czwartek, 22 marca 2018

Testownia #19 - Koreańskie maski, od których się płacze.

Już od dłuższego czasu zauważyć można istny szał na koreańską pielęgnację. Na listy bestsellerów trafiły bardzo szybko książki poruszające ten temat. Blogi rozpisywały się o 10 krokach, które wykonują Koreanki podczas swojej pielęgnacji. Chyba najbardziej docenianymi kosmetykami stały się w mig maseczki do twarzy, które zaczęły machać do nas z europejskich półek sklepowych i zachęcać do kupna poprzez radosne i urocze opakowania, często w kształcie zwierząt. Szwajcarię przez długi czas obszedł ten trend i mogłam jedynie z ukłuciem zazdrości przeglądać wpisy na ich temat, nie wypróbowując ich na własnej skórze. Dziś mam w ręku dwie maseczki i swoją opinię o nich. Jaka ona jest? Zachęcam do zapoznania się z tym wpisem, a z pewnością się dowiecie.




O produktach

Obie maski, które zakupiłam pochodzą od marki SNP (Shining Nature Purity). Przyznam, że miałam spore trudności w odnalezieniu informacji na temat samej marki. W końcu trafiłam na ich stronę internetową, ale z trudem szukać można na niej innej wersji językowej niż koreańska. Do wglądu dostępne są jednak certyfikaty i patenty, które owa firma posiada. Wedle zamieszczonych na opakowaniu informacji są to maski wyprodukowane w Korei, których dystrybucją w Europie zajmują się dwie firmy z siedzibą w Belgii i Hiszpanii.



Animal Panda Whitening Mask

Pierwsza maska w płachcie ma wizerunek pandy. Jest to maska rozjaśniająca „do ogólnej poprawy kondycji skóry” (jak informuje opakowanie). Produkt przeznaczony jest do każdego rodzaju skóry. Przede wszystkim ma ona jednak pomagać cerze poszarzałej, zmęczonej i posiadającej przebarwienia. Maska zawiera wodę kokosową, która ma działanie nawilżające, a przy tym zapobiega wysuszeniu skóry. Ekstrakt z korzenia i łodygi morwy stosowany jest do rozjaśnienia cery oraz ma zbawienny wpływ na problemy skórne i wypryski. Wyciąg z kory morwy ma z kolei zapobiegać pigmentacji powodowanej przez melaninę w organizmie. W składzie dopatrzeć można się również ekstraktu z żurawiny i niancynamidu (pochodna wit. B), które także znane są z rozjaśniających właściwości. Ten ostatni również ma działanie przeciwzapalne.




Po wyjęciu maski z opakowania od razu zwraca się uwagę na samą grubość płachty. Jest ona zdecydowanie grubsza od innych produktów tego typu, jakich miałam okazję używać. Cała seria stworzona jest z podwójnego splotu celulozowego, co jest dla niej charakterystyczne i wyróżnia na rynku kosmetycznym. Wszystko to po to, by płachta zatrzymała jak najwięcej esencji. Faktycznie ilość esencji, która znajduje się bezpośrednio na masce jak i w opakowaniu jest ogromna. Dostrzec możecie to na zdjęciu ze słoiczkiem, do którego przelałam esencję z opakowania. 

W przypadku tej maski wyczuć można bardzo specyficzny i nieco drażniący zapach. Niestety wszystkie maski tej marki są perfumowane, a mnie zdecydowanie to od nich odrzuca. Do nałożenia tego kosmetyku przykładałam się dwukrotnie. Płachty nie są zbyt dużych rozmiarów i mają małe otwory, przez co czułam, że nachodzi ona miejscami na oczy czy usta. Bardzo dużo zbędnego materiału znajdowało się na brodzie, przy czym w obu przypadkach maska nie do końca ściśle przylegała i nie trzymała się dobrze mojej twarzy.



Po pierwszym kontakcie z tą maską mój organizm zareagował tak, jak jeszcze nigdy na żaden kosmetyk. Zaczęłam płakać! Nakładając płachtę za pierwszym podejściem, ciągle czułam ten dziwny zapach, a że maska ma małe otwory, a ja wrażliwe oczy, to zaczęły mi one maksymalnie łzawic, niczym przy krojeniu cebuli. Musiałam odczekać kilka minut, by doszły one do siebie. Naturalnie domyślam się, że maska przy drugim nałożeniu nie przyniosła stuprocentowych efektów, lecz nie byłam w stanie trzymać jej na twarzy i jednocześnie płakać. Za drugim razem było już nieco lepiej. Moje oczy przyzwyczaiły się trochę do ulatniającego się zapachu i wytrzymałam w niej około 10 minut. Według wskazań producenta maski nie powinno się trzymać dłużej niż 20 minut. Podczas całego „relaksu” z tą maską na twarzy powstrzymywałam łzy i chęć ściągnięcia jej z powodu pieczenia, które pojawiło się w okolicy ust. 



Z ulgą ściągnęłam maskę i mogłam podziwiać efekty. Faktycznie lekko widoczne było rozjaśnienie twarzy i pozbycie się drobnych przebarwień, lecz daleko było jej do rewelacyjnego rezultatu. Powiedziałabym nawet, że był on słaby jak na cenę i tak ogromne zachwalanie koreańskich masek (ktoś wykonał niezły marketing?). Z czystym sercem mogłabym podać nazwy kilkunastu maseczek w cenie nie przekraczających 1 fr, które także powodują tak mało zauważalne efekty, przy czym są przyjemniejsze w użyciu.



Animal Otter Aqua Mask

Do wykonania drugiej z masek zbierałam się bardzo długo. Panda jakoś mnie zniechęciła do sięgnięcia po drugi rodzaj. No i nie chciałam znowu doprowadzać się do płaczu. W końcu z dystansem otworzyłam drugie opakowanie, w którym znalazła się płachta z wizerunkiem wydry. Jest to maseczka nawilżająca, która najlepiej sprawdzi się przy skórze suchej i odwodnionej. Również w tym przypadku mamy do czynienia ze znajdującą się wysoko w składzie wodą kokosową. Dodatkowo płachta nasączona jest takimi składnikami jak np. ekstrakt z kasztanowca, który ma działanie uszczelniające pory i dobrze sprawdza się w przypadku rozszerzonych porów czy trehalozę, która ma silne właściwości nawilżające. Jednym ze składników jest również kwas hialuronowy. Efekt, który powinno się uzyskać z pomocą tej maski to maksymalne nawilżenie skóry twarzy oraz przywrócenie jej optymalnej równowagi.




Pod wieloma względami obie maski są do siebie bardzo podobne. Również w tym przypadku płachta jest gruba i zawiera ogromną ilość esencji. Także tutaj mamy do czynienia z bardzo silnym, kwiatowym zapachem. Co prawda ten nie wywołał u mnie łzawienia, ale był zdecydowanie zbyt intensywny jak na maskę. Co do samych właściwości fizycznych to miałam identyczne odczucia jak za pierwszym razem: mały rozstaw otworów i zbyt małe przyleganie do twarzy. Tę maskę udało mi się przetrzymać przez zalecane 20 minut. Po zdjęciu okazało się, że moja twarz wchłonęła większą część esencji, a pozostałą resztkę wmasowałam.




Przyznam szczerze, że efekt pozostawiony przez nawilżającą maskę był bardzo podobny do wcześniejszego. Zauważyłam lekkie rozjaśnienie twarzy, ale nie mogę powiedzieć, by była ona jakoś nadmiernie nawilżona. Ot zwykła maseczka, która pozostawia dość nikły rezultat. 



Po zużyciu obu mask tej marki nie mam ochoty do nich powracać. Cena jednej maski wynosi w Szwajcarii 5 franków. Niestety w moim odczuciu efekty nie są warte takiej kwoty. Istnieje wiele tańszych odpowiedników, które często pozostawiają lepszy i bardziej zauważalny rezultat (a przy tym nie doprowadzają do płaczu). Za cenę jednej takiej płachty wolałabym stokrotnie kupić 5 masek Schaebens bądź Balea i byłabym na pewno bardziej zadowolona. Nie twierdzę, że same płachty nie mają w sobie czegoś uroczego, ale nie może być to główny wyznacznik wystawienia jakiemukolwiek produktowi pozytywnej oceny. Warto też wspomnieć, że poza całą gamą wyjątkowych składników, którymi reklamowane są maski tej marki, wysoko w składzie znajdują się również: gliceryna, alkohol i wspomniane wcześniej perfumy. Po użyciu dwóch produktów nie będę naturalnie skreślać wszystkich koreańskich firm, ale do uroczych mask z nadrukami będę podchodzić już nieco mniej entuzjastycznie.

A czy Wy miałyście do czynienia z maskami w formie zwierząt? A może używałyście tych konkretnych masek? Jakie są Wasze wrażenia po ich użyciu?

14 komentarzy:

  1. Ostatnio je widzialam i tak sie zastanawialam nad zakupem, ale widze ze chyba najpierw wykorzystam swoje zbiory a potem zobaczymy moze na cos wpadne ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Całe szczęście na nie nie trafiłam, bo bym się wkurzyła, gdyby wywołały łzawienie :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj nie kupię i nie będę testowala. Nie lubię jak mi lzawią oczy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mieszkałam w Seulu przez pół roku, więc kilka koreańskich maseczek próbowałam. Przyznam szczerze maska, a maska to różnica. Skład i marka robią różnicę. Osobiście polecam maseczki w płachcie z Innisfree lub Tony Moly teee dopiero działają cuda warte ceny ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. całe szczęście ich nie miałam;)

    OdpowiedzUsuń
  6. A tak bardzo chciałam wypróbować smoka... Co prawda dla samej zabawy z wizerunkiem na płachcie, ale teraz sobie daruję. Tym bardziej, że w Polsce te maseczki potrafią kosztować nawet i 2 dychy... Porażka =)

    OdpowiedzUsuń
  7. E...to ja jednak pozostanę przy swoich ulubionych maseczkach...
    pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam inne maski innej firmy ale też korean cosmetics że tak powiem i też za duża, a za małe otwory i przy jednej płakałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie miałam okazji takich używać i to chyba dobrze. Nie wszystko co koreańskie jest dobre niestety.

    OdpowiedzUsuń
  10. Na twarzy wyglądają świetnie. Szkoda tylko, że potem nie jest już tak ciekawie :/

    OdpowiedzUsuń
  11. nie zachęcają mnie do siebie. Używałam jednej na razie (bąbelkowej) i była świetna, jeśli chodzi o tego typu maski :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że przyczyniasz się do istnienia tego bloga! ♥

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...