wtorek, 5 czerwca 2018

Projekt Denko - maj 2018: Kilku ulubieńców i maskarowy jackpot.

Wydaje mi się jakbym dopiero skończyła opis produktów zużytych w kwietniu, a tu kolejny miesiąc za nami i ponownie pełna torba. Ilość kosmetyków, które w niej odkryłam, mogę uznać za bardzo dobry wynik i o ile się nie mylę, w tym roku to pierwsze tak duże Denko. Maj rozpoczął się u mnie bardzo dobrze pod względem kondycji mojej cery, która wyglądała wyjątkowo korzystnie. Taki stan utrzymywał się mniej więcej przez okres dwóch tygodni, jednak minął wraz z przyjściem upałów. W maju zużyciu uległo kilku moich ulubieńców, a do śmieci wrzuciłam wyjątkowo dużą ilość tuszy do rzęs.

Zapraszam na przegląd zużytych kosmetyków!



Legenda:
Kolor zielony – Kupię ponownie!
Kolor pomarańczowy – Zastanowię się nad kupnem / Kupię w innej wersji zapachowej
Kolor czerwony – Zdecydowanie nie kupię!

1) Mleczko pod prysznic Ziaja Kokosowa terapia skóry i zmysłów

Kosmetyki Ziaja z pewnością znają już wszyscy i nie spotkałam się, żeby ktoś nie znał tej marki. Sporo czasu temu skusiłam się na zakup kokosowej serii, z której w maju zużyłam mleczko pod prysznic. Półlitrowa butelka nie starczyła na długo, zwłaszcza że tego produktu używałam wraz z mężem. Kosmetyk miał faktycznie intensywny zapach kokosa. Umył ciało, ale czy wykonywał poza tym jakieś zadanie? Nie sądzę. Jako że nie mam problemów z przesuszaniem skóry, toteż ciężko ocenić mi ten aspekt. Ot, zwykły żel do użytku dla osób, które nie borykają się z większymi problemami skórnymi.

Zawiera pH neutralne dla skóry.


2) Żel pod prysznic i szampon Jil Sander Sun

Ten produkt 2 w 1 dołączony był do perfum w zestawie prezentowym, który otrzymałam z okazji Świąt. Pojechał on ze mną na wyjazd do Polski i w większej części właśnie tam go zużyłam. 75 ml w przypadku żelu pod prysznic nie może wystarczyć na długo. Przyznam szczerze, że obawiałam się go użyć do mycia włosów. Jakoś nie wierzę takim produktom „do wszystkiego”, a jako że moja skóra głowy jest wrażliwa, to wolałam nie ryzykować. Pozostałam zatem przy używaniu go do mycia ciała. Na uwagę zasługuje z całą pewnością jego bardzo intensywny zapach, który podbijał dodatkowo intensywność perfum. Używając tego żelu przez tydzień i dokładając odrobinę perfum, doprowadziłam do tego, że moje ciało już po zaprzestaniu używania obu produktów, nadal nimi dość intensywnie pachniało. Oba produkty skierowane są raczej do osób lubiących mocne i wieczorowe zapachy. 


3) Szampon Garnier Fructis Citrus Detox

To ostatnio najczęściej używany przeze mnie Fructis. Nie zliczę już butelek, które zużyłam. Fajne połączenie szamponu przeciwłupieżowego z produktem wzmacniającym włosy. Po umyciu włosy wyglądają naprawdę zadowalająco, a przy całej gamie zalet, które w nim widzę, przepięknie pachnie cytrusami. Powracam do niego systematycznie.

Nie zawiera parabenów.


4) Kuracja do włosów Swiss O-Par

Swiss O-Par to wbrew nazwie nie szwajcarska a niemiecka marka, oferująca kosmetyki do włosów z niższej półki cenowej. Ostatnio wybrałam z ich oferty kurację do włosów w małym opakowaniu (z tego co się orientuję na rynku nie ma nawet większych opakowań z tym produktem). Kuracja na bazie mleka kokosowego przeznaczona jest do włosów suchych i łamliwych. Mnie zachęcił naturalnie kokos w nazwie. Wedle zaleceń nałożyłam tę maskę na włosy i pozostawiłam na 2 minuty, po czym spłukałam. Czy moje włosy po tym czasie wyglądały zadziwiająco? Nie nazwałabym tak tego. Oczywiście jakiś tam efekt został uzyskany, lecz przyrównać można byłoby go do każdej odżywczej maski. Jeśli zatem jest to produkt, który mogę zastąpić niemal każdym innym, to wolę kupić duże opakowanie nawilżającej maski, która z pewnością w ogólnym rozrachunku wyniesie mnie korzystniej finansowo.

5) Krem zwalczający niedoskonałości Effaclar Duo+

Effaclar Duo+ to krem już dobrze mi znany, który nieraz zaradził moim problemom skórnym. Podczas używania tego opakowania zauważyłam jednak, że moja skóra się do niego przyzwyczaiła i nie widziałam już tak dużych rezultatów, dlatego musiałam zrobić sobie od niego przerwę. Po kilkunastu tygodniach powróciłam do kremu w kryzysowej sytuacji i ponownie mogłam się cieszyć natychmiastową pomocą i 100-procentowym zmatowieniem twarzy. Jego następcą stał się w tym momencie krem Iwostin, lecz po jego zużyciu na pewno ponownie sięgnę po Effaclar.

Nie zawiera parabenów. Produkt z wodą termalną


6) Krem matujący Alverde Bio-Limette, Bio-Apfel

W tym miesiącu zużyciu uległ również krem, który stosowałam na dzień. Pochodził on od marki Alverde i mimo że przeznaczony był do cery normalnej i mieszanej, sprawdził się u mnie dobrze. Sam efekt matujący dla mojej tłustej skóry oceniłabym na średni, lecz zdaję sobie sprawę, że dla osób, do których faktycznie skierowany jest ten kosmetyk, mogłoby być to wystarczające. W moim odczuciu krem ten niwelował nadmierne wydzielanie sebum, w zamian niego nadając naturalny, promienny blask. Absolutnie przemawiał do mnie jego cudowny zapach jabłka i limonki, który czułam jeszcze wiele minut po aplikacji, a z którym z żalem się pożegnałam. Kosmetyk ten nadawał się świetnie na dzień i pod makijaż, nie rolował się, ani nie powodował ważenia się kosmetyków kolorowych. Po jego użyciu miałam wrażenie wypielęgnowanej i nawilżonej twarzy. Polecam.

Produkt wegański. Nie zawiera olejów mineralnych.


7) Puder matujący Bell

Z tym pudrem przeżyłam absolutnie skrajne emocje. Z początku w ogóle mi się on nie spodobał ze względu na swoją „widoczność” na twarzy. Od pudru matującego oczekuję, by moja cera nie świeciła się w ciągu dnia, jednak bez nadmiernego zwracania uwagi na to, że mam coś na twarzy. Zwłaszcza że wraz z przyjściem gorących dni często puder jest jedynym kosmetykiem, który trafia na moją twarz. Produkt Bell był bardzo widoczny po aplikacji. Miałam wrażenie, że podkreśla każdą suchą skórkę, która znajduje się na mojej twarzy. Gołym okiem widać było jego „pudrowość”. Pierwszy kontakt zdecydowanie nie należał do udanych i po kilku użyciach rzuciłam go w kąt. Po kilku miesiącach postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę i moje odczucia zmieniły się niemal o 180 stopni. Efekt pudrowości zniknął, a twarz faktycznie wyglądała naturalnie i była dobrze zmatowiona. Nie wiem, w czym dopatrywać się przyczyny, jednak produkt po przeleżakowaniu byłabym skłonna kupić ponownie.


8) Puder matujący Catrice All Matt +

Puder z Catrice to z kolei mój ulubieniec wśród pudrów i sięgam po niego zawsze. Latem zmieniam jedynie odcień na nieco ciemniejszy (025 Sand Beige) i tak też stało się tym razem. Świetny efekt matujący, bez nadmiernej pudrowości. Utrzymuje się przyzwoicie długo, a do tego jest niedrogi. Kolejne jego opakowanie jest już w użyciu.

9) Chusteczki do demakijażu Bebe Young Care

Wraz z przyjściem majowych upałów coraz częściej zaczęłam używać mokrych chusteczek. Naturalnie służyły mi one nie tylko do demakijażu, ale zwyczajnego odświeżenia się, gdy temperatury sięgały 30 stopni. Ratowałam się nimi również w pracy, gdy przez jakiś czas byliśmy odcięci od wody. W opakowaniu mieściło się 25 chusteczek, które nawilżone były średnio, lecz wystarczająco, by dały sobie radę z usunięciem na przykład makijażu oczu. Używałam ich niemal do każdej części ciała i twarzy i w żadnym przypadku nie spowodowały podrażnień czy jakichkolwiek innych negatywnych odczuć. Wręcz przeciwnie: dawały przyjemne nawilżenie i były delikatne dla skóry. Ich zapach nie był drażniący. Problemem w przypadku takich kosmetycznych dodatków jest jedynie sposób wydobywania pojedynczych sztuk. Po kilku otwarciach część zabezpieczająca przestaje się kleić i ten produkt również miał taką wadę.


10) Witaminowa maseczka ultra nawilżająca Lirene

W moim odczuciu była to typowa maska, która coś tam robi, ale zadziwiających efektów po niej nie widać. Miała ona kremową konsystencję i podobnie również pachniała (lecz tylko w opakowaniu). Cała saszetka wystarczyła mi na pokrycie twarzy produktem. Po 10 minutach ściągnęłam nadmiar maski i przez jakiś czas miałam miękką i miłą w dotyku twarz. Tak jak to po zastosowaniu maski zazwyczaj bywa.


11) Nawilżająca maseczka do twarzy Schaebens

Po raz drugi użyłam również nawilżającej maski marki Schaebens, która jest znana na niemieckojęzycznym rynku maseczkowym ze względu na swoje niskie ceny, które jednak nie wykluczają jakości. Kremowa konsystencja maski ułatwiała jej nałożenie na twarz. Zapach, który towarzyszył mi przez cały etap jej noszenia był nieco specyficzny (połączenie ogórka i awokado). Całość starczyła na pokrycie skóry twarzy i szyi. Po 10 minutach ściągnęłam resztki maski przy użyciu wilgotnego ręcznika. Efekt był dobry: twarz była miękka i zyskała widoczne nawilżenie. Bardzo lubię te maski nie tylko ze względu na cenę.

12) Regenerująca maska do twarzy ze śluzem ślimaka Beauty Formulas Snail Regenerating Facial Mask

Kolejną maską, jakiej używałam w maju, był dwustopniowy zabieg składający się z serum oraz maski w płachcie, które zawierały dodatek śluzu ślimaka. Ten składnik w kosmetykach wyjątkowo dobrze wpływa na moją skórę, dlatego nie pierwszy raz sięgnęłam po ten produkt. Pierwszym krokiem było nałożenie na twarz serum, które natychmiast nawilżyło skórę. Maska w płachcie tej marki jest nieco inna od tych, które powszechnie występują na rynku kosmetycznym: posiada ona specjalne szycie na podbródku, przez co o wiele lepiej trzyma się twarzy i łatwo się ją zakłada. Cera po zdjęciu maski wyglądała świetnie. Jej koloryt został wyrównany. Widać było, że została prawidłowo odżywiona i odświeżona.


13) Oczyszczająca maska węglowa Bielenda Carbo Detox

Ponownie nie jest to moje pierwsze spotkanie z tą węglową maską, która stała się jedną z moich ulubionych w kategorii masek oczyszczających. Jak na czarną maskę przystało, należy ona do tych produktów, których aplikacja i ściąganie jest nieco brudne. Efekty jednak rekompensują te mankamenty. Jedna saszetka tego produktu starczyła mi spokojnie na dwukrotne użycie, więc nie rozumiem, dlaczego producenci masek w Polsce nie rozdzielają ich na pół, jak dzieje się to w przypadku chociażby wspomnianej marki Schaebens. Po jej zmyciu moja twarz została idealnie oczyszczona oraz zmatowiona. Miała ona również pozytywny wpływ na kondycję mojej cery, zmniejszyła widoczność porów i drobnych podskórnych krostek.

14) Woda perfumowana Pull & Bear Los Angeles

Być może pamiętacie, jak ostatnio zachwalałam podobną buteleczkę o zapachu Paris. Biorąc pod uwagę sieciówki, Pull & Bear ma naprawdę ciekawą ofertę perfumową, a ja chętnie kupuję tam 20ml–buteleczki, które następnie wędrują do mojej torebki. Są one na tyle małe, że praktycznie nie dostrzega się ich obecności, a i pozwalają dyskretnie odświeżyć zapach w drodze. Tego zapachu najczęściej używałam w pracy, co dostrzegła również moja szefowa, której także się on spodobał. W odniesieniu do wersji Paris, Los Angeles jest nieco mocniejszy. Jest to aromat kwiatowo-owocowy. Czuć w nim dodatek drzewa sandałowego. Spośród zapachów Pull&Bear moim ulubionym pozostanie jednak Paris.


15) Antyperspirant w sprayu Rituals The Ritual of Sakura

W ramach podsumowania tego kosmetyku powinno absolutnie wystarczyć zdanie, że jest to mój totalny ulubieniec w kategorii antyperspirantów. W ciągu całego życia wypróbowałam wiele tego typu produktów, lecz ten nie ma sobie równych. Od pierwszego użycia zakochałam się w tym delikatnym zapachu mleka ryżowego i kwiatu wiśni. Aromat utrzymywał się na ciele przez wiele godzin, a sama aplikacja natychmiast dawała ogromną dawkę odświeżenia. Produkt ten nie powodował żadnych podrażnień czy reakcji alergicznych. Dla mnie – ideał!

16-17) Antyperspiranty w sprayu Nivea Men Silver Protect i Protect & Care

Mój mąż wykorzystał w maju dwa antyperspiranty. Nikogo nie powinna zdziwić tu obecność srebrnej Nivei, która jest jego wieloletnim kompanem. Tym razem zużyciu uległa duża butelka. Wersja Protect & Care w jego odczuciu nie była najgorsza, lecz póki na rynku znajduje Silver Protect nie zamierza kupować niczego innego.


18) Maskara Covergirl Lastblast Volume

Pomarańczowa wersja maskary Covergirl to produkt, który z pewnością poleciłabym dziewczynom, które oczekują bardzo naturalnego wykończenia makijażu. Produkty tej marki cenię sobie ze względu na higieniczny sposób ich pakowania, jak widać na zdjęciu tusze są zapakowane i zabezpieczone plastikową powłoczką, a co więcej już przez zakupem możemy ocenić wygląd szczoteczki, którą kupujemy, co uważam za bardzo przydatne rozwiązanie. Biorąc również pod uwagę szwajcarskie standardy, gdzie większość maskar popularnych marek to koszt 20 fr, cena tuszy Covergirl jest o połowę od nich niższa, a efekt wielokrotnie lepszy od tych bardziej znanych. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z pomarańczową wersją Covergirl i na pewno nie ostatnie, bo tak naturalny, a jednocześnie podkreślony efekt jest u mnie jak najbardziej wskazany.


19) Maskara Rituals 3-in-1 Miracle

Pomimo tak malutkiej buteleczki maskara ta była niesamowicie wydajna. Charakteryzowała ją bardzo długa szczoteczka, która jednak docierała do najmniejszej rześki, oblepiając ją czarnym tuszem, który utrzymywał się na oku cały dzień. Zadowalający efekt pozostawiała ona już po nałożeniu jednej warstwy. Tusz ten nie sklejał rzęs, a pięknie je rozdzielał i powodował „efekt firanki”. Nie jest to kosmetyk tani, lecz zdecydowanie pomyślę nad jego zakupem po wykończeniu moich maskarowych zapasów.


20) Maskara Artdeco Scandalous Lashes Mascara

Majowe Denko to prawdziwy wysyp tuszy do rzęs, tego kosmetyku jednak nie zużyłam do końca. Maskara Artdeco to produkt, który faktycznie daje efekt wydłużonych i maksymalnie pogrubionych rzęs, jednak jest to tusz, z którym praca jest niezwykle mozolna. Już sama aplikacja maskary ze względu na olbrzymią szczoteczką, która nabierała o wiele za dużo produktu, mogła doprowadzić do powstania plamy zamiast ładnego efektu. W uzyskaniu idealnego rezultatu musiałam też często pomagać sobie, rozczesując rzęsy grzebykiem. Jednak główną wadą tego produktu, było jego odbijanie się na górnej powiece. Jak usilnie bym nie próbowała, zawsze cała górna powieka była umazana tuszem i wręcz nie dało się używać go w połączeniu z cieniami, bo zawsze to drugie na tym cierpiało. Po wielu próbach i oczekiwaniu na przyschnięcie tuszu (które swoją drogą również nic nie wskórało), postanowiłam w końcu go wyrzucić.

21) Pasta Elmex Sensitive Plus

22-23) Suplementy diety Actilife: Calcium, Multivit


Próbki:

-> Perfumy Givenchy – bardzo przyjemny, męski zapach.

-> Lotion do higieny intymnej Lactacyd – Ze wszystkich próbek tej marki jakie otrzymałam, tę byłabym najbardziej skłonna kupić.


Jestem naprawdę zadowolona z moich osiągnięć poczynionych w maju. Kosmetyków jest sporo, a zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przy obecnej pogodzie staram się ograniczać wszelkie mazidła i stosować jedynie to, czego moja skóra w danym momencie potrzebuje. Cieszę się, że powróciłam do maseczek, bo w kwietniu nie nałożyłam na twarz ani jednej. Wraz z pozbyciem się tych produktów w użycie wszedł między innymi żel marki Revlon czy nowy szampon od Johna Friedy, który testuję. Tak jak wspominałam, krem na dzień oraz do walki z niedoskonałościami zastąpił mi jeden produkt, a jest nim krem Iwostin Purritin. Antyperspirant wymieniłam na o wiele gorszy Dove, a maskary ustąpiły miejsca czarnej wersji L'oreal. W maju rozpoczęłam również używanie żelu aloesowego. Całkowity koszt zużytych w maju kosmetyków to 353,50 zł.

Znacie te kosmetyki? Jak sprawdziły się u Was?

26 komentarzy:

  1. Rzeczywiście dobrze poszło :D Też lubię żele pod prysznic od Ziai, mają piękne zapachy i dobrze się pienią, a mi w zasadzie nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Kokosowej wersji jeszcze nie miałam, ale koniecznie muszę ją poznać :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie miałam żadnego z tych produktów, ale chętnie coś przetestuję :)
    Zapraszam na nowy post :)
    www.stylishmegg.pl/2018/06/dwie-propozycje-sukienek-na-wesele.html

    OdpowiedzUsuń
  3. O musze kupic ta maskare, bardzo lubie Twoje denka :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Mi się ten zapach Givenchy podoba :D znam tylko Bielendę i Carbo i sie zgadzam :D Rituals ma antyperpirany:O?

    OdpowiedzUsuń
  5. fajne produkty i śliczne zdjęcia <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Uffff... spore to denko;) W kwestii kuracji do włosów, też jestem zdania że lepiej kupić większe opakowanie sprawdzonego produktu niż używać nowego i czekać na cud;)
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Akurat wczoraj podliczyłam, że w tym roku w moim denku pojawiło się już 6 maskar, więc podobnie jak u Ciebie :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Świetne rzeczy :D
    Mleczko kokosowe na pewno ma piękny zapach <3

    Zapraszam :D Odwdzięczam się za obserwacje <3
    grlfashion.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Tyle produktów, a ja żadnego z nich jeszcze nie miałam okazji testować :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Zasuwam po ten specyfik kokosowy, bo nie dość, że kocham kokosa, to jeszcze uwielbiam ziaję! Kosmetyki z garniera koszmarnie działają na moje włosy, ale chyba zmienił się jakiś składnik, bo ostatnio bardzo dużo osób go poleca. Chyba się przełamię i dam mu jeszcze jedną szansę :)
    Buziaki! x
    http://coachingowe-prdlnie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Sklad sie nieco zmienil. Teraz lepiej dziala na wlosy, ale ma gorsze dzialanie przeciwlupiezowe.

      Usuń
  11. Świetne kosmetyki, ładne zdjęcia! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Produkty od Ziai mnie uczulają, ale tak mnie skusiłaś tym kokosowym mleczkiem, że chyba jeszcze dam jej szansę :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Musze wypróbować ten szampon z Garniera jeszcze go nie mialam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Koniecznie muszę wypróbować tą maskarę. Zapowiada się kusząco :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Uwielbiam zapach kokosu i nawet jeśli wiem, że może słabo działać i tak to kupię :p liczy się zapach :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Ciekawe produkty, nie wszystkie niestety miałam okazję testować :) Wspaniałe denko, bardzo inspirujące :)
    Pozdrawiam cieplutko myszko :*
    w wolnej chwili zaprasza do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Rzeczywiście, spore denko, ja jednak niczego z niego nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Miałam kokosowe mleczko i byłam zadowolona. Pięknie pachniał, a to dla mnie najważniejsze. Nie wymagam od takich produktów działania pielęgnacyjnego :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Mydła pod prysznic z Ziaji to jedne z moich ulubionych! A Effaclar zawsze mam na gorsze dni cery, chociaż ostatnio zdradziłam go na rzecz Iwostinu i aktywnego kremu. Zobaczymy który lepszy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uzywam obu naprzemiennie i przyznam, ze sa fajnym wzajemnym zamiennikiem :)

      Usuń
  20. sporo, ale u mnie też było duże denko. Tyle że ja nie miałam wysypu tuszów do rzęs, a produktów do pielęgnacji twarzy :D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że przyczyniasz się do istnienia tego bloga! ♥

W związku z ustawą RODO o ochronie danych osobowych, informuję, że na tej stronie używane są pliki cookie Google i podobne technologie do ulepszania i dostosowywania treści, analizy ruchu, dostarczania reklam oraz ochrony przed spamem, złośliwym oprogramowaniem i nieuprawnionym dostępem. Komentując, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych i informacji zawartych w plikach cookies.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...