poniedziałek, 27 lutego 2017

Leksykon kosmetyczny - Louis Widmer

O marce

Louis Widmer to szwajcarska marka kosmetyczna. Firma założona została w 1960 roku przez Louisa-Edouarda Widmera i jego syna, a jego siedziba mieściła się w Uitikon, przy Zurychu. Bazując na najnowszych wiadomościach naukowych z dziedziny dermatologii, rodzina rozpoczęła produkcję własnej linii kosmetycznej. Ich produkty miały wyróżniać się swym niepowtarzalnym działaniem leczniczym i zapobiegającym starzeniu się skóry. Marka pozostaje w ścisłym kontakcie z dermatologami i klinikami, wykorzystując nowinki naukowe i udoskonalając produkcję własnych kosmetyków. Louis Widmer jest jedną z nielicznych marek, która od początku do końca swą produkcję przeprowadza na terenie Szwajcarii. Obecnie kosmetyki wytwarzane są w centrum dowodzenia firmy w miejscowości Schlieren. Firma zatrudnia ponad 250 pracowników.



Dostępność


Produkty Louis Widmer są uważane za kosmetyki luksusowe, dlatego w Szwajcarii znajdziemy je w szczególności w drogeriach wyższej klasy, wszędzie tam, gdzie zaopatrzyć można się w markowe produkty. Kosmetyki LW znajdują się także w ofercie drogerii Müller. Ich produkty uważane są za farmaceutyki, toteż najlepiej jest ich szukać w aptekach. Marka rozszerzyła swoją działalność na terenie krajów tj. Belgia, Austria, Niemcy, Holandia i Finlandia, gdzie spotkać można sklepy Louis Widmer. Z pomocą prywatnych dystrybutorów firma sprzedaje również swoje produkty na Białorusi, w Kuwejcie, Katarze, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
































Strona internetowa

Strona internetowa marki jest stworzona w przyjemnej, charakterystycznej dla LW kolorystyce. Główna strona zachęca odwiedzającego do skorzystania z promocji i zapoznania się z nowościami kosmetycznymi. Zawartość strony uszeregowana jest w przejrzysty sposób w zakładkach. Poruszanie się jest w dużym stopniu intuicyjne. Za pośrednictwem strony możemy skorzystać z różnych porad urodowych np. określić, jaki typ skóry posiadamy i jak powinno się ją pielęgnować. Strona skupia się w dużej mierze na ochronie przez promieniowaniem UV. Znajdują się na niej artykuły: jak chronić skórę podczas opalania, jak używać produktów przeznaczonych do tego celu, a także jak chronić najmłodszych. Ciekawą zakładką jest opis znamion i pieprzyków.



Fachowo wyjaśnione są również pojęcia chorób skórnych, między innymi przeczytamy tam o trądziku, czerniaku, opryszczce itp. Wyszukiwarka produktów pomaga dobrać odpowiednie kosmetyki do typu cery, jaką posiadamy. Same produkty są bardzo dobrze opisane. Z opisu dowiemy się o wszystkich właściwościach produktu, dla kogo jest przeznaczony, jak go używać oraz gdzie w naszej okolicy można go zakupić. Za pośrednictwem strony można również skontaktować się z lekarzem, który odpowie na dręczące nas pytania drogą pocztową.

Produkty

Oferta marki LW jest dość rozbudowana. Największą grupę stanowią produkty do pielęgnacji twarzy. Wśród nich prym wiodą kremy na dzień i na noc. W sprzedaży dostępne są również produkty o działaniu anty-aging, kremy pod oczy czy produkty do demakijażu. Wśród kosmetyków przeznaczonych do ciała znajdziemy: żele pod prysznic, szampony, produkty do kąpieli, balsamy do ciała czy dezodoranty. Osobną grupę stanowią także kremy do rąk i stóp.






















Ceny

Kosmetyki Louis Widmer można spokojnie zaliczyć do drogich produktów. Kremy i produkty do pielęgnacji twarzy zakupić można w cenie grubo ponad 30 franków. Dezodoranty zamykają się w okolicy 20 franków. Pomadka ochronna kosztuje 13.50 fr., co nawet na szwajcarskie warunki jest dość wygórowaną ceną.


Pierwsze wrażenie

Do marki Louis Widmer miałam jedno podejście: widoczny na zdjęciach krem w mniejszym formacie (10 ml). Problem z produktami tej marki jest taki, że ich kosmetyki są perfumowane – według etykiety na opakowaniu „lekko perfumowane”. Niestety osobiście nie jestem w stanie tego przeżyć. Zapach jest zbyt intensywny, a zawartość perfum w kremie do twarzy nie sprzyja mi. Ciężko było mi również wykonać makijaż, używając tego kremu, gdyż na twarzy tworzyło się „ciastko”. Nie zauważyłam jakichkolwiek efektów używania samego kremu. Nie spowodował ani nieprzyjemnych ani pozytywnych rezultatów, dlatego nie sadzę bym chciała używać średniego produktu za taką cenę. 
























Czy marka Louis Widmer jest Wam znana? Spotkałyście się z nią kiedyś?

sobota, 25 lutego 2017

Jedz, pij, żuj #9 - Praliny Wedla

Nigdy nie ukrywałam, że jestem okropnym łasuchem. Jeśli miałabym stanąć w jednej z grup, mogących przez całe życie jeść czekoladę lub chipsy i paluszki, zdecydowanie wybór padłby na pierwszą grupę. W ciągu ostatnich kilku lat moje wymagania co do produktu, jakim jest czekolada, znacznie wzrosły. Na palcach jednej ręki mogę policzyć marki czekolad, które kupuję i chętnie jem. Wśród polskich czekolad często sięgam właśnie po markę Wedel. Tym większą poczułam radość, gdy okazało się, że zaproponowano mi przetestowanie ich najnowszego produktu – pralin.

Czy warto kupić praliny Wedla?




 O marce Wedel

E.Wedel to najstarsza polska marka, produkująca czekoladę, która istnieje na rynku słodyczy od ponad 160 lat. Została założona przez Karola Wedla, a obecnie jest częścią japońskiego koncernu Lotte. Produkty takie jak ptasie mleczko, torcik wedlowski, mieszanka wedlowska, wafle, czekolady czy batony są w Polsce znane i lubiane od lat.

 O produkcie

W moje posiadanie weszło pudełko, zawierające 3 opakowania wedlowskich pralin. Do spróbowania przysłano mi wszystkie dostępne smaki. Wersje nazwano Classic, Dark oraz Fusion. Każda z nich zawierała dodatkowo po 3 kolejne smaki. Zgaduję, że widzieliście już w sklepach te praliny. Podczas mojego krótkiego pobytu w Polsce wielokrotnie natrafiałam na nie w różnych supermarketach. O ile się nie mylę, cena jednego opakowania tych słodkości wynosiła 13,99 zł. Każde pudełeczko zawiera 192 g. Ze względu na różną wagę pojedynczych pralinek ich ilość w jednym opakowaniu nie jest taka sama i waha się pomiędzy 15 a 20. 




Opakowanie


Kwadratowe opakowanie z przykrywką prezentuje się bardzo ładnie i z pewnością nadaje się na prezent. Górna, zdejmowana część przyklejona jest do dolnej przy pomocy klejącej taśmy w kształcie kwiatka. Poza charakterystycznym designem i typowo wedlowskimi połączeniami kolorystycznymi wyróżnić można ciekawe wnętrze pudełka: na białym tle znajduje się logo marki. Ogromnym plusem jest to, że każda czekoladka zapakowana jest osobno. Wygląd papierka wieńczącego pralinkę jest w każdym przypadku taki sam, różnią je jedynie kolory, które oznaczają konkretne smaki. Przedstawione na opakowaniu czekoladki doskonale pokrywają się z tym co znajdziemy w środku.



Wersja Classic
Smaki: Tiramisu, Panna Cotta, Crème Brulée


Klasyczna wersja czekoladek zawiera pralinki o smaku znanych deserów. Czy smakują one rzeczywiście jak wspomniane desery? Jest to kwestia sporna, ale składniki nadzienia przypominają je. Głównym składnikiem jest dobrej jakości, mleczna czekolada, okalająca nadzienie. W skład nadzienia w każdym przypadku wchodzi waniliowa masa oraz część, nadająca smak.


W przypadku Tiramisu w podstawie czuć dodatkowo chrupiące elementy. Do przygotowania tej pralinki użyto ciasteczek o smaku amaretto, co czuć chociażby w zapachu czekoladki (ma lekko rumowy aromat). Panna Cotta to waniliowa masa w połączeniu z galaretowatym nadzieniem o malinowym smaku. Crème Brulée – w moim odczuciu najlepszy smak w tej wersji – posiada bardzo dobry karmel, który rozpływa się w ustach. W waniliowej podstawie znajdują się dodatkowo płatki karmelowe.

Wersja Dark
Smaki: Chocolate Mousse & Orange, Lemon Tart, Pavlova Dessert


Jak sama nazwa wskazuje te praliny oblane zostały gorzką czekoladą, co dla mnie jest zdecydowanym plusem. Nie są one aż tak bardzo słodkie, więc dla wielbicieli gorzkiej czekolady będą wyborem najlepszym z możliwych. Spośród smaków w tym pudełku najmniej zasmakowała mi pralinka Chocolate Mousse & Orange. Była ona do granic możliwości gorzka i pomimo że lubię ten rodzaj czekolady to nie miałam przyjemności z jej jedzenia. Mus znajdujący się w górnej części składał się również z gorzkiej czekolady, a waniliowa podstawa kryła ponoć kawałki pomarańczy, lecz zupełnie nie byłam w stanie ich wyczuć.


Lemon Tart to zdecydowanie mój smak. Czekoladka ma intensywny cytrynowy zapach, który powoduje obudzenie ślinianek. O dziwo nie jest ona wcale kwaśna, a w środku znajduje się żelowy, cytrynowy mus, który tworzy fajne połączenie z czekoladą. Jedząc Pavlova Dessert, miałam wrażenie, jak gdybym już jadła tę pralinę. Jest ona bowiem bardzo podobna do Panna Cotty z wersji Classic. Różnicą jest jedynie gorzka czekolada, zamiast mlecznej, a w masie waniliowej wyczuwa się mnóstwo chrupiących kawałków (być może są to kawałeczki bezy?).

Wersja Fusion
Smaki: Caramel & Nuts, Dulce de Leche, Cocoa & Orange


W tej wersji znalazły się dwa połączenia smakowe, w których się zakochałam. Caramel & Nuts to wyborna, pachnąca kakao pralinka, która na spodzie ma tym razem czekoladową masę. W niej zaś zatopione są duże kawałeczki chrupiących orzeszków. Górne nadzienie stanowi lekko słony karmel. Całość przypomina w smaku Snickersa, ale jest o wiele lepsza. Dulce de Leche zawiera znajome smaki: waniliową masę jako podstawę i płynny karmel na górze czekoladki. To połączenie jest jednakże delikatne i mogę śmiało powiedzieć – wyborne! 



Czekoladka, która była najgorsza ze wszystkich dziewięciu rodzajów jest (zarówno dla mnie, jak i dla mojego narzeczonego) Cocoa & Orange. Połączenie czekolady i pomarańczy jakoś do mnie nie przemawia. Pralinka składa się z jednolitej masy czekoladowej, która nafaszerowana została kawałkami suszonej pomarańczy. Polecałabym tylko, jeśli ktoś lubi ten składnik. 

Podsumowanie


Moja opinia na temat pralin Wedla jest bardzo pozytywna. Jest to pyszna, słodka przekąska, która wystarcza mi, by ugasić czekoladowe pragnienie. Pralinkami poczęstowałam również moich najbliższych, którzy zgodnie stwierdzili, że są one bardzo dobre. Na uwagę zasługują nie tylko ciekawe połączenia smakowe, ale także dobrej jakości czekolada. Spośród wszystkich smaków moimi ulubieńcami zostały Caramel & Nuts oraz Dulce de Leche. Wyróżniłabym również Lemon Tart oraz Pavlova Dessert. Z wersji Classic najbardziej przypadł mi do gustu Crème Brulée. Jeśli miałabym kupić jedno z pudełeczek zdecydowałabym się na pewno na wersję Fusion. Mimo obecności najgorszego ze smaków, dwa pozostałe przebijają całą resztę. Idealnym połączeniem byłaby dla mnie zamiana Cocoa & Orange na Lemon Tart. Serdecznie polecam spróbowanie tych pralin!
























Czy spróbowaliście już pralin Wedla? Który smak najbardziej odpowiada Waszym kubkom smakowym? Czy często decydujecie się kupić słodycze Wedla?

czwartek, 23 lutego 2017

Kupione-zapomniane #6 - wprost z kuchni

Z ogromną przyjemnością chcę zaprosić Was dziś do mojej kuchni oraz kolejnego postu z serii Kupione-zapomniane. Przyjrzymy się w nim przedmiotom, które zakupione zostały w okresie listopad 2014 - marzec 2015. Spośród nich wybrałam rzeczy, które zakupiłam do kuchni (był to czas kompletowania wszystkich kuchennych przyborów i dekoracji). Praktycznie wszystkie z opisywanych przedmiotów przykuły moją uwagę ze względu na ich aspekt dekoracyjny.

Czy owe rzeczy okazały się być tylko ładnym bibelotem czy też stały się praktycznymi niezbędnikami w kuchni?

Zapraszam do lektury!

-> Zestaw do spaghetti

Ten uroczy zestaw przeznaczony do spaghetti zauroczył mnie już na sklepowej półce. Nie mogłam oprzeć się talerzom i misce, na których widnieje motyw przygotowywanego dania. Od tamtego czasu minęły ponad 2 lata, a moja miłość do tego kompletu nie zmalała, lecz musiałam rozstać się z jednym z talerzy. Przez nieuwagę wyślizgnął mi się on z ręki podczas zmywania... Z owych talerzy korzystaliśmy bardzo często. Dobrze sprawdzały się zwłaszcza przy spożywaniu jednogarnkowych potraw. Miska, jak widzicie, jest dość sporej wielkości, dlatego trafia na stół głównie przy większych okazjach np. gdy gościmy znajomych.




-> Słoiczek Vintage 

Uroczy słoiczek w stylu vintage wypatrzyłam w jakimś sklepie z artykułami dekoracyjnymi i nie mogłam go opuścić, nie zabierając tego maleństwa ze sobą. Od czasu zakupu stoi on ciągle na stole kuchennym. Przechowuję w nim oczywiście kawę i jest mi on bardzo przydatny. Pomimo upływu czasu nie widać żadnych śladów jego użytkowania. Nawet napisy nie zdążyły się zetrzeć.




-> Szklane pojemniki

Uwielbiam wszelkiego rodzaju słoiki i szklane pojemniki! W domu mam ich całe mnóstwo. Wypełniają one nie tylko wnętrza szafek kuchennych, utrzymując w porządku artykuły spożywcze, ale także rozstawione są na zewnątrz jako dekoracja. Przykładami takich słoików są poniższe okazy. Oba zostały zakupione w sklepie Decor Home, do którego kiedyś zaglądałam bardzo często i nigdy nie wychodziłam z pustymi rękami. 




Słoiki te stanowią właśnie element dekoracyjny. Ich wystrój bardzo często się zmienia. Najczęściej wędrują do nich właśnie słodycze lub suszki zapachowe. Na blogu mieliście okazję widzieć jeden z nich w poście ze świątecznymi dekoracjami (LINK).





-> Tea Box

Pudełko na herbatę chodziło za mną wiele miesięcy. Niestety w Szwajcarii są to rzeczy dość drogie, a ja nie jestem osobą, która chętnie wydaje pieniądze na rzeczy drugiej kategorii. Gdy tylko zobaczyłam poniższe pudełko w cenie zaledwie 7 euro w Niemczech, nie było już odwrotu. Bambusowe pudełko od razu stało się moją własnością. Nie będę również ukrywać, że głównym użytkownikiem tego przedmiotu jest mój narzeczony, który wypija herbatę hektolitrami. Ja – wielbicielka kawy – nie sięgam do niego aż tak często, ale za to jak pięknie prezentują się ułożone w ten sposób torebki z tym napojem.




-> Sosjerka

Jeśli ktoś z Was jeszcze nie wie, to muszę się przyznać, że uwielbiam antyki i starocie. Często też zaglądam do tego typu sklepów, gdzie czasem udaje mi się wypatrzeć coś ciekawego. Właśnie w takim miejscu kupiłam tę sosjerkę. Nie wygląda ona co prawda na antyczną, ale jest ona na tyle oryginalna, że od razu zwróciłam na nią uwagę. Od tamtego czasu użyłam jej kilka razy, jednak nie spełnia zupełnie swojej funkcji: sos przelewa się w taki sposób, że jego połowa ścieka ze ścianki zamiast trafić na talerz. Z tego powodu jest to głównie element dekoracyjny w kuchni.


















A czy Wy często decydujecie się na kupienie dekoracji do mieszkania? Czy dekoracje, które posiadacie, pełnią również przydatne funkcje?

wtorek, 21 lutego 2017

Testownia #15 - Wielki test Balea

Ci, którzy zaglądają systematycznie na bloga, wiedzą, że w ostatnim czasie testowałam markę Balea. W ramach wyjaśnienia dla nowych czytelników: w grudniu zakupiłam kalendarz adwentowy z produktami wspomnianej marki i postanowiłam wykorzystać to do stworzenia dzisiejszego postu. Z produktami Balea miałam styczność bardzo dawno temu. Wtedy to ich kosmetyki zupełnie do mnie nie przemówiły, głównie ze względu na bardzo słabą wydajność. Od czasu do czasu ich żeli pod prysznic używał jedynie mój ukochany. Będąc w posiadaniu całego przekroju produktów, miałam możliwość dokładnie się im przyjrzeć, a o moich wrażeniach przeczytacie już za moment.

Jak sprawdziła się u mnie marka Balea? Czy pierwsze wrażenie okazało się być mylne?


O marce Balea

Niemiecką markę Balea kupić można w drogeriach DM, gdzie zaopatrzyć można się produkty pielęgnacyjne do praktycznie każdej części ciała. Wybór jest spory: ponad 450 różnych kosmetyków uśmiecha się z drogeryjnych półek. Marka jest w sprzedaży od 1995 roku, a w Polsce porównywana jest z rossmannowską Isaną. Jak wyczytać można na stronie, opisującej ową markę, Balea oferuje produkty najwyższej jakości za niską cenę, dzięki czemu zdobyła grono stałych klientów w Niemczech. Marka Balea jest coraz częściej doceniana za granicą.



Przekrój produktów

Asortyment z logo marki Balea jest naprawdę imponujący. Wystarczy wejść do drogerii DM bądź na ich stronę internetową, by zorientować się, że można tam kupić produkty do wszystkiego i dla każdego rodzaju skóry. W dodatku ceny większości kosmetyków nie przekraczają 2 – 3 euro. Wśród produktów marki Balea znajdują się: produkty do pielęgnacji włosów, demakijażu, pielęgnacji twarzy oraz ciała, dłoni i stóp, produkty, chroniące przed promieniami słonecznymi, przybory i akcesoria do depilacji, a także produkty dla dzieci. Najbardziej znanymi i lubianymi kosmetykami są żele pod prysznic.

Przejdźmy do testowanych przeze mnie produktów Balea!

Żele pod prysznic
-> Sternenschweif – niedostępny w sprzedaży
-> Vanille & Cocos – cena za 300 ml - 0,55 euro


Pamiętając moje doświadczenia z Balea, bardzo ostrożnie podeszłam do tych produktów. Najwięcej zastrzeżeń miałam właśnie do żeli pod prysznic i ich wydajności. Duża butelka starczała mi w najlepszym wypadku na tydzień, a tu takie maleństwa. Już na początku spodziewałam się porażki, ale zostałam miło zaskoczona. Buteleczki zawierające 50 ml produktu starczyły mi na kilka dni używania, a przy tym dobrze się pieniły. Balea jest znana z pięknych i intensywnych zapachów swoich żeli co jest niebywałą zaletą tych produktów. Wersja Sternenschweif była edycją limitowaną, która pojawiła się w okresie świątecznym, jednak jej zapach nie przypominał mi Świąt. O wiele więcej w niej nut kwiatowych. Wanilia w połączeniu z kokosem to moje połączenie zapachowe. Obłędny aromat powodował, że aż chciało się przebywać dłużej pod prysznicem. Używając tych produktów, przekonałam się do ponownego kupienia żeli Balea. Wersja Vanille & Cocos również z pewnością zagości ponownie w mojej łazience.


Szampony
-> Szampon na każdy dzień Sternenschweif – niedostępny w sprzedaży
-> Intensywnie pielęgnujący szampon Vanille & Mandelöl – cena za 300 ml - 0,50 euro

Pierwszy z wymienionych szamponów pochodzi również z limitowanej edycji i sprawdził się u mnie całkiem średnio. Co prawda domywał włosy, ale poza tym nic ciekawego nie robił. Obawiam się także, że przy dłuższym stosowaniu mogłabym od niego nabawić się łupieżu, więc raczej nie jest to produkt dla mnie. Nieziemsko pachnący szampon z wanilią i olejkiem migdałowym wywołał u mnie efekt „Wow”. Buteleczka starczyła na 4 umycia włosów. Po umyciu włosy były nie tylko świeże, ale też ładnie się układały, a w dotyku były miękkie niczym po nałożeniu odżywki. Zapach również utrzymywał się długo na włosach, co nie uszło uwadze mojego narzeczonego, który słał mi wtedy mnóstwo komplementów. Chętnie kupiłabym drugi z szamponów w pełnowymiarowym opakowaniu.


Zestaw Repair & Care
-> Szampon i odżywka do włosów suchych i łamliwych – cena - 1,35 euro za szt.

Produkty tej serii zupełnie się u mnie nie sprawdziły i będę je omijać szerokim łukiem. Mają bardzo charakterystyczny, drażniący zapach, który przypominał najtańszą farbę do włosów z czasów PRL. Po zastosowaniu żadnego z tych produktów nie byłam zadowolona. Szampon niezbyt dobrze domywał włosy. Wyglądały one na przetłuszczone już po kilku godzinach. Odżywka zamiast pomagać i pielęgnować włosy pozostawiała je zupełnie oklapnięte i proste jak druty. W dodatku w dotyku były one nieprzyjemne, jak gdyby opryskane zostały dużą ilością lakieru do włosów. 


-> Intensywna kuracja 1-minutowa – cena za 20 ml - 0,85 euro
-> Ekspresowa kuracja Oil Repair cena za 20 ml - 0,85 euro 

Pierwsza z kuracji z tej samej serii co powyższy zestaw ponownie nie spełniła moich oczekiwań. Efekty porównać można było z wcześniej wspomnianą odżywką. Moje włosy wyglądały wręcz gorzej niż zazwyczaj. Kuracja z olejkami dała o niebo lepsze efekty. Produkt o kremowej konsystencji i kokosowym zapachu nie za dobrze rozprowadzał się na włosach, jednak po jego spłukaniu widać było wyraźną poprawę kondycji włosa. Włosy były nawilżone i odżywione, a także uniesione u nasady. Zdecydowanie wrzucę jeszcze ten produkt do koszyka.


Kremy do rąk
-> Sternenschweif – niedostępny w sprzedaży
-> Urea cena za 100 ml - 0,95 euro


W kalendarzu adwentowym znalazłam aż dwa kremy do rąk. Biorąc pod uwagę, że miałam jeszcze jeden otwarty krem nie zdążyłam zużyć wszystkich, jednak obu produktów używałam wielokrotnie i jestem w stanie już wypowiedzieć się na ich temat. Oba produkty mają dość rzadką konsystencję, która jednak szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na dłoniach, co bardzo mi odpowiada. Krem o nazwie Urea, który przeznaczony jest do bardzo suchych dłoni, faktycznie świetnie je nawilżał. Miał bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny zapach, a dłonie już po kilku sekundach od wsmarowania kremu były zauważalnie miękkie i bardzo ładnie się prezentowały. Drugi z kremów o znanym już zapachu był również dobry, jednak mając do wyboru tę dwójkę, zdecydowałabym się na zakup Urei.


Produkty do pielęgnacji ciała
-> Mleczko do ciała – cena za 500 ml - 1,15 euro
-> Pielęgnujący żel po goleniu – cena za 150 ml - 2,95 euro

Jeśli chodzi o pielęgnację ciała, to lubię produkty lekkie i szybko wchłaniające się. Mleczko od Balea jest zupełnym przeciwieństwem moich oczekiwań. Konsystencja jest gęsta i tłusta. Produkt pozostawia tłustą powłokę na skórze przez bardzo długi czas po aplikacji. Ciężko jest go również wsmarować w ciało i w dodatku ma lekko drażniący zapach. O wiele przyjemniej używało mi się żelu-kremu po goleniu, którego lekka formuła już po sekundzie się wchłaniała, pozostawiając nawilżoną skórę i delikatny zapach. Produkt bardzo dobrze sprawdzał się do pielęgnacji podrażnionej po goleniu skóry. Pomimo że jego cena jest wyraźnie wyższa od mleczka, bez wahania wybrałabym drugi z kosmetyków jako podstawę w pielęgnacji.


-> Masło do ciała Sternenschweif – niedostępny w sprzedaży


To masełko przypominało mi nieco masła z The Body Shop. Miało ono podobną, zbitą konsystencję, która w połączeniu z ciepłem ciała pozwalała się dobrze rozsmarować. Kosmetyk szybko się wchłaniał i odpowiednio nawilżał skórę. W przypadku tego produktu zapach serii Sternenschweif przeszkadzał mi najmniej. Był on zdecydowanie delikatniejszy niż w przypadku pozostałych produktów.


Żel do mycia twarzy
-> Odświeżający żel do mycia twarzy z lotosem – cena za 150 ml - 0,95 euro

Ten żel przeznaczony jest do skóry normalnej i mieszanej, więc już na wstępnie nie powinnam po niego sięgać. W składzie już na początku znajdują się SLS-y, których większość osób unika. Produkt zawiera ekstrakt z lotosu i bambusa oraz ... bardzo charakterystyczny zapach, który kojarzył mi się z waflami ryżowymi. Użyłam tego żelu kilka razy, jednak zauważyłam, że wysusza moją twarz. Bardzo prawdopodobne, że przy częstszym stosowaniu wywołałby on więcej problemów niż pożytku, dlatego nie powrócę już do niego.


-> Pomadka ochronna Intensiv – cena - 0,65 euro

Widząc cenę tego produktu, pomyślałam: „Czego chcieć więcej!”. W sztyfcie znajduje się 4,8 g produktu do intensywnej pielęgnacji ust. Kosmetyk zawiera masło shea oraz olejek arganowy. Świetnie nadaje się do codziennej aplikacji i ma mleczno-kremowy zapach. Dobrze radzi sobie z popękanymi ustami. Używałam tej pomadki na okrągło przy minusowych temperaturach i fajnie zabezpieczała moje usta przed mrozem. Na noc nakładałam często większą ilość produktu, a następnego dnia cieszyłam się pięknie wyglądającymi ustami.


-> Perfumy Sternenschweif – niedostępne w sprzedaży

Zapach określany przez producentów jako białe kwiaty i jagody acai zupełnie nie przypadł mi do gustu. Te perfumy są okropnie słodkie i mdłe. Zapachy są oczywiście kwestią indywidualną i najtrudniej jest trafić w odpowiednie perfumy, dlatego nie chcę zniechęcać nikogo do tego produktu. Jednak wiele osób zaczęło się dusić, gdy miałam go na sobie :P


-> Plastry oczyszczające na noc, czoło i brodę – cena za opak. - 1,45 euro


Tych plastrów nie znalazłam w kalendarzu adwentowym, ale postanowiłam dorzucić je do testu, bo używam ich na okrągło i bardzo dobrze się one u mnie sprawdzają. Nie zliczę nawet, ile opakowań tego produktu przewinęło się przez moje ręce. W moim przypadku te plastry dobrze oczyszczają problematyczną strefę T, a ich cena nie jest przesadzona.


-> Maska do stóp – cena za opak. - 0,65 euro

Po nieudanym pierwszy kontakcie z maską do stóp innej marki (która, co ważne, była o wiele droższa) podeszłam sceptycznie do tego produktu. Po otworzeniu saszetki mój nos wyczuł bardzo specyficzną woń, która nie każdemu może przypaść do gustu. Konsystencja tej maski była bardzo gęsta i klejąca, ale w przypadku stóp nie jest to aż tak nieprzyjemne. Ilość produktu w opakowaniu była wystarczająca, by pokryć obie stopy grubą warstwą kosmetyku. Według zapewnień producenta maska powinna po 15 minutach po części się wchłonąć, jednak w moim przypadku tak się nie stało. Produktu nie dało się wmasować, dlatego musiałam go usunąć ręcznikiem papierowym. Po usunięciu maski ze stóp okazało się, że są one świetnie nawilżone i super miękkie. Rzadko który produkt spowodował u mnie taki efekt, dlatego z chęcią sięgnę po kolejne opakowanie.


Maseczki do twarzy
-> Maska w płachcie Aqua Tuchmaske – cena za 1 szt. - 0, 95 euro

Ta nawilżająca maseczka w płachcie zawiera między innymi ekstrakt z alg, który ma dać twarzy odświeżającego kopniaka. Płachty mają to do siebie, że często (przynajmniej w moim przypadku) są niezbyt dobrze wycięte. Ta świetnie dopasowała się do mojej twarzy, a po nałożeniu czułam przyjemne chłodzenie. Przez cały czas odczuwałam również jej kwiatowy zapach, co było dodatkowym plusem w postaci aromaterapii. Po 10 minutach ściągnęłam maseczkę i wtarłam jej esencję w twarz. Spytacie o efekt? Był on bardzo zadowalający. Faktycznie zauważyłam sporą dawkę nawilżenia skóry. Dodatkowo maska wyrównała jej koloryt, a twarz była pięknie rozświetlona.


-> Maska peelingująca Peel-Off Maske – cena za 2 szt. - 0,40 euro
-> Maska Totes Meer Maske – cena za 2 szt. - 0,40 euro

Maseczka peelingująca z ekstraktem z moreli totalnie mnie zachwyciła! Miała ona konsystencję wosku do depilacji i była okropnie klejąca. Po aplikacji moje dłonie i wszystko dookoła potwornie się kleiło, ale widząc ten efekt, wybaczyłam wszystko. Jedna maseczka spokojnie starczyła na pokrycie całej twarzy. Podczas noszenia maski czuć było uderzające zimno, a produkt zaczynał stopniowo sztywnieć. Przy nałożeniu niezbyt grubej warstwy można spokojnie ściągnąć wszystko, odrywając maskę od skóry. Pod nią czeka z kolei twarz miękka niczym pupcia niemowlęcia. Zdecydowanie polecam! Druga z masek nie była aż tak przyjemna w użyciu. Pierwsze skojarzenia na jej widok: bagno z drobinkami. Już chwilę po nałożeniu twarz zaczęła mnie okropnie piec. Maseczkę było bardzo ciężko ściągnąć. Bagno nie schodziło za pomocą wody, a jedynie się rozmazywało. Sam efekt nie był jakiś spektakularny, więc po ten rodzaj nie sięgnę ponownie.


Podsumowanie:

Jak możecie zauważyć, moje opinie są dość skrajne. W przypadku kosmetyków tego samego rodzaju zazwyczaj jeden z produktów mnie oczarował, a drugi totalnie się nie sprawdził. Z całą pewnością skuszę się na ciekawe zapachy żeli pod prysznic. Jeśli chodzi o produkty do pielęgnacji włosów, to myślę, że kuracja z olejkami zagości na stałe w mojej łazience, gdyż efekt, jaki pozostawiła, był rewelacyjny. Jestem pozytywnie zaskoczona jakością kremów do rąk, jak i produktów do pielęgnacji ciała. Używając wielokrotnie maseczek Balea mogę je z czystym sercem polecić. Najnowsze produkty: maseczki w płachcie i do stóp również będą przeze mnie chętnie używane. Nie sądzę z kolei bym była w stanie kupić jakikolwiek szampon (poza wypróbowaną już wersją Vanille & Mandelöl). Taki zakup byłby zbyt ryzykowny. Ryzykiem mógłby okazać się także wybór produktów do demakijażu. Po żel do mycia twarzy na pewno nie sięgnę, ale być może zakupię do testów polecany tonik, którego nie miałam jeszcze szans używać. Mając możliwość przetestowania wielu różnych produktów Balea, przekonałam się do tych kosmetyków, a zawartość kalendarza zachęciła mnie do bliższego przyjrzenia się marce podczas kolejnych zakupów w DM. 



























Kalendarz adwentowy Balea

Jestem bardzo zadowolona, że zdecydowałam się na zakup kalendarza adwentowego marki Balea. Dzięki niemu odkryłam kilka świetnych produktów, na które pewnie nigdy nie zwróciłabym uwagi. Patrząc jednak obiektywnie, mam co do niego kilka zastrzeżeń. Z jednej strony rozumiem umieszczenie w nim limitowanej edycji Sternenschweif, która miała być wersją świąteczną kosmetyków. Z drugiej jednak strony zapach kwiatów i jagód acai nijak nie przypomina czasu świątecznego, a wręcz przeciwnie. Biorąc pod uwagę element marketingowy tego typu produktów, również nie jest to dobre posunięcie, gdyż kosmetyków z kalendarza w większości i tak nie można byłoby kupić ponownie w sklepie. W dodatku przewijający się w co drugim produkcie zapach powoli stawał się dla mnie uciążliwy. Wolałabym, by w kalendarzu znalazły się produkty o zupełnie różnych zapachach.

































Tak naprawdę nie można przewidzieć, kto kupi taki kalendarz. Może to być zarówno nastolatka, jak i kobieta w wieku 50 lat, dlatego też moim zdaniem powinny się w nim znaleźć produkty uniwersalne. Strzałem w kolano jest zatem umieszczenie w nim powyższych kremów i ampułek, przeznaczonych do cery dojrzałej (zalecenie wiekowe 35 – 45 lat). Sama idea kalendarza adwentowego bardzo mi się spodobała i w przyszłym roku chętnie zakupię kalendarz innej marki.

Czy znacie markę Balea? Mieliście styczność z ich produktami? Których kosmetyków używaliście i jak się one u Was sprawdziły?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...