniu wody.


10) Płyn do czyszczenia toalet Bref Power Schmutz-Protektor

Do czyszczenia toalety lubię używać produkty marki Bref. Po wielu latach ich stosowania mam do nich zaufanie i mogę mieć pewność, że po użyciu toaleta będzie na pewno wyczyszczona (a na punkcie czystej toalety to mam absolutnego bzika!). W ostatnim czasie zużyłam wersję Schmutz-Protektor, która powinna silnie walczyć z wszelkimi zabrudzeniami i faktycznie byłam zadowolona z jej działania. Do tej pory używam z reszta tego samego rodzaju, do którego nieco się już przyzwyczaiłam. Będę nadal do niego powracać.


11) Odkamieniacz Livepo Entkalker-Schaum

Tę próbkę otrzymałam jakiś czas z dwoma innymi i był to mój pierwszy kontakt z tą firmą. Nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić w jakiej formie ten produkt sprzedawany jest w sklepach. W mojej próbce znalazła się bowiem chusteczka nasączona płynem. Przy takim sposobie promocji nie jestem niestety przekonana do zakupu środka, który przecież w płynnej postaci (sprayu czy płynu do rozpuszczenia z wodą) może mieć zupełnie inne właściwości. Chusteczka nasączona płynem poradziła sobie z kamieniem na armaturze łazienkowej. Więcej nie jestem w stanie stwierdzić.




































12-13) Waniliowa świeca Ikea, tealight o zapachu pieczonego jabłka Yankee Candle

Ostatnio kiepsko idzie mi uaktywnianie zapachów w mieszkaniu. Świeczki stały się dla mnie okropnie drażniące. O wiele bardziej przemawia do mnie zapach np. świeżych wypieków czy roślin, niż sztucznych substancji. Udało mi się jednak wypalić świeczkę z Ikea. Wersja waniliowa od dłuższego już czasu należy do moich ulubionych. Zapach ten polecić mogę zwłaszcza w chłodniejsze dni. Jest on bardzo przyjemnie otulający. Zapachowy podgrzewacz od Yankee Candle był totalnie nie dla mnie. Zdecydowanie za mocny i doprowadzający do bólu głowy. Sam aromat pieczonego jabłka również nie przypadł mi do gustu.




















14) Chusteczki jednorazowe Kleenex

Standardowo już na koniec podliczam opakowania zużytych chusteczek marki Kleenex. Ich produkty są najlepsze: chusteczki są miękkie, nie podrażniają nosa i nie przedzierają się przy wyciąganiu.


Czy znacie te produkty?

niedziela, 27 maja 2018

Testownia #20 - Dodatki do kąpieli Lush

W grudniu w ramach prezentu świątecznego podarowałam sobie dwa zestawy z kulami marki Lush. W styczniu z kolei otwierałam je wraz z Wami w jednym z postów (do wglądu TUTAJ). Po upływie kilku miesięcy jestem w stanie wypowiedzieć się na ich temat i stworzyć recenzję zakupionych produktów. Odnoszę wrażenie, że marka Lush wybiła się na rynku kosmetycznym właśnie za sprawą dodatków do kąpieli. Czy zatem warto jest zapłacić za nie tak wysoką cenę?

Test kuli i dodatków do kąpieli Lush




O marce

Lush to brytyjska marka kosmetyczna specjalizująca się w wytwarzaniu wegańskich i wegetariańskich produktów. Główna siedziba firmy znajduje się w miejscowości Poole, a ilość punktów sprzedaży na całym świecie dochodzi do 1000. Mało kto wie, że marka Lush nie powstałaby, gdyby nie … The Body Shop! Założyciele sieci sklepów Lush rozpoczynali bowiem jako niszowa firma, która dostarczała recepty produktów marce TBS. W miarę rozwoju drugiej z firm wykupiła ona licencje na produkty wytworzone przez pierwowzór Lusha za zawrotną sumę 6 mln funtów. Po zgromadzeniu takiego kapitału właściciele Lusha stworzyli kosmetyczną firmę wysyłkową, a w roku 1995 utworzono pierwszy stacjonarny sklep. Lush reklamuje swoje produkty sloganem: Fresh handmade cosmetics (świeże, wytwarzane ręcznie kosmetyki).



O produktach

Oferta Lush pod kątem sprzedawanych produktów jest ogromna. Nie byłabym nawet w stanie zwięźle opisać, co właściwie kupić można w ich sklepach i na stronach internetowych. Skupię się zatem na produktach, które weszły w moje posiadanie i których miałam szansę wypróbować. W moich testach udział wzięły dwa zestawy upominkowe o nazwach: Happiness oraz Snap! Dzięki nim miałam możliwość wypróbowania kul do kąpieli oraz galaretki do mycia ciała.



Opakowanie

Raczej nie znam kobiety, która nie kojarzyłaby charakterystycznych opakowań marki Lush. Kule zazwyczaj pakowane są w czarne, papierowe torebeczki z wizerunkiem wałczących ze sobą królików. Po włożeniu kuli do takiego opakowania zostaje ona zaklejona naklejką, na której widnieje jej nazwa, data ważności, cena i krótka instrukcja obsługi. W przypadku zestawów prezentowych produkty znajdują się w kartonowym pudełku wypełnionym zabezpieczającymi piankami. Owinięte są one papierem prezentowym i czasem sznurkami, wstążkami itp. Warto zaznaczyć, że wspomniane opakowania nadają się w 100% do recyklingu.

Kula do kąpieli Brightside



Brightside to kula o charakterystycznym zabarwieniu. Na jej powierzchni wyróżnić możemy czerwono-pomarańczowo-żółte kręgi. Kolory te przechodzą jeden w drugi, przez co wizualnie jest to produkt, który przyciąga uwagę. Spoglądając w jego stronę, nie sposób nie pomyśleć o lecie. Standardowy rozmiar tej kuli to 180 g. W zestawie prezentowym jest ona nieco większa, waży bowiem 200 g. Już przy otwarciu pudełka czuć na pierwszym planie intensywny zapach cytrusów: w składzie widnieje mandarynka, bergamotka i tangerynka. 



Brightside to zdecydowanie kula dla wielbicieli dużej ilości piany. Do kąpieli użyłam połowę tego dodatku i to wystarczyło bym mogła cieszyć się olbrzymią i sprężystą pianą, która długo utrzymała się na powierzchni. Dodatkowo woda została zabarwiona na pomarańczowo. Mandarynkowy zapach przy kontakcie z wodą nieco zelżał i nie był przytłaczający, a przyjemnie kojący i delikatny. Kąpiel z użyciem tej kuli była wyjątkowo odprężająca, a po opuszczeniu wanny zauważyłam lekkie nawilżenie skóry. Spośród wszystkich produktów, których używałam kula Brightside stała się moim ulubieńcem i z pewnością mogę ją polecić każdemu.




Skład: Sodium Bicarbonate, Potassium Bitartrate (Weinstein), Sodium Laureth Sulfate, Lauryl Betaine, Citrus Reticulata Peel Oil (Mandarinenöl), Citrus Reticulata Peel Oil (Tangerinenöl), Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil (Bergamotteöl), Limonene, Linalool, Parfüm, Gardenia Jasminoides Fruit Extract (Gardenienextrakt), Cl 14700,Cl 15510.



Kula do kąpieli Rocket Science


Jak nietrudno się domyśleć, kula o tej nazwie ma kształt i wygląd rakiety. Jest ona niebieska, a jej ogon lśni na żółto. Na całej powierzchni dostrzec można błyszczące drobinki. Rakietowa kula nie należy do największych: jej waga to zaledwie 100 g, toteż do mojej wanny powędrowała ona w całości. Jest to kolejny produkt, który reprezentuje cytrusową gamę zapachów wśród kosmetyków marki Lush. Aromat kuli to połączenie bergamotki i cytryny. Obserwacja rozpuszczania się produktu w wodzie to prawdziwa uczta dla oczu. Jako pierwsze odpadają kolorowe gwiazdki z ogona rakiety, rozpraszając się po wannie. 


Główna część rakiety musuje i rozprasza barwę niebieską i białą, ogon z kolei dodaje do tej gamy żółć, przez co w ostatecznym wyniku woda staje się intensywnie zielona. Jak możecie ocenić na zdjęciach cały proces rozpuszczania wygląda momentami jak abstrakcyjne dzieło sztuki. Co takiego daje nam ta kula? Poza walorami wzrokowymi niewiele. Zapach staje się bardzo znikomy, a ilość piany jest bardzo mała. Stanowi jedynie cienką warstwę ponad wodą, co także zauważyć możecie na zdjęciach. Po kąpieli wyczuć można delikatne nawilżenie i zmiękczenie skóry, ale w porównaniu z kulą Brightside jest ono słabe. Polecić mogłabym ją głównie estetom, dla których efekty wizualne są ważniejsze niż inne doznania.



Skład: Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Citrus Limon Peel Oil (sizilianisches Zitronenöl), Citrus Aurantium Bergamia Fruit Oil (Bergamotteöl), Potassium Bitartrate (Weinstein), Aqua (Wasser), Titanium Dioxide, Zea Mays Starch (Maisstärke), Glycerin, Dipropylene Glycol, Sodium Laureth Sulfate, Propylene Glycol, Lauryl Betaine, Synthetic Fluorphlogite, Maltodextrin, Hydroxypropyl Methylcellulose, Sodium Carboxymethyl Cellulose, Parfüm, Limonene, Tin Oxide, Cl 42090, Cl 15850:1, Cl 45410:1, Cl 47005, Cl 19140, Cl 45410, CI 77019, Cl 77492, Cl 16255.



Kula do kąpieli Christmas Cracker



Christmas Cracker to prawdziwa niespodzianka świąteczna, choć jej zapach do świątecznych nie należy. Ten kąpielowy dodatek wyglądem wzorowany jest na amerykańskich cukierkach z niespodzianką w środku, które dawane są na Święta Bożego Narodzenia. Jest to produkt dostępny sezonowo. Na zewnątrz widzimy żółty cukierek z intensywnie różowymi końcówkami. Jednorazowo do wanny wrzucałam połówkę kosmetyku, która wystarczy, by nieść za sobą przyjemne doznania. 


Cytrusowy zapach wyczuwalny jest nie tylko po otwarciu opakowania z kulą, lecz także w trakcie kąpieli. Najlepszym sposobem na użycie tego produktu jest rozkruszenie go palcami pod bieżącą wodą. W innym przypadku – rzucona na wodę - rozpuszcza się nieznacznie i powoli. Podczas rozpuszczania ze środka wydobywają się złoto-różowe drobinki. Woda zostaje zabarwiona na pomarańczowo, a na jej powierzchni tworzy się piana w całkiem zadowalającej ilości. Długo się także utrzymuje. Kula pozostawia lekko oleisty film na skórze.



Skład: Sodium Bicarbonate, Cream of Tartar, Sodium Laureth Sulfate, Popping Candy, Lauryl Betaine, Cornflour, Fair Trade Organic Cocoa Butter, Lemon Myrtle Oil, Lime Oil, Neroli Oil, *Citral, *Limonene, *Linalool, Perfume, Colour 47005, Colour 14700, Colour 17200, Colour 45410, Colour 15985:1, Colour 19140:1.

Olejek do kąpieli Melting Marshmallow

Produktem, którego co prawda nie znalazłam w zestawach prezentowych, lecz otrzymałam w tym samym czasie był piankowy olejek do kąpieli. Czy miał on w sobie coś piankowego? Raczej niekoniecznie, więc nie wiem skąd wzięła się ta nazwa. Olejek ten kupić można w formie małej, spłaszczonej kulki, która z jednej strony jest złocistożółta, a z drugiej różowa. Po dłuższej chwili spędzonej w wodzie ze złotej części zaczęły odchodzić drobinki w kierunku wody, co wyglądało niczym rozproszone promienie słoneczne. Proces ten trwał do momentu zniknięcia olejku i poza zabarwieniem wody nie było widać jego obecności. Czuć było jednak w wodzie mocno naolejowaną substancję, która pozostawała na ciele. Jeśli ktoś lubi wcierać w skórę olejki, to mogę polecić. Ja raczej nie widzę potrzeby ponownego użycia.



Skład: Sodium Bicarbonate, Theobroma Cacao Seed Butter (Bio Fair Trade Kakaobutter), Butyrospermum Parkii (Bio Sheabutter), Laureth 4, PEG-6 Caprylic / Capric Glycerides & PEG-60 Almond Glycerides, Citric Acid, Parfüm, Ethylene Brassylate (synthetischer Moschus), Alpha-Isomethyl Ionone, Cocos Nucifera Oil (Extra Vergine Kokosöl), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (Mandelöl), Matricaria Chamomilla Flower Extract (Kamillenpulver), Althaea Officinalis Extract (Pulver des Echten Eibisch), Calendula Officinalis Flower (Ringelblumenpulver), Limonene, gelber Schimmer, pinker Glitzer, Cl 14700, Cl 45410, Cl 17200, Cl 19140:1.

Galaretka do mycia Whoosh


Ostatnim przetestowanym produktem marki Lush była galaretka do mycia ciała o nazwie Whoosh. Już od początku ten kosmetyk wydał mi się ciekawy, a i po wypróbowaniu mój apetyt na niego nie zmalał. W kubeczku znalazło się 100 g galaretki o świeżym zapachu i intensywnie morskim kolorze. Produkt ten używałam wielokrotnie i mogę śmiało stwierdzić, że jest on bardzo wydajny. Nadal jeszcze pozostało mi go całkiem sporo, mimo że sięgam w jego kierunku systematycznie od 4 miesięcy. 


Używałam go również w różnych kombinacjach: przesuwając galaretką po ciele, bądź nacierając nią gąbkę. Aplikowałam go również na kilka sposobów: w temperaturze pokojowej, po kilku godzinnym przetrzymywaniu w lodówce oraz zamrożoną. Za każdym razem efekt był bardzo zadowalający. Galaretka przyjemnie myła ciało, powodując lekkie pienienie. W łazience unosił się cytrusowy zapach, a ciało pod jej wpływem (zwłaszcza w stanie wprost z lodówki) stawało się odprężone. Jestem jak najbardziej na tak!


Skład: Glycerin, Water (and) Mel Extract (Honigwasser), Sodium Laureth Sulfate, Propylene Glycol, Chondrus Crispus Extract (Irisch Moos Extrakt), Parfüm, Citrus Limon Juice (frischer Zitronensaft), Citrus Paradisi Juice (frischer Grapefruitsaft), Citrus Aurantifolia Juice (frischer Limettensaft), Citrus Paradisi Peel Oil (Grapefruitöl), Rosmarinus Officinalis Leaf Oil (Rosmarinöl), Pelargonium Graveolens Flower Oil (Geranienöl), Styrax Benzoin Resin Extract (Benzoetinktur), Citral, Geraniol, Citronellol, Limonene, Linalool, Cl 42090.

Podsumowując moje doświadczenia z marką Lush, mogę powiedzieć, że ma ona w ofercie wiele wszechstronnych produktów i każdy jest w stanie znaleźć w tym sklepie coś dla siebie. Jako wielbicielka świeżych i cytrusowych zapachów z pewnością będę sięgać po właśnie takie warianty. Nie wykluczam jednak, że pojawią się eksperymenty. Z przetestowanych dodatków do kąpieli najbardziej spodobała mi się kula Brightside, którą polecić mogę każdemu. Na drugim miejscu ustawiłabym Christmas Cracker, który również pozytywnie mnie zaskoczył. Ze względu na efekty wizualne Rocket Science pojawia się na liście tuż za nimi. Najmniej skłonna byłabym kupić olejek do kąpieli, lecz mają na to wpływ tylko moje osobiste preferencje. W moim zestawieniu podsumowującym nie umieściłam galaretki jako produkt zupełnie inny od pozostałych. Powiem jednak, że jak najbardziej zaspokoił on moją ciekawość i oczekiwania, toteż z chęcią zakupię jeszcze galaretki do mycia ciała marki Lush.

Czy mieliście kontakt z kosmetykami Lush? Które dodatki do kąpieli lubicie najbardziej?

czwartek, 24 maja 2018

Zycie w Szwajcarii: Dni wolne od pracy - Czy jest ich tak dużo?

Maj należy do tych miesięcy w roku, w którym mocno odczuć można brak pracy w Szwajcarii. Co krok bowiem mają miejsce święta, które wyciągają nas z miejsc pracy, a za ich sprawą wszystkie instytucje i sklepy są pozamykane. Co więcej maj obfituje również w inne święta, tj. chociażby Dzień Matki, które jednak różnią się istotnie swą datą od zwyczajów, które znane są nam w Polsce. Tym samym wpadłam na pomysł wpisu, który opisze Wam te różnice. Być może ktoś z Was będzie chciał przyjechać do Szwajcarii, a nie spodziewa się w tym czasie święta, które mrozi życie w kraju.

Zachęcam do lektury!

Naturalnie każdy kolejny rok Szwajcaria rozpoczyna dniem wolnym. 1 stycznia – Nowy Rok (Neujahrstag) i odpoczynek po hucznej(?) zabawie sylwestrowej. Co ciekawe niektóre kantony wydłużają sobie ten odpoczynek i w pracy nie zjawiają się także dnia następnego, świętując Berchtoldstag. Kościelnym świętem, które odbywa się w styczniu jest Święto Trzech Króli (Heilige Drei Könige). Podobnie jak u nas odbywa się ono 6. stycznia i wyłącza ono z życia mieszkańców centralnej i południowo-wschodniej Szwajcarii. Miejscowość Altendorf wybrała sobie tę datę na rozpoczęcie karnawału (Fasnacht), hucznie celebrowanego przy udziale przebierańców i występów muzycznych.



Luty to okres licznych karnawałów, które organizuje wprost każde miasto i małe miasteczko. Dni te zazwyczaj nie są wolne od pracy, lecz często organizowane są one w weekendy. W tym roku 8. lutego miał miejsce Tłusty Czwartek (Schmutziger Donnerstag), lecz w odróżnieniu od Polski, nikt w tym czasie nie zajada się pączkami (może i nawet lepiej, bo typowych Berlinerów nie da się jeść na trzeźwo!). 14. lutego zakochani obdarowują się prezentami w Walentynki (Valentinstag). W lutym nie zaznamy jednak ustawowych dni wolnych.


Marzec wypada dość spokojnie pod względem wszelkich świąt, które powodują zastój w funkcjonowaniu Szwajcarii. W tym roku na przełomie marca i kwietnia obchodziliśmy Wielkanoc, zgodnie z którą dniami ustawowo wolnymi były: Wielki Piątek (Karfreitag) oraz Poniedziałek Wielkanocny (Ostermontag). Przed obchodami Wielkiej Nocy miał jeszcze miejsce Dzień Świętego Józefa (Josefstag), który obchodzony jest w wybranych kantonach i gminach, głównie w rejonach pomiędzy Luzern a Graubünden.




























Już 5. kwietnia swoje regionalne święto obchodzi kanton Glarus, który świętuje tego dnia Näfelser Fahrt. Dzień ten upamiętnia bitwę pod Näfels, w której brały udział wojska szwajcarskie i austriackie. W tej miejscowości odbywa się specjalna procesja, która prowadzi przez 11 stacji – miejsc, które miały związek z pamiętną bitwą z XIV w. Innym regionalnym świętem, które jest dość charakterystyczne dla kantonu Zürich, jest Sechseläuten. W wielkim skrócie jest to święto wiosny, które ma ścisły związek z przejściem na czas letni, a dokładniej mówiąc z powitaniem letnich dni. Temu wydarzeniu towarzyszy oficjalne palenie kukły, często jest nią bałwan.





















Zdjęcie pochodzi z oficjalnej zuryskiej strony internetowej. Nie zdarzyło mi się jeszcze wziąć udziału w tych obchodach.

O ile do tej pory zbyt wielkich odstępstw od polskich zwyczajów nie było, to maj przynosi prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. 1. maja to naturalnie Święto Pracy, jednak nie wszystkie kantony uznały, że jest to powód do dnia wolnego. Świętować mogą jedynie mieszkańcy: Basel, Jury, Zürichu, Neuchatel, Schaffhausen, Solothurn, Ticino i Thurgau. Z własnego doświadczenia powiem Wam, że ludzie zamieszkujący Zürich najczęściej wykorzystują ten dzień do przyjazdu na zakupy... Wszystkie kantony mają jednak wolne 10. maja z powodu Wniebowstąpienia (Auffahrt).

Szwajcarzy mają w zwyczaju dziękować swoim rodzicielkom z okazji Dnia Matki. Jednak nie mamy tu określonej konkretnej daty, a raczej nie zawsze wypada ta uroczystość w ten sam dzień maja. Każdego roku to święto przypada bowiem w drugą niedzielę maja, tak więc jest to święto ruchome. W tym roku obchodziliśmy je 13. maja. Podobnie sprawa ma się z Dniem Ojca, który zapisany jest w kalendarzu w pierwszą niedzielę czerwca. Jako że niedziele są dniami spokoju (niem. Ruhetag) i większość instytucji jest tego dnia nieczynna, można powiedzieć, że jest to w obu przypadkach niepisany dzień wolny.


Wróćmy jednak do świętowania w maju, bowiem 20 dnia miesiąca czeka nas kolejny dzień wolny. Spowodowany ponownie świętem kościelnym – Zielone Świątki (Pfingsten). W wielu kantonach dniem wolnym jest także poniedziałek tuż po tym święcie. Na tym maj się nie kończy, gdyż w tym roku wypada w nim także Boże Ciało (31. maja), które w kilku kantonach, w tym również zamieszkanym przeze mnie, jest świętem oznaczonym kolorem czerwonym.

W czerwcu poza świętem okazjonalnym, Dniem Ojca, Szwajcaria nie ma zbyt dużo powodów do świętowania. Święta pojawiają się jedynie regionalnie i upamiętają bitwy rozgrywające się na danym terenie lub są świętami religijnymi. Przykładem może być Dzień Niepodległości Jury (jeden z kantonów). Innym świętem występującym głównie w kantonach Graubünden i Luzern jest St. Peter und Paul (Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła), a miejscowość Biel organizuje swój lokalny fest połączony z olbrzymim targowiskiem o nazwie Braderie.























Obchody Braderie w Biel

Lipiec to miesiąc szwajcarskich wakacji. Gdzieniegdzie organizowane są wtedy imprezy okolicznościowe dla dzieci i młodzieży. Dni ustawowo wolnych od pracy w tym miesiącu nie ma, lecz większość rodzin wyjeżdża wtedy na ferie*.

*W Szwajcarii wszystkie dni wolne od pracy czy szkoły nazywa się feriami (niem. Ferien). Nieważne czy oznaczają one ferie zimowe, sportowe, wakacje czy urlop w pracy. 

Sierpień rozpoczyna się najważniejszym świętem w Szwajcarii. Pierwszego sierpnia Szwajcarzy obchodzą swoje święto narodowe. Na ulicach pojawiają się flagi narodowe i regionalne. Prawie każda większa miejscowość organizuje tradycyjne festy z lokalną muzyką i jedzeniem. W nocy odbywają się z kolei pokazy fajerwerków i/lub palenie ogniska. W wielu kantonach do pracy nie idzie się również 15. sierpnia podczas Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Mariä Himmelfahrt).

























We wrześniu i październiku na próżno szukać w kalendarzu oznaczonych na czerwono dni. Chyba, że są to drobne święta, które obejmują dzień wolny dla konkretnej miejscowości/gminy. 31. października niektórzy Szwajcarzy bawią się jednak w przebieranki podczas Halloween.

Pierwszy listopada, czyli Wszystkich Świętych (Allerheiligen) jest dość mocno celebrowany w Polsce. Szwajcaria określa jednak ten dzień jako „wydarzenie”, co oznacza, że ludzie mają świadomość istnienia takiego dnia, lecz nie w każdym kantonie jest to dzień wolny.

























Następnym powodem do oderwania się od pracy są dopiero Święta Bożego Narodzenia. Standardowo w dzień Wigilii skracane są godziny otwarcia sklepów i pozostałych instytucji. W kantonie Glarus również ten dzień jest uznany za wolny. Bez żadnych wątpliwości świętować można w całej Szwajcarii jeszcze 25. grudnia. Pozostanie w domu 26. grudnia jest już uwarunkowane regionalnie. Takim sposobem dochodzimy do końca roku i Sylwestra, który jest dniem wolnym jedynie w kantonie Glarus. Pozostałe regiony zazwyczaj skracają godziny otwarcia.


Naturalnie wypowiadając się o dniach wolnych od pracy, nie mam tutaj na myśli pracowników służby publicznej, typu służba zdrowia, straż pożarna czy policja. W każdy dzień otwarte są także zajazdy na autostradach, gdzie w razie konieczności można zrobić zakupy. 

W moim wpisie pominęłam kilka uroczystości, które w Polsce są bardzo znane, więc śpieszę wyjaśnić. Dzień Dziadków (wspólne święto babci i dziadka) Szwajcaria obchodzi dopiero od 2016 roku i jest ono jak do tej pory raczej niszowe. Ustanowiono dla niego datę (podobnie jak w przypadku Dnia Matki i Ojca) na drugą niedzielę marca. 8. marca z kolei kojarzy się Polakom z Dniem Kobiet. W Szwajcarii ma się (mniejszą lub większą) świadomość, że jest to Internacjonalny Dzień Kobiet, ale odnoszę wrażenie, że specjalnie się go nie celebruje. Z mojego punktu widzenia jest to raczej pretekst do spotkania z przyjaciółkami czy siostrami. Nigdy nie otrzymałam tutaj życzeń z tej okazji od mężczyzn. O okolicznościach typu: Dzień Mężczyzny czy Dzień Chłopaka w Szwajcarii nie ma nawet mowy. Na próżno szukać w szwajcarskim kalendarzu Dnia Nauczyciela. Powracając na moment do Wielkanocnego Poniedziałku: w ten dzień nikt nie poleje nas wodą.

Czy Szwajcaria według Was ma dużo dni wolnych od pracy? Jak wygląda sytuacja w Waszych krajach?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...